Rozdział XVI - Lot ku przeznaczeniu:
Lapicz z Lizą, Bundaszem i Perro przeszedł powoli przez drewniany most nad niewielkim potokiem płynącym w pobliżu. Cała czwórka w głowach miała różne pomysły na temat tego, co zrobią Szczurzemu Pazurowi, gdy tylko go dopadną. Co prawda zdawali sobie sprawę z tego, że mogą nie mieć szans w walce z nim, ale prawdę mówiąc nie brali takiej możliwości pod uwagę, a jeżeli już, to tylko w najczarniejszych myślach, ponieważ pewność siebie oraz chęć ukarania złoczyńcy były w nich większe niż jakiekolwiek obawy. Poza tym ich było przecież czterech, a Szczurzy Pazur tylko jeden. To dawało im sporą przewagę, z której zamierzali skorzystać.
Powoli przeszli przez most i nagle dostrzegli palące się przed sobą niewielkie ognisko. Przy nim zaś siedziała stara mysz, której nie tak dawno pomogli i grzała się w jego cieple.
- Lizo, popatrz! Ogień! - zawołał Lapicz, który jako pierwszy dostrzegł ten widok.
- To ognisko - odpowiedziała Liza, wytężając wzrok - Widzisz? Tam jest ta miła staruszka, której dzisiaj pomogłeś.
Czwórka naszych bohaterów podbiegła do staruszki, aby z nią porozmawiać. Co prawda nie spodziewali się, że może im ona pomóc, ale może doradzi im coś mądrego, co powinni zrobić w takiej sytuacji? Zawsze dobra rada jest lepsza niż jej brak.
Sophie tymczasem odwróciła się powoli w ich stronę i powiedziała bardzo zdumionym głosem:
- Dzieci? To wy? Co wy tu robicie w środku nocy? Powinniście dawno spać.
- Powinniśmy, ale nie możemy - odpowiedział jej Lapicz - Bo mamy bardzo ważną misję do wykonania.
- Doprawdy? A jakąż to?
- Szczurzy Pazur chce ograbić Domek Pod Błękitną Gwiazdą.
- Musimy temu zapobiec - wtrąciła się do rozmowy Liza - Chcemy więc jak najszybciej tam dotrzeć.
- Tak, dlatego ruszamy już teraz, bo przed nami długa droga - rzekł Lapicz.
- Mamy nadzieję, że zdążymy na czas, chociaż jeśli Szczurzy Pazur ma już nowego konia i wóz, to raczej go nie dogonimy - jęknęła Liza.
- Zobaczymy, kochane dzieci - uśmiechnęła się do nich Sophie - Może będę mogła wam pomóc.
- Dziękujemy, ale to raczej zbyt piękne, żeby mogło być prawdziwe - rzekł zasmuconym głosem Lapicz i spojrzał na tobołek staruszki - Jeśli w tym woreczku nie ma pani konia, to nic nam pani nie po...
Sophie przerwała mu jednak, delikatnie chichocząc.
- Mój kochany... Mam dla was coś dużo lepszego niż koń.
Następnie spojrzała w kierunku nieba, a oczy jej zabłysły w sposób waleczny i zarazem również bardzo zadowolony. Staruszka skierowała potem swój wzrok ku dzieciom, a następnie uderzyła kilka razy swoim kosturem o ziemię. Za każdym razem, gdy to zrobiła, spod jej laski wylatywały jakieś dziwaczne, kolorowe iskry, wprawiające w osłupienie dzieci, papugę i psa.
- Ojej! - westchnął zdumiony Lapicz.
Chwilę później Sophie jeszcze raz uderzyła laską o ziemię, a wówczas iskry, który w ten sposób wytworzyła połączyły się wraz z poprzednimi iskrami w jeden, wielki snop iskier, który otoczył Lapicza, Lizę, Bundasza i Perro, którzy... zaczęli unosić się w powietrzu. Cała czwórka zachichotała radośnie, widząc to wszystko.
- To się nie dzieje naprawdę! To chyba sen! - zawołał Lapicz.
- Co z tego?! Jest cudowne! - odpowiedziała mu Liza.
- Czary! Czary! - skrzeczał wesoło Perro.
Lapicz z Lizą, Bundaszem i Perro przeszedł powoli przez drewniany most nad niewielkim potokiem płynącym w pobliżu. Cała czwórka w głowach miała różne pomysły na temat tego, co zrobią Szczurzemu Pazurowi, gdy tylko go dopadną. Co prawda zdawali sobie sprawę z tego, że mogą nie mieć szans w walce z nim, ale prawdę mówiąc nie brali takiej możliwości pod uwagę, a jeżeli już, to tylko w najczarniejszych myślach, ponieważ pewność siebie oraz chęć ukarania złoczyńcy były w nich większe niż jakiekolwiek obawy. Poza tym ich było przecież czterech, a Szczurzy Pazur tylko jeden. To dawało im sporą przewagę, z której zamierzali skorzystać.
Powoli przeszli przez most i nagle dostrzegli palące się przed sobą niewielkie ognisko. Przy nim zaś siedziała stara mysz, której nie tak dawno pomogli i grzała się w jego cieple.
- Lizo, popatrz! Ogień! - zawołał Lapicz, który jako pierwszy dostrzegł ten widok.
- To ognisko - odpowiedziała Liza, wytężając wzrok - Widzisz? Tam jest ta miła staruszka, której dzisiaj pomogłeś.
Czwórka naszych bohaterów podbiegła do staruszki, aby z nią porozmawiać. Co prawda nie spodziewali się, że może im ona pomóc, ale może doradzi im coś mądrego, co powinni zrobić w takiej sytuacji? Zawsze dobra rada jest lepsza niż jej brak.
Sophie tymczasem odwróciła się powoli w ich stronę i powiedziała bardzo zdumionym głosem:
- Dzieci? To wy? Co wy tu robicie w środku nocy? Powinniście dawno spać.
- Powinniśmy, ale nie możemy - odpowiedział jej Lapicz - Bo mamy bardzo ważną misję do wykonania.
- Doprawdy? A jakąż to?
- Szczurzy Pazur chce ograbić Domek Pod Błękitną Gwiazdą.
- Musimy temu zapobiec - wtrąciła się do rozmowy Liza - Chcemy więc jak najszybciej tam dotrzeć.
- Tak, dlatego ruszamy już teraz, bo przed nami długa droga - rzekł Lapicz.
- Mamy nadzieję, że zdążymy na czas, chociaż jeśli Szczurzy Pazur ma już nowego konia i wóz, to raczej go nie dogonimy - jęknęła Liza.
- Zobaczymy, kochane dzieci - uśmiechnęła się do nich Sophie - Może będę mogła wam pomóc.
- Dziękujemy, ale to raczej zbyt piękne, żeby mogło być prawdziwe - rzekł zasmuconym głosem Lapicz i spojrzał na tobołek staruszki - Jeśli w tym woreczku nie ma pani konia, to nic nam pani nie po...
Sophie przerwała mu jednak, delikatnie chichocząc.
- Mój kochany... Mam dla was coś dużo lepszego niż koń.
Następnie spojrzała w kierunku nieba, a oczy jej zabłysły w sposób waleczny i zarazem również bardzo zadowolony. Staruszka skierowała potem swój wzrok ku dzieciom, a następnie uderzyła kilka razy swoim kosturem o ziemię. Za każdym razem, gdy to zrobiła, spod jej laski wylatywały jakieś dziwaczne, kolorowe iskry, wprawiające w osłupienie dzieci, papugę i psa.
- Ojej! - westchnął zdumiony Lapicz.
Chwilę później Sophie jeszcze raz uderzyła laską o ziemię, a wówczas iskry, który w ten sposób wytworzyła połączyły się wraz z poprzednimi iskrami w jeden, wielki snop iskier, który otoczył Lapicza, Lizę, Bundasza i Perro, którzy... zaczęli unosić się w powietrzu. Cała czwórka zachichotała radośnie, widząc to wszystko.
- To się nie dzieje naprawdę! To chyba sen! - zawołał Lapicz.
- Co z tego?! Jest cudowne! - odpowiedziała mu Liza.
- Czary! Czary! - skrzeczał wesoło Perro.
Cała czwórka naszych bohaterów powoli uniosła się w ponad drzewo, pod którym siedziała Sophie patrząc na nich z uśmiechem na twarzy.
- Mój czar daje wam skrzydła, ale musicie trzymać się razem, drogie dzieci! - zawołała staruszka tym samym, nienaturalnym głosem, którym przemówiła do Lapicza podczas ich pierwszego spotkania - Tylko uważajcie, w drodze czekają na was trudne zadania, ale jeśli wytrwacie w odwadze i będziecie działać razem, to pokonacie je! Lećcie, dzieciaki! Moja przepowiednia wkrótce się spełni!
- Jaka przepowiednia? - spytał Lapicz.
- Dowiesz się tego w swoim czasie, Lapiczku! - odpowiedziała mu staruszka - Pamiętaj, co ci mówiłam. Twoje mężne serce, grzeczność oraz odwaga mają moc pokonania zła. Pamiętaj o tym i nie trać odwagi! Leć, Lapiczku! Leć! Spełnij swoje przeznaczenie, które wywróżyłam ci lata temu!
- Jak to, lata temu? Czyli kiedy?
- Czyli wtedy, kiedy oboje się spotkaliśmy. Wtedy, kiedy podzieliłeś się z biedną Cyganką wszystkimi swymi pieniędzmi.
- To była pani?!
- Tak, Lapiczku. Jam to była w jednej z moich licznych postaci, które to przybieram, lecz nie czas, aby teraz o tym mówić. Leć, przyjacielu! Masz misję do wykonania! Musisz pokonać zło i zwrócić to, co zostało zgubione i skradzione!
- Jak tego dokonam?
- Będziesz wiedział! Leć już! Przepowiednia niedługo się spełni!
Lapicz uśmiechnął się i złapał Lizę za rękę, po czym oboje popatrzyli przed siebie.
- Jak mamy tym sterować?! - zawołał do Sophie Lapicz.
- Myślcie wszyscy o tym, gdzie chcecie lecieć, a moc was tam będzie niosła! - odpowiedziała staruszka - Tylko trzymajcie się razem, gdyż moc lubi płatać figle!
- Lećmy, Lizo! - zawołał radośnie Lapicz.
- Lecimy! Lecimy! - zaskrzeczał wesoło Perro, siedzący wygodnie na głowie Bundasza.
- Życzę wam wiele szczęścia, dzieci! Lećcie ku swemu przeznaczeniu! Lećcie i uważajcie na siebie! - krzyknęła za nimi Sophie.
Czwórka naszych bohaterów pomachała jej na pożegnanie, po czym odlecieli w kierunku lasu, z którego tu przybyli, nie zauważyli więc, jak Sophie zadowolona uśmiecha się, po czym przemienia się w sowę i leci w tym samym kierunku, co oni.
Nasi bohaterowie tymczasem lecieli wesoło przed siebie i to z zawrotną szybkością. Pod nimi ziemia przelatywała szybko, ale w sposób naprawdę dla nich przyjemny. To było coś niesamowitego. Jeszcze nigdy nie przeżyli oni czegoś tak wspaniałego.
- Fantastycznie! Cudownie! - zawołała radośnie Liza, ściskając mocno dłoń Lapicza.
- Bundasz, ogon! - zaskrzeczał Perro, kiedy to jego środek transportu, przelatując między gałęziami niechcący strącił go ze swego grzbietu.
Papuga na szczęście szybko dogoniła przyjaciela i złapała go mocno za ogon.
Lot trwał dalej i był z każdą chwilą coraz przyjemniejszy.
- Świat z góry wygląda cudownie! - zawołał Lapicz do Lizy, której dłoń czule ściskał w swojej czując, że jest teraz najszczęśliwszym mysim chłopcem na całym świecie.
Nagle jego radość minęła, gdy dostrzegł w dole pędzącego przez leśną ścieżkę Szczurzego Pazura w wozie z zaprzęgniętym doń czarnym koniem, którego co chwila smagał batem, aby go popędzić.
- Tam w dole jest Szczurzy Pazur! - zawołał Lapicz.
Bundasz zawarczał groźnie, widząc tego bandytę.
- Musimy go zatrzymać - powiedziała Liza.
- Uwaga! - zaskrzeczał Perro.
Dzieci spojrzały przed siebie i zauważyli, że pędzą właśnie na jakieś ogromne drzewo. Przerażeni puściły się, aby móc jakoś przelecieć po jego bokach. Niestety, wtedy właśnie moc opuściła Lapicza, który zaczął zlatywać na dół.
- Lapicz! - pisnęła przerażona Liza i podleciała do niego - Złap mnie za rękę!
Na szczęście chłopiec zdołał jakoś to zrobić i dzięki temu oboje bezpiecznie wylądowali na ziemi. Chwilę później nad ich głowami przelecieli Bundasz i Perro, którzy uderzyli mocno w najbliższe drzewo, po czym powoli opadli obok swoich przyjaciół.
- To chyba już koniec czarów - powiedziała Liza.
- Oj tak... Och, biedny Bundasz. Uderzyłeś się?
Pies lekko zaskowyczał i zawarczał ze złości widząc, jak na nosie siada mu Perro cały i zdrowy. Jakim cudem zdołał on uniknąć bardzo bliskiego spotkania z drzewem, tego już Bundasz nie wiedział, ale czuł, że drażni go ten pewny siebie uśmieszek papugi zadowolonej z uniknięcia kolizji.
- Owacje! Owacje! - zaskrzeczał Perro.
Liza zachichotała delikatnie, po czym powiedziała:
- Chodźcie już, rozbitkowie. Musimy szybko znaleźć właściwą drogę, a wtedy pokażemy Szczurzemu Pazurowi!
Perro zacisnął skrzydła w pięści i zaczął nimi machać jak zawodowy bokser. On również miał wielką ochotę ukarać Szczurzego Pazura, dlatego aż się palił do działania.
- Dobrze, kochani! A więc chodźmy! - zawołał Lapicz.
Rozdział XVII - Niespodziewane spotkanie:
Łatwiej było jednak powiedzieć niż zrobić, ponieważ wokół czwórki naszych wędrowców znajdował się gęsty las, którego to gałęzie poruszane przez wiatr sprawiały chwilami wrażenie, jakby zamierzały chwilami pochwycić Lapicza oraz jego kompanię. W rzeczywistości, rzecz jasna nic takiego nigdy nie miało miejsca, ale przecież wiadomo nie od dzisiaj, że strach ma wielkie oczy i potrafi nie tylko wszystko wyolbrzymiać, ale jeszcze czynić strasznym to, co wcale straszne nie jest. Tym razem też tak było i dlatego cała czwórka naszych dzielnych bohaterów poczuła ciarki na plecach, choć próbowała udawać, że wszystko jest w porządku.
- Och, Lapicz! Jak tu strasznie! - jęknęła przerażona Liza, która jako pierwsza przestała udawać odważną - Gdzie myśmy właściwie wylądowali?
- Wiem, gdzie jesteśmy - rzekł Lapicz, powoli odzyskując orientację w terenie - Byłem tu kiedyś. Już niedaleko do Domku Pod Błękitną Gwiazdą.
Oczywiście wcale tak blisko tam nie było, jednak Lapicz wolał tego nie mówić swoim przyjaciołom bojąc się, że strach może nad nimi zapanować, a wtedy wolał nie myśleć, co może się z nimi stać, chociaż znacznie bardziej niepokoił go los Marka i jego mamy. Ich czwórka sobie poradzi, ale co z nimi? Przecież podły Szczurzy Pazur nie zna litości i jeżeli jego przyjaciel wiewiórek wraz ze swoją mamą stawią bandycie opór, ten może nie wahać się użyć wobec nich przemocy. Lapicz nie chciał się nawet zastanawiać, jakie mogą być tego konsekwencje, dlatego zarówno on, jak i jego towarzysze musieli zachować spokój i zapanować nad strachem.
- Po drugiej stronie jest droga, która prowadzi do domu Marka - powiedział po chwili Lapicz.
- Więc chodźmy tam - stwierdziła Liza.
Wtem Bundasz stanął na czterech łapach, zaczął węszyć dookoła, po czym zawarczał groźnie. W tej samej chwili dało się słyszeć jakieś dziwne dźwięki.
- Co to za odgłos? - zapytała zaniepokojona Liza.
- Nie wiem. Może to tylko sowa - odpowiedział jej Lapicz, z trudem próbując zachować spokój.
Bundasz zaszczekał groźnie, zaś przerażony Perro schował się za pień drzewa.
- Chodź! Biegnijmy do drogi! Bardzo się boję! - jęknęła Liza, łapiąc Lapicza za ramię.
Tymczasem tajemniczy dźwięk, przypominający czyjeś kroki zbliżał się coraz bardziej, a już chwilę później nad głowami dzieci przeleciał jakiś ciemny kształt.
- Lapicz, co to było?! - zawołała Liza, drżąc ze strachu.
- To chyba sowa... - odpowiedział jej Lapicz - Ale bardziej bym się martwił o to, co właśnie idzie w naszą stronę.
Liza spojrzała w kierunku, w którym patrzył jej przyjaciel i po krótkiej chwili zauważyła ciemną, okrytą mrokiem postać. Liza przerażona jeszcze bardziej niż przedtem złapała Lapicza za ramiona, zaś chłopiec nadstawił swe pięści do walki, na wypadek, gdyby musiał je wyjąć.
Wtem tajemniczy osobnik wyjął zapałkę i zapalił ją, oświetlając w ten sposób przed dziećmi swoją postać. Ku wielkiemu zdumieniu szewczyka tym tajemniczym nieznajomym okazała się mysz płci męskiej, ubrana w fioletowy strój odświętny (już mocno postrzępiony), z fioletowym nosem, czarnymi oczami oraz wielkimi, sumiastymi wąsami barwy bordo.
Lapicz doskonale znał tego osobnika, dlatego radośnie podskoczył w górę i zawołał:
- Majster Zrzęda!
- Kto tam jest? - zapytał Zrzęda, bo to był on.
W tej samej chwili zapałka zgasła i znowu ogarnęły ich ciemności, ale nie na długo, gdyż chmury odsłoniły księżyc w pełni, który swoim blaskiem oświetlił całą okolicę. Zrzęda mógł teraz wyraźnie zobaczyć, kto przed nim stoi.
- Lapicz?! Co ty tu robisz? - zapytał zdumiony Zrzęda, uśmiechając się od ucha do ucha.
Radośnie podbiegł on do chłopca i podniósł go w górę, ściskając przy tym tak mocno i czule, jak jeszcze nigdy tego nie robił.
- A to ci niespodzianka! Cieszę się, że jesteś zdrów i cały - mówił, gładząc chłopca po głowie - Mój kochany Lapicz.
Następnie posadził szewczyka na ziemi i skierował swój wzrok na Bundasza, który rozpoznał swojego pana, po czym powitał go radosnym szczekaniem.
- O! I Bundasz jest z tobą! - mówił Mistrz Zrzęda, głaszcząc czule psa po łbie - Dobry, stary Bundasz. Nie sądziłem, że cię jeszcze zobaczę.
Potem majster spojrzał na Lizę i rzekł do Lapicza:
- Powiedz, kim jest ta mała dziewczynka?
Szewczyk uśmiechnął się radośnie i odpowiedział:
- To jest Liza. Jest sierotą tak, jak ja. Wie pan, przeżyliśmy wspólnie wiele przygód.
Po tych słowach podszedł do dziewczynki i wziął ją za rękę, a jego sympatia odwzajemniła mu się czułym uśmiechem pełnym uczucia znacznie większym niż tylko przyjaźń.
- Ja też! - zaskrzeczał nagle Perro, wyskakując ze swej kryjówki.
- A to jest Perro, papuga Lizy. Całkiem porządny ptak - zachichotał Lapicz, pokazując dłonią na papugę.
- Hmm... A co robicie tu sami, w środku nocy? - spytał Zrzęda.
- Musimy wszyscy dotrzeć do Domku Pod Błękitną Gwiazdą - odpowiedział mu Lapicz - To tam dalej, przy drodze.
- Pójdę z wami, dzieci. Pozwólcie mi tylko chwilkę odpocząć - rzekł Zrzęda, siadając na korzeniu najbliższego drzewa - Nie uwierzycie, co mnie spotkało.
- Co się panu przydarzyło, Mistrzu Zrzęda? - spytał Lapicz - Zmienił się pan.
- Rzeczywiście, zmieniłem się - odpowiedział mu majster - Widzisz, przed dwoma dniami wybrałem się na jarmark. Po drodze zostałem jednak napadnięty i obrabowany, a potem przywiązano mnie do drzewa. Miało to miejsce wczoraj, tak chyba po południu. Długo byłem nieprzytomny, a potem ocknąłem się, jednak nie mogłem się wydostać. Cały następny dzień i prawie całą noc spędziłem w lesie. Myślałem już, że nie przeżyję. Aż nagle pojawił się ktoś, wyciągnął nóż i...
Dzieci westchnęły przerażone, z niecierpliwością oczekując dalszego ciągu tej opowieści.
- Przeciął nim więzy.
Lapicz i Liza odetchnęli z ulgą, a Bundasz zaszczekał wesoło.
- Później dał mi trochę jedzenia, bo byłem strasznie głodny, a na koniec, nim odszedł, podarował mi srebrnego talara - kontynuował swoją opowieść Zrzęda i na dowód, że mówi prawdę wyjął z kieszeni srebrną monetę.
- Przecież to Talar Szczęścia! - zawołała radośnie Liza, rozpoznając pieniążek.
- Wiemy, kto to był, Mistrzu Zrzęda! - dodał wesoło Lapicz - Wiemy, kto pana ocalił. To był szop Melvin! Dostał tę monetę od nas! To prezent od jego matki! O mój Boże! A ja już myślałem, że nie dotrzymał danego słowa i pozostał wierny Szczurzemu Pazurowi. Jak to dobrze, że się myliłem!
- Ten cały Melvin powiedział mi, że ta moneta odmieniła jego życie i mnie też może przynieść szczęście - rzekł Zrzęda - I miał rację. Wprawdzie nie wierzę w czary, ale...
- Powinien pan uwierzyć - zaśmiała się lekko Liza - My dzisiaj też byliśmy zaczarowani.
Bundasz lekko podskoczył w górę i pomachał łapami, chcąc pokazać, że on i jego przyjaciele lecieli w powietrzu. Niezbyt mu to jednak wyszło, bo zwalił się szybko na ziemię niczym worek ziemniaków, a Perro pękał ze śmiechu, widząc to wszystko, jednak chwilę potem sam zleciał na ziemię z gałęzi, na której siedział.
- Chodźcie już! - zawołał Lapicz - Trzeba się pospieszyć, bo będzie za późno.
To mówiąc skierował on swoje kroki w kierunku ścieżki, która prowadziła do Domku Pod Błękitną Gwiazdą. Jego kompanii natychmiast ruszyli za nim, nie dostrzegając przy tym w ogóle sowy, która siedząc na jednym z drzew uważnie ich obserwowała.
- Już niedługo, Lapicz - stwierdziła sowa głosem Sophie - Już niedługo twoje przeznaczenie spełni się. Oby tylko nie zabrakło ci odwagi.
Następnie sowa zamachała skrzydłami i poleciała przed siebie.
Rozdział XVIII - Rozprawa ze Szczurzym Pazurem:
Drużyna szła ścieżką prowadzącą do Domu Pod Błękitną Gwiazdą. Co jakiś czas wydawało im się, że leci nad nimi sowa, która to wyraźnie ich obserwowała. Oczywiście nie uszło to uwadze naszych wędrowców.
- Wiecie... Może mi się zdaje, ale odnoszę wrażenie, jakby ta sowa pilnowała nas - rzekł Mistrz Zrzęda.
- Tak pan sądzi? - spytał Lapicz - Właściwie, to czemu nie? Tyle już dziwnych rzeczy się dzieje ostatnio w naszym życiu, więc czemu nie coś takiego?
Zrzęda pokiwał delikatnie głową, potakując jego słowom.
- Wiesz, Lapicz... Może to nieco głupio zabrzmi, ale wydaje mi się, że gdy tak szedłem do was, to jakaś sowa leciała nade mną i huczała gniewnie, kiedy nie szedłem tam, gdzie ona chciała. Inaczej mówiąc, wskazała mi drogę do was.
- Może to jest ta sama sowa? - zasugerowała Liza.
- Och, nie żartuj - zaśmiał się Zrzęda - Przecież to niemożliwe. Niby dlaczego ta sowa miałaby mi wskazywać drogę do was? Jaki miałaby w tym cel?
Na to nikt nie znał odpowiedzi, dlatego nasi bohaterowie pominęli to pytanie milczeniem i szli dalej. Przed nimi zaś co jakiś czas mignęła postać sowy, który huczała w przyjazny sposób i kiwała głową na znak, gdzie mają iść. Lapicz uznał, iż lepiej będzie, jeżeli jej posłuchają, zwłaszcza, gdy ta porwała czapkę szewczyka, kiedy zignorowano jej pierwszą prośbę.
- Jak dla mnie, tej sowie bardzo zależy na tym, abyśmy poszli za nią - rzekł Lapicz, kiedy już zdołał wyrwać ptaszysku z dzioba swoje nakrycie głowy.
- Niewątpliwie - rzekł Zrzęda, po czym wzdrygnął się, gdy przed jego twarzą przeleciał nietoperz - Ech! Idź precz! Paskudne nietoperze! Wolę już towarzystwo sów. Są zdecydowanie milsze.
- Tak... Jeśli nie kradną nam czapek - zaśmiał się Lapicz.
Chwilę później cała czwórka powoli ruszyła przed siebie, zaś sowa co jakiś czas huczała na znak, że mają oni zmienić kierunek lub kontynuować wędrówkę w tym kierunku, który to właśnie obrali. Potem minęli wielkie, zwalone drzewo i musieli przez nie przejść, co przyszło im dość łatwo.
- Hej, Lapicz! Zobacz! - zawołała Liza, wykonując kilka piruetów na owym drzewie.
Przechodząc przez nie dziewczynka nie umiała się jakoś oprzeć pokusie, aby popisać się przed wybrankiem swego serca. Niestety, wybrała na to zły moment, ponieważ Lapicz wzruszył tylko ramionami i machnął obojętnie ręką, dając tym samym znać dziewczynce, że to nie czas ani też miejsce na takie popisy. Liza zrozumiała to i bardzo zasmucona opuściła głowę, idąc dalej za chłopcem.
W przeciwieństwie do dzieci Mistrz Zrzęda z powodu swojej tuszy miał poważny problem, aby przejść przez zwalone drzewo i Bundasz musiał mu w tym pomóc, a następnie sam zwinnie je przeskoczył wraz z Perro wciąż siedzącym mu na głowie. Majster pogłaskał wiernego psa po łbie w sposób czuły i przyjacielski, okazując mu w ten sposób swoją wdzięczność, po czym ruszył za dziećmi, a Bundasz i Perro zrobili to samo.
Sowa tymczasem obserwowała wędrówkę naszych bohaterów, a przy okazji huczała i wciąż wskazywała im drogę. Robiła to tak długo, aż w końcu zniknęła, a nasi wędrowcy trafili na dosyć niewielki pagórek, z którego to dostrzegli dróżkę nieosłoniętej żadnymi drzewami. Na owej dróżce właśnie hulał potężny wicher.
- Ciekawe, dokąd prowadzi ta droga? - spytał Zrzęda.
Wtem dostrzegli na horyzoncie pędzący dróżką w ich stronę dość spory wóz zaprzężony w czarnego konia z fioletową grzywą.
- Tam! - zawołał Lapicz, gdy tylko pojazd nieco się przybliżył - Tam w dole! Patrzcie! Tam jest ten podły łajdak!
Rzeczywiście, na miejscu dla woźnicy siedział Szczurzy Pazur, który co chwila smagał konia batem, krzycząc:
- Jazda! Naprzód!
- Przecież to mój wóz! - jęknął Zrzęda - Ale to nie jest ten sam koń, którego pożyczyłem od oberżysty! To jakiś inny! Ciekawe, co zrobił z tamtym?
- Ja chyba wiem, co - odparła na to Liza - Sprzedał go dyrektorowi cyrku, dla którego pracowałam.
- Później to wyjaśnimy! Teraz musimy go zatrzymać! - zawołał Lapicz, po czym pognał wzdłuż pagórka za bandytą, aby go dogonić - Poczekaj no, draniu! Zaraz cię dopadnę!
Przyjaciele szewczyka zrobili tak samo, co on, gdy wtem dostrzegli, że na drodze ktoś stoi. Ktoś niski oraz dość pulchny, ale jego osoba zmusiła Szczurzego Pazura do zatrzymania się.
- Hej! To przecież Melvin! - powiedział Lapicz do przyjaciół, również stając w miejscu.
- Co on robi? - spytała Liza.
- Chyba chce nam pomóc - odpowiedział jej szewczyk.
Melvin, bo to rzeczywiście był on, powoli złożył swe dłonie w pięści i mówił sam do siebie:
- Nie bój się, Melvin. Nie bój się.
- A ty czego tu szukasz, co?! - krzyknął wściekle Szczurzy Pazur, skutecznie przekrzykując wichurę - Powinieneś czekać na mnie przy Domku Pod Błękitną Gwiazdą, głupku!
Melvin nie przeląkł się go jednak, gdyż zawołał bojowym tonem:
- Gra skończona, Szczurzy Pazurze! To już koniec! Nie pozwolę dłużej sobą komenderować! I niech pan wie, że nie dopuszczę do napadu na Dom Pod Błękitną Gwiazdą!
- Pomieszało ci się w głowie? Zejdź mi z drogi! - wrzasnął jego ex-herszt.
- Zrezygnuj! Tędy nie przejdziesz! - zawołał szop.
Szczurzy Pazur zawarczał wściekle, po czym wziął mocny zamach batem i zaatakował nim Melvina. Ten jednak z łatwością zniósł te ciosy, powoli idąc w kierunku bandyty. Nie doceniał wszak swojego przeciwnika, który cisnął batem tak, że jego koniec owinął się wokół postaci jego ex-pomocnika. Gdy to się stało, to Szczurzy Pazur wykorzystał swoją siłę, którą nabył podczas swych licznych akcji, podniósł batem Melvina w górę, okręcił go jak na karuzeli, po czym odrzucił go daleko przed siebie, wołając:
- Miłego lotu!
Melvin przeleciał nad głowami Lapicza i jego przyjaciół.
- Musimy coś zrobić! - zawołała Liza.
Majster Zrzęda pierwszy skoczył do walki, a za nim zrobili to Bundasz oraz Perro.
- Stój, ty łotrze! - krzyknął szewc.
- A to co? Ten głupiec przyszedł tu z przyjaciółmi? - warknął bandyta - Jeżeli myślicie, że mnie powstrzymacie, to się grubo mylicie!
Perro doleciał do jego głowy i zaczął go po niej dziobać, zaś Zrzęda i Bundasz wskoczyli na wóz, próbując zrzucić z niego przestępcę. Szczurzy Pazur opędzał się od nich zaciekle batem, lecz kiedy pomimo tego spadł z wozu, to wyjął zza pasa pistolet i wymierzył go w swoich napastników, nim ci do niego doskoczyli.
- Jeszcze jeden krok i skończycie podziurawieni! - zawołał - Zejdźcie mi z drogi, bo podzielicie los tego idioty!
Zrzęda, Bundasz i Perro nie należeli do tchórzy, ale bali się ponowić walkę, gdy Szczurzy Pazur mierzył do nich z pistoletu, dlatego cofnęli się i pozwoli mu wsiąść na wóz.
- I nie próbujcie mnie ścigać, bo będę strzelał! - zawołał.
- O nie! On zaraz ucieknie! - pisnęła Liza.
Lapicz wiedział, że teraz on musi coś zrobić. Szybko podniósł więc jedną ze złamanych gałęzi, które leżały niedaleko i wskoczył na drogę.
- A tam co znowu? - zapytał wściekły Szczurzy Pazur, widząc przed sobą kolejnego przeciwnika - Chcesz mnie przestraszyć tym patykiem?!
Lapicz zrobił groźną minę, a bandyta zawołał:
- Odsuń się! Spieszy mi się!
- No, panie Pazur? Pamięta mnie pan?! - krzyknął do niego Lapicz.
Bandyta zachichotał podle, rozpoznając swojego przeciwnika.
- He he he! Czy to nie ten smarkacz z butami? Ha ha ha! Widzę, że masz je znowu. Z drogi! Załatwimy nasze sprawy później!
- O nie! Załatwimy je teraz! Natychmiast! - krzyknął bojowo Lapicz - Jest pan podłym oszustem i złodziejem! Tego konia i wóz też pan ukradł! Ale na tym koniec! Nauczę pana moresu!
- Ach tak?! Jesteś tego pewien, co?!
- Tak! Niech nie nazywam się Lapicz, jeśli dam panu odejść!
- Posłuchaj mnie dobrze, chłopcze! Zaczynam już być zły! Bardzo zły! Zejdź mi z oczu, bo wdepczę cię w ziemię kopytami tego konia!
- Och, zejdź mu z drogi, Lapicz! On to naprawdę zrobi! - zawołała przerażona Liza.
- Uciekaj, Lapicz! Uciekaj! - krzyknął Zrzęda, stając obok niej.
Perro zaś przerażony złapał Bundasza za szyję i przytulił się do niego, ku wielkiej irytacji psa.
Szczurzy Pazur zdzielił konia batem i zaczął pędzić na Lapicza, który to stał odważnie w miejscu, choć jednocześnie bardzo się pocił na twarzy ze strachu. Przez chwilę chciał on już uskoczyć na bok, ale wtem przypomniał sobie słowa Sophie:
- Wysłuchaj mnie, Lapicz! Mimo, że jesteś młody, to posiadasz siłę, z której nie zdajesz sobie sprawy! Twoja grzeczność oraz niezłomne męstwo mogą powstrzymać złe moce, z którymi się zetkniesz.
Tak! Lapicz nie mógł teraz zrezygnować i się poddać. Nie teraz! Zbyt wiele od jego zwycięstwa zależało. Musiał jakoś pokonać Szczurzego Pazura. Więc choć wicher wiał coraz mocniej w jego twarz, choć na niebie błyskały już błyskawice, choć chmury zbierały się na nieboskłonie, a ku niemu pędził jakże rozwścieczony bandyta, stał dalej w miejscu czekając na to, co będzie dalej.
Wóz już był blisko Lapicza, gdy nagle stało się zupełnie niespodziewanego. Mianowicie koń zaprzężony do wozu stanął dęba tuż przed Lapiczem i nie potrafił go staranować, mimo iż Szczurzy Pazur siekł go batem bez litości.
- Skoro to głupie bydlę nie umiem cię staranować, to załatwię to inaczej! - zawołał bandzior i wyjął pistolet.
- Lapicz! O nie! - krzyknęła przerażona Liza i ruszyła biegiem w kierunku swego ukochanego.
Szczurzy Pazur usłyszał jej krzyk i spojrzał w jej stronę.
- Jeszcze jedna zarozumiała mysz?! - zawołał - Mam was już dosyć!
- NIE! - wrzasnął przerażony Lapicz widząc, jak bandzior mierzy do Lizy.
Wtem sowa (ta sama, która prowadziła niedawno naszych bohaterów przez las) wyskoczyła nie wiadomo skąd i zaatakowała bandytę, wytrącając mu broń z ręki. Pistolet upadł na ziemię, po czym wystrzelił, jednak kula nikogo nie dosięgła, a jedynie poleciała przed siebie i trafiła w drzewo.
Szczurzy Pazur złapał za bat i próbował uderzyć nim sowę, ta jednak wtedy odleciała zadowolona z dobrze wykonanego zadania. Koń zaś powoli zaczął się cofać wraz z wozem, zaś Liza stanęła w miejscu czekając na rozwój wydarzeń.
- Nazywają mnie Szczurzy Pazur, król przestępczego świata, postrach całej tej krainy! Nikt nie stanie mi na drodze! - wrzasnął głośno bandyta, przekrzykując wicher i błyskawice, po czym zdzielił mocno konia batem, wrzeszcząc: - Naprzód, stary! Naprzód!
Chwilę później ponownie natarł na Lapicza, który jednak wciąż dzielnie stał w miejscu z gałęzią w dłoni. Gdy jednak zbliżył się do szewczyka, jego koń ponownie się zatrzymał i stanął dęba, a następnie w ziemię uderzył piorun. Traf chciał, że trafił on prosto w wóz, oddzielając od niego konia, który przerażony pognał przed siebie, omijając jednak Lapicza. Natomiast sam wóz z siedzącym na nim Szczurzym Pazurem poleciał do tyłu i to z zawrotną szybkością, pędząc nieuchronnie w kierunku przepaści, aż w końcu spadł w nią. Przestępca wrzeszcząc ze strachu i bólu upadł z dużej wysokości na ziemię, ale być może nic by mu się nie stało, gdyby nie to, że chwilę później przygniótł go wóz oraz kilka ciężkich kamieni, które ten pociągnął ze sobą.
W taki oto sposób zginął Szczurzy Pazur, największy bandyta tych ziem. Szczątki skradzionego wozu oraz parę głazów miały być odtąd jego grobem. Jego kapelusz zaś wiatr powiał prosto pod nogi Lapicza, który stał dalej odważnie na drodze, spodziewając się powrotu swojego przeciwnika, jednak ten nie nastąpił, gdyż bandyta był martwy, co oczywiście wszyscy zebrani w tym miejscu w lot pojęli.
Wtedy burza ucichła, wiatr ustał, a chmury się rozstąpiły, jakby sama pogoda świętowała zwycięstwo dzielnego szewczyka nad groźnym bandytą.
- Hurra! Udało mu się! Hurra! - wołała Liza, podskakując raz za razem w górę.
Zrzęda, Bundasz oraz Perro robili to samo, klaszcząc przy tym głośnie. Lapicz zaś powoli otarł czoło z potu, spojrzał na nich i uśmiechnął się po przyjacielsku.
- Brawo! Brawo! Brawo! - skrzeczał radośnie Perro, wykonując fikołki w powietrzu!
- Odsuń się! Spieszy mi się!
- No, panie Pazur? Pamięta mnie pan?! - krzyknął do niego Lapicz.
Bandyta zachichotał podle, rozpoznając swojego przeciwnika.
- He he he! Czy to nie ten smarkacz z butami? Ha ha ha! Widzę, że masz je znowu. Z drogi! Załatwimy nasze sprawy później!
- O nie! Załatwimy je teraz! Natychmiast! - krzyknął bojowo Lapicz - Jest pan podłym oszustem i złodziejem! Tego konia i wóz też pan ukradł! Ale na tym koniec! Nauczę pana moresu!
- Ach tak?! Jesteś tego pewien, co?!
- Tak! Niech nie nazywam się Lapicz, jeśli dam panu odejść!
- Posłuchaj mnie dobrze, chłopcze! Zaczynam już być zły! Bardzo zły! Zejdź mi z oczu, bo wdepczę cię w ziemię kopytami tego konia!
- Och, zejdź mu z drogi, Lapicz! On to naprawdę zrobi! - zawołała przerażona Liza.
- Uciekaj, Lapicz! Uciekaj! - krzyknął Zrzęda, stając obok niej.
Perro zaś przerażony złapał Bundasza za szyję i przytulił się do niego, ku wielkiej irytacji psa.
Szczurzy Pazur zdzielił konia batem i zaczął pędzić na Lapicza, który to stał odważnie w miejscu, choć jednocześnie bardzo się pocił na twarzy ze strachu. Przez chwilę chciał on już uskoczyć na bok, ale wtem przypomniał sobie słowa Sophie:
- Wysłuchaj mnie, Lapicz! Mimo, że jesteś młody, to posiadasz siłę, z której nie zdajesz sobie sprawy! Twoja grzeczność oraz niezłomne męstwo mogą powstrzymać złe moce, z którymi się zetkniesz.
Tak! Lapicz nie mógł teraz zrezygnować i się poddać. Nie teraz! Zbyt wiele od jego zwycięstwa zależało. Musiał jakoś pokonać Szczurzego Pazura. Więc choć wicher wiał coraz mocniej w jego twarz, choć na niebie błyskały już błyskawice, choć chmury zbierały się na nieboskłonie, a ku niemu pędził jakże rozwścieczony bandyta, stał dalej w miejscu czekając na to, co będzie dalej.
Wóz już był blisko Lapicza, gdy nagle stało się zupełnie niespodziewanego. Mianowicie koń zaprzężony do wozu stanął dęba tuż przed Lapiczem i nie potrafił go staranować, mimo iż Szczurzy Pazur siekł go batem bez litości.
- Skoro to głupie bydlę nie umiem cię staranować, to załatwię to inaczej! - zawołał bandzior i wyjął pistolet.
- Lapicz! O nie! - krzyknęła przerażona Liza i ruszyła biegiem w kierunku swego ukochanego.
Szczurzy Pazur usłyszał jej krzyk i spojrzał w jej stronę.
- Jeszcze jedna zarozumiała mysz?! - zawołał - Mam was już dosyć!
- NIE! - wrzasnął przerażony Lapicz widząc, jak bandzior mierzy do Lizy.
Wtem sowa (ta sama, która prowadziła niedawno naszych bohaterów przez las) wyskoczyła nie wiadomo skąd i zaatakowała bandytę, wytrącając mu broń z ręki. Pistolet upadł na ziemię, po czym wystrzelił, jednak kula nikogo nie dosięgła, a jedynie poleciała przed siebie i trafiła w drzewo.
Szczurzy Pazur złapał za bat i próbował uderzyć nim sowę, ta jednak wtedy odleciała zadowolona z dobrze wykonanego zadania. Koń zaś powoli zaczął się cofać wraz z wozem, zaś Liza stanęła w miejscu czekając na rozwój wydarzeń.
- Nazywają mnie Szczurzy Pazur, król przestępczego świata, postrach całej tej krainy! Nikt nie stanie mi na drodze! - wrzasnął głośno bandyta, przekrzykując wicher i błyskawice, po czym zdzielił mocno konia batem, wrzeszcząc: - Naprzód, stary! Naprzód!
Chwilę później ponownie natarł na Lapicza, który jednak wciąż dzielnie stał w miejscu z gałęzią w dłoni. Gdy jednak zbliżył się do szewczyka, jego koń ponownie się zatrzymał i stanął dęba, a następnie w ziemię uderzył piorun. Traf chciał, że trafił on prosto w wóz, oddzielając od niego konia, który przerażony pognał przed siebie, omijając jednak Lapicza. Natomiast sam wóz z siedzącym na nim Szczurzym Pazurem poleciał do tyłu i to z zawrotną szybkością, pędząc nieuchronnie w kierunku przepaści, aż w końcu spadł w nią. Przestępca wrzeszcząc ze strachu i bólu upadł z dużej wysokości na ziemię, ale być może nic by mu się nie stało, gdyby nie to, że chwilę później przygniótł go wóz oraz kilka ciężkich kamieni, które ten pociągnął ze sobą.
W taki oto sposób zginął Szczurzy Pazur, największy bandyta tych ziem. Szczątki skradzionego wozu oraz parę głazów miały być odtąd jego grobem. Jego kapelusz zaś wiatr powiał prosto pod nogi Lapicza, który stał dalej odważnie na drodze, spodziewając się powrotu swojego przeciwnika, jednak ten nie nastąpił, gdyż bandyta był martwy, co oczywiście wszyscy zebrani w tym miejscu w lot pojęli.
Wtedy burza ucichła, wiatr ustał, a chmury się rozstąpiły, jakby sama pogoda świętowała zwycięstwo dzielnego szewczyka nad groźnym bandytą.
- Hurra! Udało mu się! Hurra! - wołała Liza, podskakując raz za razem w górę.
Zrzęda, Bundasz oraz Perro robili to samo, klaszcząc przy tym głośnie. Lapicz zaś powoli otarł czoło z potu, spojrzał na nich i uśmiechnął się po przyjacielsku.
- Brawo! Brawo! Brawo! - skrzeczał radośnie Perro, wykonując fikołki w powietrzu!
Liza zaś podbiegła z otwartymi ramiona w kierunku Lapicza, po czym rzuciła mu się na szyję, uściskała go czule i całując bardzo zachłannie w oba policzki, wołała:
- To było wspaniałe! Mój Lapicz! Mój kochany Lapicz!
Szewczyk zarumienił się lekko i bardzo czule przytulił do siebie dziewczynkę. Chwilę później podszedł do niego Bundasz, liżąc go delikatnie po twarzy.
- Niech cię uściskam, mój chłopcze! - zawołał Mistrz Zrzęda, podbiegając do Lapicza i podnosząc go radośnie w górę.
- Prosimy o bis! Bis! - skrzeczał wesoło Perro.
Chwilę później usłyszeli stukot kopyt. To Melvin przyprowadził konia z wozu Szczurzego Pazura. Koń stawiał przez chwilę opór, ale na szczęście dostrzegła to Liza, która podbiegła do niego i powiedziała spokojnie:
- Prr, koniku!
Następnie złapała lejce i dodała:
- Chodź do mnie. Już dobrze. Spokojnie, koniku. Spokojnie. Już po wszystkim - mówiąc to czule gładziła go po łbie - Nie musisz się bać. Nikt już nie będzie cię bił. Już nigdy więcej.
- Wielkie dzięki za pomoc, Melvin - powiedział Lapicz, podchodząc do szopa - Dotrzymałeś słowa. Twoja mama będzie z ciebie bardzo dumna.
- Nie, Lapicz. To ja muszę ci podziękować - odparł z uśmiechem na twarzy Melvin - Przecież to ty przyniosłeś mi Szczęśliwego Talara. Teraz będę robić tylko dobre rzeczy.
- Jeśli tak postanowisz, to na pewno ci się uda - rzekł szewczyk.
- Ten piękny karosz potrzebuje nowego domu - powiedziała Liza do Melvina, podając mu cugle konia - Dbaj o niego, a zostanie twoim wiernym przyjacielem.
- Wierni przyjaciele! Weseli przyjaciele - skrzeczał Perro, skacząc po głowie nieźle już rozzłoszczonego jego zachowaniem Bundasza.
Tymczasem Melvin uśmiechnął się radośnie do przyjaciół i wraz z koniem powoli ruszył w kierunku rodzinnej wioski. Miał tam wszystkim do przekazania bardzo radosne wieści. Co prawda spodziewał się, że chłopi nie ucieszą się na jego widok, ale z pewnością nie zrobią mu krzywdy, jeżeli powie im, co tutaj zaszło.
Tego była pewna również obserwująca to wszystko sowa, która dla pewności postanowiła polecieć za Melvinem, aby dopilnować, że tak się właśnie stanie.
Rozdział XIX - Skarb rodziny Marka:
Lapicz i jego przyjaciele zadowoleni ruszyli w kierunku celu swojej podróży, ale tym razem szli spokojnie i bez pośpiechu, bo w końcu już nie musieli się śpieszyć. Ostatecznie Szczurzy Pazur nie żył i nie mógł w żaden sposób nikogo skrzywdzić. Jednak długo nie szli, ponieważ zmęczenie walką, a także wędrówką sprawiło, że musieli się oni położyć wygodnie pod jednym z najbliższych drzew, a gdy już to zrobili, to zaraz zasnęli.
Obudzili się około południa, kiedy słońce było już bardzo wysoko na niebie. Pierwszy zrobił to Lapicz, druga Liza, a cała reszta uczyniła to zaraz po nich. Zadowoleni rozejrzeli się dookoła.
- Wiesz, Lapicz... Ten las w dzień jest o wiele piękniejszy niż w nocy - powiedziała zachwyconym głosem Liza.
- Tak... I do tego jeszcze nie jest tak groźny - dodał wesoło Lapicz - Ale chyba powinniśmy już iść. Musimy powiedzieć Marko, że jego dom jest już bezpieczny.
- Tak, a przy okazji nasz dom znajduje się na północy, więc dom Marka jest nam po drodze - zauważył Mistrz Zrzęda - Dlatego możemy po drodze do niego wstąpić.
- Po drodze do domu odwiedzimy dom! - zaskrzeczał Perro, wesoło latając nad głową Bundasza.
Lapicz i Liza zachichotali wesoło, po czym powoli wstali i otrzepali ubrania z kurzu.
Nagle dostrzegli grupkę żandarmów w mundurach kroczących leśną drogą. Między sobą mieli oni elegancko ubranego lisa w ciężkich kajdanach na rękach.
- Hej! To przecież jest dyrektor cyrku! - zawołał Lapicz wyraźnie bardzo zaskoczony - Zobaczcie! Jest w kajdanach!
- Ciekawe, za co to go spotkało? - zdziwiła się Liza.
- Może to sprawdzimy?
- Bardzo chętnie.
Dzieci podbiegły do żandarmów, aby się tego dowiedzieć.
- Przepraszam, ale czemu aresztowaliście tego pana? - spytał Lapicz.
Oddział zatrzymał się, a jego przywódca, który był bardzo wysokim wilkiem o ciemnych oczach, popatrzył uważnie na dzieci i rzekł:
- Witajcie, moi drodzy. Chętnie wam to wyjaśnię, jednak pozwólcie, że zanim odpowiem na wasze pytanie zadam wam inne. Ty jesteś Lapicz, a ty Liza, mam rację?
- Tak... - zdziwił się Lapicz, którego zdumienie sięgało teraz zenitu - Ale skąd pan to wie?
Dowódca żandarmów spojrzał na dyrektora i powiedział:
- To jest Liza, twoja dawna artystka, prawda?
- Tak, to prawda - warknął dyrektor cyrku - Zwykły darmozjad i tyle!
- Hej! Tylko nie darmozjad, proszę pana! - zawołała oburzona Liza, łapiąc się lekko rękoma za boki - Uczciwie na siebie pracowałam, ale porzucił mnie pan, gdy tylko zachorowałam!
- Myślisz, że było mnie stać na utrzymywanie pracowników, którzy nie umieją zachować zdrowie? - mruknął lis.
Liza nie wytrzymała i ze złości kopnęła dyrektora w kostkę, a ten z bólu zaczął podskakiwać, pomstując na dziewczynkę poirytowany jak nigdy dotąd.
- No dobrze, już dobrze - powiedział dowódca żandarmów, lekko się przy tym śmiejąc - Skoro więc jesteście Lapicz i Liza, to najwyraźniej są wasze konie.
Po tych słowach pokazał on na dwóch swoich ludzi, którzy to szli na końcu orszaku trzymając za uzdę dwa piękne konie. Jednym z nich był koń, którego Szczurzy Pazur sprzedał dyrektorowi, a drugim Blanka.
- Blanka! Moja Blanka! - zawołała radośnie dziewczynka, czule do niej podbiegając i ściskając ją za łeb.
Klacz zarżała wesoło, okazując wielką radość na widok dziewczynki, więc nie było już żadnych wątpliwości, że rzeczywiście należy ona do Lizy.
- A to jest ten koń, którego Szczurzy Pazur sprzedał dyrektorowi! - zawołał Lapicz, głaszcząc drugiego konia.
- A zatem wszystko jest w porządku - rzekł oficer żandarmów zadowolonym tonem - Pracownicy pana dyrektora, kiedy ich przycisnęliśmy powiedzieli nam wszystko o ciemnych interesach swojego pracodawcy. Wspominali nam też o tych koniach. Jak widzę, mówili prawdę.
- A panowie szukali dyrektora? - spytała Liza.
- Nie, szukaliśmy Szczurzego Pazura i szukając go trafiliśmy do miasteczka, w którym wczoraj odbył się jarmark. Tam też spotkaliśmy pewną kobietę o imieniu Sophie. Powiedziała nam, że dyrektor cyrku, który występuje w tym miasteczku, zagarnął klaczkę należącą do panny Lizy oraz konia należącego do pana Lapicza i jego mistrza, majstra Zrzędy.
- To ja jestem majster Zrzęda - rzekł Zrzęda, podchodząc bliżej - Ale to pan przecież wie, kapitanie. W końcu znamy się nie od dziś.
Oficer żandarmów uśmiechnął się zadowolony i rzekł:
- No proszę, majster Zrzęda! Miło pana znowu widzieć! Co pan robi w lesie o tej porze? Tak daleko od swego warsztatu?
- To raczej dłuższa opowieść, a jeżeli zechcesz mnie pan kiedyś odwiedzić, to chętnie ją opowiem - odparł wesoło Zrzęda, podchodząc do konia - Tak, to jest koń, którym jechałem na jarmark. A właściwie nie mój, bo właściciela gospody, od którego go pożyczyłem, ale chwilowo należy do mnie.
- A zatem ta kobieta mówiła prawdę - stwierdził zadowolony oficer - Miałem pewne wątpliwości, ale skoro reszta faktów, które nam przekazała były prawdziwe, więc czemu te miałyby być kłamstwem?
- Mówi pan, że jak się nazywała ta kobieta? - spytał Lapicz.
- Sophie, a co?
Lapicz uśmiechnął się bardzo zadowolony, ponieważ już wiedział, kto pomógł aresztować dyrektora cyrku. Stara, dobra Sophie.
- Pytam się, bo znamy tę kobietę. Nam też ona pomogła.
- Właśnie! - potwierdziła Liza - Dobrze, że jej uwierzyliście.
- Trudno było początkowo w to uwierzyć, ale kiedy tylko zaszliśmy do cyrku, to wtedy dyrektor przeraził się, a gdy wspomniałem o koniu, zaczął uciekać. Nie było więc wątpliwości, że chce coś przed nami ukryć, a kiedy jego pracownicy złożyli zeznania, to już wszystko było jasne. Cieszę się, że możemy wam zwrócić wasze konie. Ale wybaczcie nam, nie możemy dłużej z wami rozmawiać. Musimy odprowadzić tego łotra do stolicy. Tam już czekają na niego sędzia i naczelnik więzienia. Szkoda tylko, że nie wiemy, gdzie teraz jest teraz Szczurzy Pazur.
- Znajdziecie go w tym wąwozie - powiedział Lapicz, wskazując dłonią na wąwóz niedaleko miejsca, w którym się znajdowali - Wczoraj zleciał tam i zginął przygnieciony wozem i kamieniami. Jak poszukacie, to znajdziecie jego ciało.
- To prawda! Sam widziałem na własne oczy - dodał majster Zrzęda - Piorun uderzył w ziemię, spłoszył konia, oddzielił go od wozu, na którym siedział ten łajdak, a potem... BACH!
Żandarmi słuchali tej opowieści bardzo zaintrygowani, a kiedy dobiegła ona końca, to kapitan uznał, że lepiej będzie ją dobrze sprawdzić zanim się ją uzna za pewnik, więc ruszyli w kierunku wąwozu, a nasi bohaterowie zabrali ze sobą oba konie i ruszyli na północ, do domu Marka.
Szli jakiś czas, aż w końcu zdołali wyjść z lasu i wówczas zauważyli jezioro oraz stojący przy nim Dom Pod Błękitną Gwiazdą.
- To tutaj! Tu mieszka Marko! - zawołał radośnie Lapicz.
Powoli podeszli do domu i zapukali do jego drzwi. Chwilę później otworzył im Marco.
- Lapicz?! - zawołał wesoło na widok szewczyka.
- Witaj, Marko.
Wiewiórek uściskał go radośnie, śmiejąc się przy tym wesoło.
- Witaj, Lapicz! Przyszedłeś nas odwiedzić?
- Tak! Jest twoja mama?
- Oczywiście. Mamo! Lapicz nas odwiedził!
Chwilę później z domku wyszła mama Marko, uśmiechnięta od ucha do ucha na widok szewczyka.
- Jak miło znowu cię widzieć, Lapicz! O! Widzę, że nie jesteś sam.
- To mój majster i moja przyjaciółka Liza! - przedstawił ich Lapicz - A to jest Perro, najzabawniejsza papuga na świecie.
- Dzień dobry, pani. Jestem szewcem, nazywają mnie Zrzęda - ukłonił się uprzejmie pracodawca Lapicza.
- Wracamy wszyscy właśnie w moje rodzinne strony i pomyśleliśmy sobie, że odwiedzimy panią i Marka, jeżeli oczywiście to żaden kłopot - mówił dalej Lapicz.
- Kłopot? Nawet tak nie mów - uśmiechnęła się do niego kobieta - I tak nie mamy tutaj zbyt wielu gości.
- Bardzo się cieszę, że nie przeszkadzamy i wie pani, co? Mam radosną nowinę - rzekł radośnie szewczyk.
- Tak! Ten zły bandyta, Szczurzy Pazur nie zrobi już nikomu krzywdy! - dodała Liza.
- Nikt już nie ukradnie waszego drogocennego skarbu - zauważył Lapicz.
Mama Marka i jej syn spojrzeli na szewczyka zdumieni.
- Skarbu? Ale jakiego skarbu? O czym ty mówisz, Lapicz? - zapytała kobieta - Jesteśmy biednymi ludźmi. Skąd u nas drogocenny skarb?
- Kiedy ostatnio byłem u was, to Marko opowiadał mi o skarbie, który jego tata zostawił na ciężkie czasy. A Szczurzy Pazur chciał go ukraść. No, wie pani. Ten skarb w kuferku.
Mama Marka zrozumiała już, o co chodzi i zachichotała delikatnie, spojrzała z uśmiechem na Lapicza, po czym powiedziała:
- Ach, o tym skarbie mówisz! Już rozumiem, ale widzisz... To wcale nie jest... Zresztą sam zobacz. Zapraszam wszystkich do domu.
Wszyscy weszli do domu (poza końmi, które zostały na zewnątrz), a następnie gospodyni zaprowadziła ich do izby z kufrem. Tam zaś wyjęła klucz z kieszeni spódnicy i otworzyła nim kufer. Wówczas oczom Lapicza i jego przyjaciół ukazał się niezwykły obraz zawartości tego przedmiotu: trochę ubrań, para męskich butów, fajka, mandolina, kilka książek, pozytywka, oprawione w ramkę zdjęcie Marka z mamą oraz jakimś wiewiórem płci męskiej (prawdopodobnie ojcem), a prócz tego jeszcze kilka innych rzeczy.
- Oto nasz drogocenny skarb - rzekła wesołym tonem mama Marka - Kuferek pełen wspomnień.
- Tak! To są rzeczy mojego taty! - zawołał radośnie Marko.
- Rozumiem - westchnęła bardzo smutno Liza - Też chciałabym mieć coś, co przypominałoby mi moją rodzinę, ale niestety... Nigdy nie dowiem się, kim są moi rodzice.
- Nie wolno ci nigdy tracić nadziei, Lizo - powiedziała mama Marka - Kto wie? Być może na dnie serca masz wspomnienia, które kiedyś same się obudzą?
- Pewnego dnia powróci do domu pani mąż! Zobaczy pani! - zawołał radośnie Lapicz.
- Wierzę, że masz rację, Lapicz - rzekła wzruszonym głosem kobieta, gładząc szewczyka po głowie - Jesteś bardzo dobrym chłopcem. Dziękuję ci.
- Chciałbym pani coś podarować - powiedział Mistrz Zrzęda, wyjmując z kieszeni monetę, którą dostał od Melvina - Ten talar przynosi szczęście.
- Panie Zrzędo, jest piękny, ale nie mogę go przyjąć.
- Owszem, może pani. Wręcz powinna pani. W końcu pani syn i pani jesteście przyjaciółmi mojego ucznia i zarazem przybranego syna. Z tego, co mi mówił, ugościła go pani wtedy, gdy wędrował głodny przez świat.
- Zrobiłam tylko to, co każdy inny zrobiłby na moim miejscu.
- Z pewnością, jednakże pani dobroć zasługuje na nagrodę.
- Och, panie Zrzędo... Nie wiem, co powiedzieć. Chyba naprawdę nie mogę tego przyjąć.
- Nalegam na to. Nie czułbym się dobrze, gdybym nie zdołał się pani odwdzięczyć.
- No cóż... Skoro tak, to dobrze, ale w zamian proszę, abyście zawsze, gdy będziecie w pobliżu, przychodzili do nas z wizytą.
- Oj tak! My zawsze chętnie was przyjmiemy! - zawołał radośnie Marko, podskakując w górę i klaszcząc przy tym w dłonie.
- Przyjaciele na całym świecie! - zaskrzeczał wesoło Perro, też podskakując.
Mama Marka uśmiechnęła się czule, po czym zaprosiła Lapicza z jego kompanią na posiłek. Ci z radością przyjęli to zaproszenie, ponieważ nic jeszcze tego dnia nie jedli. Gospodyni ugościła ich, czym chata bogata, choć ta nie była zbyt bogata, jednak to, co podała swym gościom w zupełności im wystarczyło, a wręcz czuli się trochę źle ze świadomością, że objadają tę uroczą kobietę i jej syna, lecz Marko z mamą zapewnili ich, że podobnie jak Zrzęda w sprawie talara, oni sami nie czuliby się dobrze wiedząc, iż puścili swoich przyjaciół głodnych.
- Dziękuję wam bardzo za gościnę. Dawno już takiej nie doznałem - rzekł przyjaźnie Zrzęda, gdy skończyli jeść - Obawiam się jednak, że musimy już ruszać w drogę. Moja żona na pewno się niepokoi.
- Hurra! Nie mogę się doczekać, kiedy znów zobaczę panią majstrową! - zawołał szczęśliwy Lapicz.
Cała grupka pożegnała uroczą gospodynię i jej syna, zabrała oba swe konie i ruszyli w kierunku rodzinnego miasteczka Lapicza. Marko wraz ze swoją mamą długo jeszcze stali w progu i machali im wesoło na pożegnanie.
Jakoś tak pół godziny później, kiedy nasi bohaterowie przechodzili przez kamienny most ustawiony nad potokiem, dostrzegli nagle idącą w ich stronę wiewiórkę płci męskiej. Był to chudy jegomość z szarymi wąsami i takimi samymi brwiami, ubrany w bardzo postrzępiony strój, na który składały się: żółta koszula, brązowa kurtka, zielone spodnie w niebieskie łaty, czarne buty i zielony kapelusz. W dłoni trzymał on szarą, połataną walizkę, która z pewnością pamiętała już znacznie lepsze czasy niż obecne.
- Dzień dobry - powiedział nieznajomy, zatrzymując się.
- Dzień dobry - odpowiedział mu bardzo wesołym głosem Lapicz, również się zatrzymując.
- Dobry wieczór wszystkim! - zaskrzeczał wesoło Perro, uchylając lekką swą kapitańską czapkę w geście powitania.
- Perro... Jest przecież dzień - zachichotała Liza.
- Przepraszam, że przeszkadzam, ale czy możecie mi powiedzieć, gdzie jest Dom Pod Błękitną Gwiazdą? - zapytał nieznajomy, uchylając kapelusza na znak szacunku - Nie mogę się zorientować w okolicy, tak tu się wszystko zmieniło.
Lapicz przyjrzał mu się uważnie i rozpoznał jegomościa. Wiedział już, że widział go niedawno na zdjęciu, które leżało w kuferku w domu Marka. Bystry szewczyk nie miał już wątpliwości, z kim ma do czynienia.
- Oczywiście, że możemy panu powiedzieć! - zawołał radośnie.
- Pewnie! Po prostu cały czas tą drogą naprzód, a na pewno pan trafi! - dodała wręcz szczęśliwym głosem Liza, która także się domyślała, kim jest nieznajomy.
- Przypuszczam, że tam ktoś bardzo się ucieszy z pana przyjścia - dodał Lapicz.
- Naprawdę? - westchnął nieznajomy - Skąd ty to możesz wiedzieć, mój chłopcze?
- To proste. Tam ktoś gorąco oczekuje pańskiego powrotu, a nigdy nie wolno tracić nadziei. Tego się nauczyłem w czasie mojej wędrówki po świecie.
- Jeśli tak sądzisz...
- Nie chcemy pana dłużej zatrzymywać. Sam się pan o tym przekona i to już niedługo. Do widzenia, panu!
- Do widzenia! - zawołała Liza.
- Do widzenia! - zaskrzeczał Perro.
I tak cała grupka ruszyła przed siebie, a nieznajomy pomachał im ręką na pożegnanie i westchnął głęboko.
- Czyżby naprawdę miał rację? - zapytał sam siebie.
Lapicz miał rację, gdyż pół godziny później nieznajomy zauważył Dom Pod Błękitną Gwiazdą, przed którym bawił się Marko. Gdy tylko dostrzegł wędrowca, jego oczy zrobiły się wielkie jak spodki, a twarz rozjaśnił mu wielki uśmiech.
- Tata? TATA! Tato, wróciłeś! Mamo! Tata wrócił!
To mówiąc wskoczył on w objęcia ojca, który przycisnął go zachłannie do swego serca.
- Marko! Synku, mój kochany synku! Tak się cieszę, że cię widzę!
Chwilę później z domku wybiegła mama Marko. Widząc swojego męża, zawołała radośnie:
- Boże... Mężu mój! Najdroższy!
- Ukochana moja! - ojciec Marka wypuścił syna z objęć i uściskał mocno swoją żonę.
- Najdroższy! Tak za tobą tęskniłam! Oboje tęskniliśmy!
- A ja za wami, kochana moja! Już was więcej nie zostawię!
- Zarobiłeś na świecie?
- Zarobiłem, ale nie tyle, ile chciałem.
- To bez znaczenia, kochany! Ważne, że jesteś! Teraz wszystko będzie dobrze!
- Tak, najdroższa! Będzie dobrze! Teraz już nigdy was nie zostawię!
- Tata! Mój kochany tata! - płakał ze szczęścia Marko, tuląc się do ojca, który wziął go na ręce i ucałował.
Następnie spojrzał on na Dom Pod Błękitną Gwiazdą i rzekł:
- Nie zarobiłem milionów, jak liczyłem, ale zarobiłem dość, aby nas utrzymać. Jednak największą wartość macie dla mnie wy i ten nasz kochany domek. Dobrze, że tu wróciłem. Bardzo mi go brakowało.
- Jak jest na tym wielkim świecie, najdroższy? - spytała mama Marko swego męża.
- Różnie... Bardzo różnie - odparł jej małżonek - Ale nigdzie nie było miejsca, gdzie czułbym się tak cudownie, jak tutaj.
- Dlaczego?
- Bo was tam ze mną nie było.
Po tych słowach tata Marko ponownie uściskał syna i żonę, a następnie ruszył radośnie w kierunku tego jednego, cudownego miejsca, gdzie zawsze czuł się najszczęśliwszą wiewiórką na świecie.
Rozdział XX - Powrót do domu:
Pani majstrowała siedziała zasmucona przy stole i dziergała szalik na drutach. Co jakiś czas spoglądała na zdjęcie męża stojące na stole, a prócz tego jej wzrok kierował się ku oknu. Kobieta miała wielką nadzieję, że w końcu zobaczy w nim Zrzędę całego i zdrowego, jak zmierza do domu z uśmiechem na twarzy. Ale wciąż nie widziała go, dlatego serce majstrowej przepełniała wielka rozpacz. Łkając więc powoli dalej dziergała na drutach, próbując w pracy odnaleźć chociażby chwilowe ukojenie.
Nagle rozległo się dzwonienie. Ktoś stał za drzwiami i ciągnął za sznur od dzwonka na znak, że chce wejść. Pani majstrowa radośnie oraz z wielką nadzieją w sercu podbiegła do drzwi, po czym otworzyła je. Wówczas to skoczył na nią Bundasz, szczekając wesoło i liżąc twarz swojej pani.
- Och, Bundasz! - zawołała majstrowa szczęśliwa, że widzi psa, gdyż bardzo go kochała.
Następnie spojrzała przed siebie i zauważyła, iż przed nią stoi Mistrz Zrzęda z wielkim uśmiechem na twarzy.
- Och, to ty! Mój kochany mąż! Nareszcie wróciłeś! - zawołała, obejmując go do siebie zachłannie.
Mąż oddał jej uścisk i ucałował ją bardzo czule, a kobieta płakała z radości i szczęścia czując, że wreszcie Bóg wysłuchał jej modlitw. Już po chwili oboje byli w domu i tuląc się oraz całując okazywali sobie nawzajem swą wielką miłość, a także dręczącą ich od dawna tęsknotę.
- Tak bardzo za tobą tęskniłam! - zawołała do męża - A Sophie mi mówiła, że wrócisz. Mówiła, a ja nie chciałam wierzyć!
- Trzeba wierzyć, kochanie. Trzeba wierzyć - uśmiechnął się do niej jej mąż - Jak widzisz, wróciłem do ciebie. I to nie sam.
Pani majstrowa szybko spojrzała w kierunku drzwi i zauważyła, że stoi w nich Lapicz, uśmiechnięty i radosny. Obok niego zaś delikatnie wychylała zza progu głowę dziewczynka w niebieskiej sukience oraz z błękitną kokardą na głowie. Wyraźnie była niepewna, czy powinna wejść, czy lepiej zostać.
- O Boże! Wróciłeś i przyprowadziłeś do nas Lapicza! - zawołała radośnie majstrowa, podbiegając do chłopca, podnosząc go w górę i przytulając zachłannie do serca.
Następnie spojrzała ona na dziewczynkę, która nieśmiało zaglądała do domu, ściskając w ręku swój wierny tobołek z całym swym dobytkiem. Klacz Blanka nie stała przy niej, ponieważ za radą Zrzędy zostawiła ją u miejscowego oberżysty, który obiecał dbać o nią i nie wypożyczać nigdy nikomu - chyba, że za zgodą jej właścicielki. Dziewczynka wiedziała, iż koniowi będzie tu dobrze, więc pogłaskała ją czule po łbie, dała kilka kostek cukru, obiecała codziennie ją odwiedzać i ruszyła z przyjaciółmi do domu majstra, przed którym to teraz stała lekko zaniepokojona i niepewna, co powinna zrobić.
- O! A kogo jeszcze my tu mamy? Wejdź, proszę! Wejdź, kochanie! - zawołała radośnie majstrowa do dziewczynki, którą dopiero teraz zauważyła.
Liza uśmiechnęła się do niej przyjaźnie i powoli weszła do środka.
- Kim jesteś? - spytała majstrowa.
- Dzień dobry - odpowiedziała dziewczynka, lekko dygając - Mam na imię Liza.
- Liza! Liza! - zawołał wesoło Perro, wpadając do domu i lądując na stole, gdzie z miejsca zaplątał się między robótki.
- Liza jest sierotką jak ja - rzekł wesoło Lapicz, podchodząc do dziewczynki i biorąc ją za rękę.
- Och, sierotka. Biedactwo - westchnęła zasmucona majstrowa - Nasza córka Zuzanna byłaby teraz w twoim wieku.
- Nigdy pani nie mówiła, że macie córkę - zdziwił się Lapicz.
- Tak, mieliśmy kiedyś córeczkę, która była całym naszym szczęściem - rzekł smutno Zrzęda, siadając na krześle.
- Pamiętasz? Obiecałam ci kiedyś, że jak będziesz trochę starszy opowiem ci, jak zmieniło się całe nasze życie.
Bundasz zaskowyczał smutno i wszedł pod stół, gdzie obok pieca było jego ulubione miejsce. Stęsknił się już za nim.
Pani majstrowała siedziała zasmucona przy stole i dziergała szalik na drutach. Co jakiś czas spoglądała na zdjęcie męża stojące na stole, a prócz tego jej wzrok kierował się ku oknu. Kobieta miała wielką nadzieję, że w końcu zobaczy w nim Zrzędę całego i zdrowego, jak zmierza do domu z uśmiechem na twarzy. Ale wciąż nie widziała go, dlatego serce majstrowej przepełniała wielka rozpacz. Łkając więc powoli dalej dziergała na drutach, próbując w pracy odnaleźć chociażby chwilowe ukojenie.
Nagle rozległo się dzwonienie. Ktoś stał za drzwiami i ciągnął za sznur od dzwonka na znak, że chce wejść. Pani majstrowa radośnie oraz z wielką nadzieją w sercu podbiegła do drzwi, po czym otworzyła je. Wówczas to skoczył na nią Bundasz, szczekając wesoło i liżąc twarz swojej pani.
- Och, Bundasz! - zawołała majstrowa szczęśliwa, że widzi psa, gdyż bardzo go kochała.
Następnie spojrzała przed siebie i zauważyła, iż przed nią stoi Mistrz Zrzęda z wielkim uśmiechem na twarzy.
- Och, to ty! Mój kochany mąż! Nareszcie wróciłeś! - zawołała, obejmując go do siebie zachłannie.
Mąż oddał jej uścisk i ucałował ją bardzo czule, a kobieta płakała z radości i szczęścia czując, że wreszcie Bóg wysłuchał jej modlitw. Już po chwili oboje byli w domu i tuląc się oraz całując okazywali sobie nawzajem swą wielką miłość, a także dręczącą ich od dawna tęsknotę.
- Tak bardzo za tobą tęskniłam! - zawołała do męża - A Sophie mi mówiła, że wrócisz. Mówiła, a ja nie chciałam wierzyć!
- Trzeba wierzyć, kochanie. Trzeba wierzyć - uśmiechnął się do niej jej mąż - Jak widzisz, wróciłem do ciebie. I to nie sam.
Pani majstrowa szybko spojrzała w kierunku drzwi i zauważyła, że stoi w nich Lapicz, uśmiechnięty i radosny. Obok niego zaś delikatnie wychylała zza progu głowę dziewczynka w niebieskiej sukience oraz z błękitną kokardą na głowie. Wyraźnie była niepewna, czy powinna wejść, czy lepiej zostać.
- O Boże! Wróciłeś i przyprowadziłeś do nas Lapicza! - zawołała radośnie majstrowa, podbiegając do chłopca, podnosząc go w górę i przytulając zachłannie do serca.
Następnie spojrzała ona na dziewczynkę, która nieśmiało zaglądała do domu, ściskając w ręku swój wierny tobołek z całym swym dobytkiem. Klacz Blanka nie stała przy niej, ponieważ za radą Zrzędy zostawiła ją u miejscowego oberżysty, który obiecał dbać o nią i nie wypożyczać nigdy nikomu - chyba, że za zgodą jej właścicielki. Dziewczynka wiedziała, iż koniowi będzie tu dobrze, więc pogłaskała ją czule po łbie, dała kilka kostek cukru, obiecała codziennie ją odwiedzać i ruszyła z przyjaciółmi do domu majstra, przed którym to teraz stała lekko zaniepokojona i niepewna, co powinna zrobić.
- O! A kogo jeszcze my tu mamy? Wejdź, proszę! Wejdź, kochanie! - zawołała radośnie majstrowa do dziewczynki, którą dopiero teraz zauważyła.
Liza uśmiechnęła się do niej przyjaźnie i powoli weszła do środka.
- Kim jesteś? - spytała majstrowa.
- Dzień dobry - odpowiedziała dziewczynka, lekko dygając - Mam na imię Liza.
- Liza! Liza! - zawołał wesoło Perro, wpadając do domu i lądując na stole, gdzie z miejsca zaplątał się między robótki.
- Liza jest sierotką jak ja - rzekł wesoło Lapicz, podchodząc do dziewczynki i biorąc ją za rękę.
- Och, sierotka. Biedactwo - westchnęła zasmucona majstrowa - Nasza córka Zuzanna byłaby teraz w twoim wieku.
- Nigdy pani nie mówiła, że macie córkę - zdziwił się Lapicz.
- Tak, mieliśmy kiedyś córeczkę, która była całym naszym szczęściem - rzekł smutno Zrzęda, siadając na krześle.
- Pamiętasz? Obiecałam ci kiedyś, że jak będziesz trochę starszy opowiem ci, jak zmieniło się całe nasze życie.
Bundasz zaskowyczał smutno i wszedł pod stół, gdzie obok pieca było jego ulubione miejsce. Stęsknił się już za nim.
- Dzisiaj mija dokładnie osiem lat, jak wybraliśmy się z naszą Zuzanną na jarmark - mówiła dalej majstrowa - Nasza mała Zuzia miała wtedy dwa latka. Była bardzo rozkoszna. Nigdy nie zapomnę wyrazu szczęścia na jej buzi, gdy siedziała na karuzeli z końmi.
- Ach, konie na karuzeli lubiła najbardziej - wtrącił Zrzęda.
Bundasz zaskowyczał zrozpaczony na samo wspomnienie tego wydarzenia.
- Wtedy ostatni raz ją widzieliśmy. Rozpętała się burza, piorun uderzył w jeden z namiotów, wybuchł pożar, powstało ogromne zamieszanie... Ludzie biegali we wszystkie strony... Tłum przerażonych ludzi porwał nas ze sobą, a my nie zdołaliśmy przecisnąć się do naszej małej Zuzanny. Kiedy w końcu nam się to udało, to było już za późno. Zniknęła. Szukaliśmy jej wszędzie, ale na próżno.
- Oj tak, to sama prawda - potwierdził załamanym głosem Zrzęda - Nasza biedna, mała córcia. To było straszne. Do dziś nie wiemy, co się z nią stało.
- To było tak dawno. Czy teraz rozpoznaliby państwo swoją córkę? - spytała Liza.
- Oczywiście - odparła majstrowa - Co prawda, jak sama mówiłaś, to było dawno, ale widzisz... Jak Zuzanna była całkiem malutka, skaleczyła się w kciuk na lewej dłoni. Pozostała jej po tym blizna w kształcie krzyżyka, po której zawsze ją poznam.
Lapicza nagle coś tknęło. Spojrzał on prędko na swoją przyjaciółkę, potem na majstrową, potem znowu na Lizę i znowu na majstrową. Teraz zaczął już rozumieć, dlaczego buzia dziewczynki zawsze wydawała mu się dziwnie znajoma. Te oczy... Ten nos... Ten uśmiech... Przecież ona jest bardzo, ale to bardzo podobno do...
- Blizna w kształcie krzyżyka? - spytała Liza, spoglądając na swój lewy kciuk - Czy taka, jak ta?
- Liza! - zawołał wzruszony Lapicz.
Majstrowa spojrzała na dłoń dziewczynki i dostrzegła na niej bliznę. Jej mąż również to zrobił i wszystko było już dla nich oczywiste.
- Moja Zuzanna! - zawołała majstrowa.
- Moja mama! - krzyknęła Liza, wpadając matce w objęcia.
Majstrowa ściskała dziewczynkę oraz całowała ją bardzo zachłannie, nagle przypominając sobie przepowiednię Sophie na temat swego wychowanka. Sophie powiedziała, że ten, którego wychowała zwróci jej to wszystko, co straciła. Miała rację, ponieważ Lapicz zwrócił jej męża, córkę, Bundasza, a także siebie samego. Radośnie spojrzała na niego i płacząc ze szczęścia mówiła:
- Dziękuję ci, Lapicz. Dziękuję ci. Dziękuję, że zwróciłeś mi moje dziecko. I dziękuję, że wróciłeś tutaj. Tak bardzo za tobą tęskniłam.
- Ja także za nim tęskniłem, ale nigdy nie sądziłem, że będę dzięki niemu tak szczęśliwy - powiedział wzruszonym głosem Mistrz Zrzęda, powstając z krzesła i obejmując żonę oraz córkę - To najpiękniejszy dzień w moim życiu. Moja kochana Zuzanna. Nareszcie się odnalazłaś!
- Hurra! - zaskrzeczał wesoło Perro, podskakując przy tym na stole.
Bundasz zaś wyszedł spod stołu i również skoczył wysoko w górę, wesoło przy tym szczekając.
Lapicz tymczasem usiadł na stołku, zdjął z nóg buty, po czym podbiegł z nimi do Zrzędy, mówiąc:
- Proszę, mistrzu! To pańskie buty! Rozchodziłem je!
- Ach, tak! Całkiem o nich zapomniałem - uśmiechnął się do Lapicza Mistrz Zrzęda - Zatrzymaj je dla siebie. Solidnie na to zapracowałeś. A poza tym od tej chwili nie jesteś już uczniem, ale prawdziwym małym szewcem.
- Ha ha ha! - zawołała Lapicz, podskakując z radości.
Następnie założył ponownie na nogi buty i odtańczył w nich kozaka.
- A teraz świętujmy! - rzekł Zrzęda, zdejmując z jednej z półek futerał, z którego zdmuchnął kurz i wyjął skrzypce.
Już po chwili w całej izbie rozległy się radosne dźwięki skrzypiec, a wesoła muzyka napełniła uszy i serca wszystkich zebranych.
- O tak! Cudownie! - zawołała Liza szczęśliwa, jak nigdy dotąd.
Miała powody do radości, gdyż jednego dnia odzyskała najpierw swą klacz, a potem rodziców, a do tego wybranek jej serca właśnie skłonił się przed nią wesoło, prosząc ją do tańca. Dziewczynka zaś nie zamierzała mu odmawiać, więc dygnęła lekko i zaczęła z nim tańczyć, lekko się przy tym rumieniąc.
- Obejmujcie się i dookoła! To nie trudne! Tańczyć! Tańczyć! Wesoło tańczyć! - skrzeczał wesoło Perro, wykonując wygibasy przy dzieciach.
Potem podleciał on do Bundasza, który tańcował wesoło na tylnych łapach. Złapał go za przednie łapy i chwilę z nim podrygiwał. Później zaczął się lekko zalecać do kukułki w zegarze, co wywołało wielki śmiech u Lapicza i Lizy. Obok nich tańczyli Zrzęda grający wciąż na skrzypcach oraz jego żona, oboje szczęśliwi jak nigdy przedtem, a po chwili dołączyli do nich Bundasz i Perro, tańcząc ze sobą w zabawny sposób.
Nawet nie zauważyli, kiedy wyszli na ulicę dalej tańcząc, a wokół nich zebrał się tłum mieszkańców miasta, obserwujących ich z uśmiechem na twarzy. Zrzęda dopiero, gdy skończył grać, dostrzegł sąsiadów uważnie im się przyglądających. Zaśmiał się lekko i zaczął im wyjaśniać swoje powody do tak niezwykłego dla siebie zachowania. Gdy wszyscy usłyszeli o tych powodach, to radośnie zaczęli gratulować Zrzędzie, a także wychwalać bohaterskiego Lapicza. Potem burmistrz miasta, chociaż nie należał do zbyt sympatycznych osób, to teraz jednak z radością ogłosił, że dziś wieczorem odbędzie się zabawa z okazji powrotu Lapicza z córką majstra Zrzędy.
- Myślę, że warto też ogłosić zaręczyny naszych uroczych dziatek - zaśmiał się dowcipnie, spoglądając na Lapicza i Lizę, którym buzie spłonęły rumieńcem.
Zapowiedziana zabawa rzeczywiście się odbyła i wszyscy cudownie się na niej bawili. Mieszkańcy miasta cieszyli się ze szczęścia, które zagościło w domu majstra Zrzędy i tańczyli z nimi dopóki słońce nie położyło swych pierwszych promieni na dachach domów. Podczas tej wesołej zabawy Zrzęda tańczył z żoną tak, jak nigdy jeszcze nie tańczył, a Bundasz i Perro tańczyli razem z pannami swego gatunku, które poznali podczas tej zabawy, a które od razu wpadły im w oko - rzecz jasna z wzajemnością. Wybranką Bundasza była suczka tej samej rasy, co on, natomiast wybranką Perro była różowa papuga z kolorowym czubem.
Na przyjęciu pojawili się również Marko ze swymi rodzicami, a także Melvin z matką, którzy byli szczęśliwi widząc szczęście i radość swoich przyjaciół. Nikt nie wiedział, kto i jak ich tutaj sprowadził, lecz Lapicz podejrzewał o to Sophie. Samej kobiety co prawda nie zobaczył, ale ujrzał siedzącą na jednym z dachów sowę niezwykle do niej podobną. Sowa ta uśmiechała się do niego przyjaźnie. Czy to była Sophie, czy też po prostu zwykły ptak, tego już Lapicz się nie dowiedział, lecz jego serce mówiło mu, iż jest to ta sama osoba, dzięki której zdołał pokonać Szczurzego Pazura i odnaleźć swoje szczęście. Zrozumiał również, że rację miała jego pierwsza opiekunka, pani Scowler, gdy mówiła:
- Nigdy nie wolno ci się poddawać. Cierpienie kiedyś przeminie, a dobro musi być nagrodzone. I nieważne, jak wiele zła jeszcze na nas czeka, bo wszystko zawsze dobrze się kończy, jeśli tylko nie traci się nadziei oraz dalej walczy się o swoje szczęście.
Tak, zacna ta kobiecina miała rację. I tak też było w życiu Lapicza. Doznał on wiele przykrości i smutku, ale mimo to nigdy nie stracił nadziei w to, że będzie lepiej, a prócz tego zachował dobre serce chętne do pomocy innym. Dzięki temu zyskał on wiernych przyjaciół, którzy mu pomogli w ciężkich dla niego chwilach. Prócz tego zyskał on coś równie cennego - przybranych rodziców oraz wierną ukochaną, z którą podczas tej zabawy tańczył aż po blady świt, wpatrując się bardzo czule w jej oczy, co też ona odwzajemniała z największą czułością, na jaką tylko stać małą, szczerze zakochaną dziewczynką, czyli bardzo wielką.
I tak oto właśnie nasz mały Lapicz został szanowanym i lubianym przez wszystkich szewcem i żył jeszcze długie lata razem z rodziną majstra Zrzędy, który zupełnie przestał być Zrzędą. A kiedy już nasz bohater dorósł, to poślubił on szczerze kochającą go (z wzajemnością) Lizę i doczekał się wraz z nią kilkoro uroczych dzieci, które później sam szkolił na mistrzów szewskich takich, jak on. Ale o jednym nie zapomniał nigdy. O tym, że przed mężnym sercem i przyjazną duszą stoi zawsze otworem i nigdy nie będziesz już sam.
Przekazujemy wam, wraz z naszą drogą przyjaciółką, wróżką Sophie tę oto mądrą naukę mając nadzieję, że będziecie się nią zawsze kierować i że dzięki niej odnajdziecie w swym życiu radość oraz szczęście tak, jak to udało się Lapiczowi. Oby każdemu z nas życie tak dobrze się ułożyło.
Żegnajcie więc, moi kochani. Do następnego przeczytania tej historii. Ale zanim się rozstaniemy, jeszcze jedną damy wam radę. Gdy wam coś dokuczy, to po prostu zanućcie wraz z nami tak, jak to robił Lapicz, słowa tej uroczej piosenki:
Szubi-di! Szubi-da! Szubi-du!
Każdego dnia nas budzi młotka dźwięk.
Szubi-di! Szubi-da! Szubi-du!
Cieszmy się i tańczmy razem w krąg.




















Rozdział XVI:
OdpowiedzUsuńWidzę, że z Sophie to jest prawdziwa czarownica, ale grunt, że jest dobra i chętnie pomaga czwórce przyjaciół, którzy są coraz bardziej ze sobą zżyci, choć Perro wciąż irytuje Bundusza swoją zbytnią pewnością siebie i tym, że jest taki przemądrzały xD
Jaki magiczny, naprawdę baśniowy fragment z lotem ku gwiazdom.
OdpowiedzUsuńRozdział XVII:
OdpowiedzUsuńNo widzę, że Mistrz Zrzęda szczerze się ucieszył widokiem Lapicza, więc kto wie, może w końcu się do niego przekona? Lecz póki co w ciemnościach nocy nie zdołał rozpoznać swojej córki. A Melvin postąpił naprawdę szlachetnie, powracając do lasu, by go uwolnić i jeszcze na dodatek przekazał mu talizman, jaki otrzymał od matki.
Tak czułam, że się jeszcze spotkają i stary zrzęda przejdzie przemianę. A końcówka odcinka z tą sową jest naprawdę baśniowa, magiczna z niesamowitym klimatem przygód i czarów, jakie jeszcze nas czekają.
OdpowiedzUsuńI oby ich było jeszcze dużo.
Rozdział XVIII:
OdpowiedzUsuńCzarny koń z siwą grzywą? W rzeczywistości nie ma takich koni. Czarne konie zawsze mają czarne grzywy, ale białe konie mogą mieć czarne grzywy, tak samo jak brązowe. Z kolei siwe grzywy mają tylko białe konie. A Sophie postanowiła im dopomóc w poszukiwaniach Szczurzego Pazura, wskazując im drogę pod postacią sowy. :) Lapicz bardzo poważnie podszedł do tej misji, skoro nawet popisy Lizy nie zrobiły na nim żadnego wrażenia. On jest znacznie poważniejszy i roztropniejszy od niej. A do tego jest naprawdę dzielny i odważny. A ten podły drań poniósł zasłużoną śmierć. A czy ta burza była przypadkowa, czy też może została sprowadzona przez Sophie, aby dopomóc im w pokonaniu Szczurzego Pazura? Bo prawdę mówiąc to właśnie piorun ocalił im życie, skoro ten bandzior gotów był ich pozabijać. A Melvina również stać na odważne czyny, skoro zdołał postawić się Szczurzemu Pazurowi, mimo że dotychczas wzbudzał on w nim strach.
W bajce nie jest to wyjaśnione, ale niewykluczone, że właśnie Sophie sprowadziła tę burzę, aby pomóc Lapiczowi pokonać Szczurzego Pazurka. Wskazywać może na to fakt, że zaraz po tym, jak bandyta zginął, burza niespodziewanie ustała i nie było po niej śladu.
UsuńCzyżby zbliżał się koniec przygód?
OdpowiedzUsuńSzczurzy bandzior nie żyje, Melvin się naprawdę zmienił, a nad wszystkim czuwa mądra sowa.
Chyba, że mnie jeszcze zaskoczysz i pojawią się nowi wrogowie i nowe niebezpieczne przygody, które później szczęśliwie i dobrze się zakończą.
Jestem bardzo ciekawa co tam dalej, planujesz w tej opowieści.
Rozdział XIX:
OdpowiedzUsuńNo proszę, ojciec Marca w końcu powrócił z pogoni za pieniędzmi, dla której opuścił rodzinę, jednak ona nie miała mu tego za złe, bo rozumiała, że zrobił to dla ich dobra, żeby polepszyć ich byt. A podły dyrektor cyrku został aresztowany i z pewnością trafi za kratki. Szkoda, że w bajce Liza nie odzyskała swojej klaczy, bo wątek tego dyrektora nie został zakończony. Ale dobrze, że u Ciebie jest inaczej. A Mistrz Zrzęda w końcu się poznał na Lapiczu i docenił go. :) Twoje opowiadanie jest zdecydowanie lepsze niż bajka, skoro wszystkie wątki zostały w nim zakończone i Liza zdołała odzyskać swoją klacz. A ostatni rozdział pewnie okaże się jeszcze lepszy, skoro Majstrowie w końcu odzyskają swoją zaginioną córkę. To z pewnością będzie wzruszająca scena. :)
Urocze. To mi przypomina jakoś książkę dla dzieci, chyba "Pięcioro dzieci i coś", że się okazało, że zmarły ojciec jednak żyje i wrócił do domu, żony i dzieci.
OdpowiedzUsuńA może to była jakaś inna książka, tylko tej samej autorki ?
W każdym razie widać, że nie tylko oglądaliśmy dużo starych filmów ty i ja, ale nawet czytaliśmy, dużo tych samych książek i tematów do rozmowy nam na razie nie brakuje.
Rozdział XX:
OdpowiedzUsuńNo powiem Ci, że naprawdę fajne Ci wyszło to opowiadanie. :) Postawa Lapicza jest naprawdę godna naśladowania. Właśnie tak należy żyć i nie tracić nadziei w to, że nasz los się polepszy, bo pozytywne nastawienie jest naprawdę w życiu potrzebne. No i w końcu majster przestał być zrzędą, bo odzyskał swoją ukochaną córkę. A czy w bajce ona również tak naprawdę nazywała się Zuzanna? I czy w niej na zabawę także przybyła rodzina Marca oraz Melvin z matką?
Tak, w bajce ona również miała naprawdę na imię Zuzanna. Ale nie, w bajce nie pokazali, że na zabawę przyszła rodzina Marka oraz Melvin z matką. To już sobie sam dodałem :)
UsuńJakie ładne zakończenie, że Liza się okazała zaginioną córką zrzędy, a potem dorośli i pobrali się z Szewczykiem.
OdpowiedzUsuńFajny morał, by bez względu na wszystko się nigdy nie poddawać i walczyć o swoje marzenia.
Ciekawe czy w jeszcze jakieś innej serii wrócisz jeszcze do naszych bohaterów :)