Galaktyka Seriona była tego dnia wyjątkowo spokojna i wydawało się, że tego spokoju nic nie jest w stanie zmącić. Nic oprócz pojedynczego kosmicznego statku, który to sunął właśnie spokojnie przez czerń galaktyki. Lot jego był raczej powolny, więc pojazd nie mijał zbyt dużo gwiezdnych kilometrów naraz, jednakże statek ów potrafił rozwinąć o wiele większą prędkość. Wszystko to jednak zależało od jego pilota. Ten zaś pilot nie miał najmniejszego zamiaru rozwijać w tej chwili większej prędkości. Miał co prawda interes do załatwienia, ale czy to oznaczało, że musiał on pędzić bezmyślnie przez kosmiczną przestrzeń, nie zastanawiając się przy tym wcale co robi? Wielu pilotów postępowało właśnie w tak bezmyślny sposób. Spieszyło się niepotrzebnie i wrzucali nadświetlną bez uprzedniego sprawdzenia drogi, co zwykle kończyło się tym, że uderzali o supernową lub wpadali na deszcz meteorytów.
Pilot tegoż okrętu nie był wcale taki niedoświadczony jak tamci i wiedział, czym grozi bezmyślne spieszenie się dokądkolwiek. Dlatego też dziwić nikogo nie powinien fakt, że jego mottem życiowym było popularne od wieków powiedzonko „spiesz się powoli”. To przysłowie pomogło mu wyjść cało już z niejednej opresji i to nawet takiej, w której inni panikowali, zaś on najspokojniej w świecie zajmował się chłodną kalkulacją i zawsze miał gotowy plan na każdą ewentualność.
Statek, który sunął właśnie spokojnie przez kosmiczne przestworza, nazywał się „Lot Śmierci”. Pilotem jego był mężczyzna w wieku około trzydziestu lat, rasy ludzkiej i jakby powiedziały o nim przedstawicielki płci żeńskiej tej samej rasy, nader przystojnym. Niewielki tylko zarost pokrywał jego twarz. Krótko obcięte włosy przywodziły na myśl człowieka interesów. Zresztą sam ubiór wskazywał już na to, że jest jakiś znanym przedsiębiorcą. Znanym i bogatym, sądząc po stroju. Jego zielone oczy były stanowcze i poważne. Wskazywały na to, że miał on doświadczenie w tym, co robi.
Pilot spojrzał na trajektoria lotu i uśmiechnął się.
- Nasz automatyczny nawigator wskazuje, że już niedługo będziemy na miejscu, moja ty słodka małpeczko - rzekł wesołym tonem pilot i odwrócił się do swej rozmówczyni.
A była nią młoda kobieta rasy ludzkiej, niezwykle piękna. Miała na sobie skąpy strój, składający się jedynie z przepaski na biodra oraz niezbyt dużego biustonosza mocno przywiązanego do jej pleców. Na jej prawej stopie tkwił przymocowany łańcuch, którym była przykuta do ściany.
- Słyszysz, złociutka? To oznacza, że za chwilę będziemy w siedzibie pana Fingera. Cieszysz się, skarbie?
Kobieta popatrzyła na niego z powagą.
- Jeśli sobie tego życzysz, mój panie, to będę się razem z tobą cieszyć - odpowiedziała spokojnym, pozbawionym jakichkolwiek emocji, tonem.
- Właśnie tego sobie życzę, moja kochaneńka - zaśmiał się wesoło pilot - Życzę sobie, żebyś się cieszyła.
- A zatem będę się cieszyć, mój panie.
- I bardzo słusznie. Bo rozkazy swego pana wykonywać należy. Twoją domeną jest słuchanie, moją rozkazywanie.
Kobieta opuściła głowę w dół nie mówiąc już ani słowa.
Już po chwili byli na miejscu. „Lot Śmierci” wylądował na parkingu przed siedzibą najsłynniejszego gangstera tej galaktyki, pająkopodobnego stwora nazwiskiem Finger. Osobnik ten znany był ze swego wyjątkowego okrucieństwa i podłości. Był on straszny i niezwykle groźny dla swoich przeciwników, choć miał słabość do pięknych rzeczy, zwłaszcza jeśli były nimi przedstawicielki płci żeńskiej. Jego siedziba była pełna niewolnic wszelkich ras, jakie tylko istniały we wszechświecie. Finger jednak wcale nie wykorzystywał ich w żaden sposób. Był on miłośnikiem patrzenia oraz słuchania. Akustyka była dla niego najważniejsza w świecie i tym tylko zaspokajał swoje pajęcze ciało.
Po wylądowaniu pilot wyszedł z kokpitu swego statku, ciągnąc za sobą młodą kobietę na łańcuchu.
- Pospiesz się, złociutka - zawołał - Nasz przyjaciel nie lubi czekać.
Kobieta posłusznie i bez słowa ruszyła za nim.
Siedziba pana Fingera była jednym wielkim kosmicznym kasynem. Spotykały się tutaj największe męty oraz szumowiny, jakie kiedykolwiek wydawała na świat matka galaktyka. Bandyci, przemytnicy, handlarze prochami oraz żywym towarem mieli tu zawsze wstęp wolny. Można było tutaj zawsze ubić świetny interes na kilkadziesiąt milionów, rzecz jasna bez płacenia podatku. Takie bowiem słowo jak „podatek“ nie istniało w takim miejscu, gdyż podatki równają się prawu, a niby jakie prawo obowiązywało w takich miejscach? Żadne, poza jednym, jedynym prawem znanym jako prawo silniejszego.
Pilot wszedł do środka lokalu, ciągnąc nadal za sobą swoją niewolnicę. Spokojnym ruchem głowy rozejrzał się dookoła. Bandyci różnych ras oraz najgorszego pokroju włóczyli się po tym miejscu z kąta w kąt, grając w ruletkę, pokera, kości lub oddając się innym zabawom. Część zaś siedziała przy stolikach naprzeciwko wielkiej sceny, na której właśnie odbywało się przedstawienie. Amatorski zespół wygrywał kolejne piosenki, a tancerki w skąpych strojach tańczyły ukazując niezwykłe krągłości swoich ciał. Nasz pilot jednak nie miał zamiaru brać udział w tych zabawach. Co innego go tutaj sprowadziło.
Złapał jednego kelnera, który właśnie szedł rozdawać drinki.
- Przepraszam was, gdzie znajdę właściciela tego słodkiego przybytku rozkoszy?
- Ma pan na myśli pana Fingera? - stwierdził raczej niż zapytał kelner.
- Nie inaczej.
Kelner obrócił się i wskazał palcem.
- O tam! Naprzeciwko sceny.
Po tych słowach kelner ruszył powoli przed siebie, zachowując przy tym sztywną postawę swego ciała.
- Chodź, złociutka. Idziemy - zawołał pilot i pociągnął niewolnicę za sobą.
Oboje dotarli przed oblicze jakiegoś ogromnego, pająkopodobnego stwora rozpartego na wielkim fotelu. Obok niego krzątało się kilka młodych niewolnic i robiły mu manikiur. W jednej z odnóży Finger trzymał szklankę, do której kelner nalewał mu podejrzanej jakości trunek.
Pilot ukłonił się i pociągnął lekko za łańcuch swojej niewolnicy, żeby i ona oddała ich gospodarzowi pokłon. Ta zaś oczywiście uczyniła to, ale z wyraźną niechęcią. Jej właściciel jednak nie zwrócił na to uwagi. Widocznie taki rodzaj ukłonu mu wystarczył. Podobnego zdania widać był również i sam pan Finger, skoro dał znak aprobaty poprzez lekkie skinięcie głową.
- Witaj o wszechmocny oraz wszechpotężny panie Fingerze, władco przestępczego świata - rzekł pilot głosem tyle patetycznym, co usłużnym.
- Witaj, drogi Zinglerze. Cieszę się, żeś przybył - odpowiedział grubym głosem Finger - A któż to jest ta piękna dama, co ci towarzyszy?
- Ona? - zaśmiał się pilot noszący nazwisko Zingler - To jest moja niewolnica.
- Domyślam się, że nie żona, lecz niewolnica. Tylko po co ją targasz ze sobą? - zachichotał Finger, oblizując język we pajęcze wargi.
- Bo ładnie śpiewa i w ogóle... A ja bardzo lubię mieć rozrywkę na wyciągnięcie ręki.
Finger zaśmiał się wesoło na myśl o tym, jakąż to rozrywkę Zingler może mieć na myśli. Jednym rzutem oka po urodziwej postaci niewolnicy łatwo ocenił jej kobiece wdzięki, po czym rzekł:
- Nie dziwię ci się, przyjacielu. Masz świetny gust, muszę to przyznać. Ale przejdźmy już do interesów. Siadaj, proszę.
Zingler usiadł przy stoliku niedaleko fotela szefa. Ten uśmiechnął się do niego.
- A więc masz to, co mi obiecałeś? - zapytał Finger, sącząc powoli swego drinka przez słomkę.
Zapytany uśmiechnął się tylko, po czym sięgnął za pazuchę i wyjął z niej wielki diament, który następnie położył na stoliku.
- Proszę, panie Finger. Zgodnie z obietnicą. Oto jest Wielki Rogoł, największy brylant w całej galaktyce.
Finger jedną ze swoich ośmiu odnóży złapał brylant, przyłożył sobie do oka i zaczął się w niego wpatrywać. Napawał się jego blaskiem, pięknem i wielkością.
- Wielki Rogoł... Jakiż on piękny.... On dawna chciałem go mieć. Zbyt długo tkwił w muzeum. Teraz jest mój! Mój i tylko mój! Gratuluję ci, Zingler. Spisałeś się na medal.
Zingler uśmiechnął się do niego wesoło i dał znaczący znak palcami.
- ACH TAK! Zapłata, przyjacielu. Bob! Zapłać panu! Zasłużył sobie!
Kosmita Bob podszedł i wypłacił na stolik po kolei równo sto tysięcy kredytów, które Zingler szybko zgarnął, przeliczył i schował do portfela. Następnie zamówił drinka i wypił go niemalże jednym duszkiem.
- Przyjacielu, zostaniesz jeszcze na przyjęciu? - zaproponował Finger wciąż bawiąc się swoim nowym nabytkiem.
- Owszem, o ile nie jestem zawadą.
- Żartujesz sobie chyba. Ty miałbyś być zawadą, przyjacielu? - zaśmiał się pajęczy gospodarz - Tak mnie ucieszyłeś, że możesz się tu bawić na mój koszt.
Zingler chciał już powiedzieć, że pan Finger jest nazbyt łaskaw, jednak przerwał mu dziki ryk publiczności siedzącej przed sceną, bowiem wygłupy nowej gwiazdy bawiącej na scenie nie spodobał im się. Z widowni posypały się butelki, buty i wszelkie inne akcesoria służące pijanej publiczności do okazywania swojego niezadowolenia. Artysta zatem, chcąc jakoś uniknąć zlinczowania, musiał salwować się ucieczką.
Finger widząc to wszystko opadł zrozpaczony na fotel.
- Dlaczego ja mam tak żałosnych artystów? - zawył - Wszystko mam w galaktyce najlepsze, ale artystów to ja mam do bani! Na wszystkich bogów piekielnych! Potrzebuję artystów! Królestwo za porządnego piosenkarza!
Słysząc te słowa Zingler uśmiechnął się tajemniczo, po czym przysunął się nieco do gospodarza i zapytał słodkim głosem:
- A może by tak moja złociutka niewolnica dla nich zaśpiewała?
Finger popatrzył na niego z nadzieją.
- A ma chociaż ładny głos?
- Czy ma ładny głos? He he he. Sam pan się zaraz o tym przekona.
Rozkuł swoją niewolnicę i uśmiechnął się do niej wesoło.
- No, śmiało, złociutka. A teraz zasuwaj na scenę i pokaż, co potrafisz.
Kobieta otrzepała się lekko i wstała dumnie z podłogi. Następnie z powagą i wielkopańskim gestem weszła na scenę, podeszła do mikrofonu i zaczęła śpiewać. Jej głos sprawił, że wszyscy na widowni natychmiast przestali robić to, co robili i zaczęli jej uważnie słuchać. Pieśń niewolnicy opowiadała o pięknej, nieszczęśliwej miłości i o odrzuconej przez chłopaka dziewczynie. Niektórzy słuchali piosenki, inni natomiast wpatrywali się w niesamowicie podniecające ciało piosenkarki. Niewolnica zaś nie zwracała na to najmniejszej uwagi, lecz wyginała się zmysłowo i tańczyła przed publicznością, snując dalej swą smutną pieśń. Kiedy skończyła, rozległa się prawdziwa burza oklasków, zaś z widowni posypały się na nią kwiaty i pieniądze, która ona skrzętnie zaczęła zbierać.
Najgłośniej jednak klaskał Finger swoimi czterema parami odnóży. Po występie spojrzał na Zinglera i uśmiechnął się.
- Moje gratulacje, przyjacielu. Ty jesteś naprawdę niesamowity. Żeby posiadać na własność taki skarb, jak to cudo... Musisz być z niej bardzo zadowolony.
Zingler uśmiechnął się skromnie.
- Dziękuję, panie Finger. Aczkolwiek pragnę zauważyć, iż mój głos też nie należy do najgorszych.
Bandzior popatrzył na niego z błyskiem w oku.
- Mówisz poważnie?
- Jak najbardziej poważnie, przyjacielu - pozwolił sobie na poufałość Zingler.
- To może teraz ty nam coś zaśpiewasz?
Zingler jeszcze bardziej się uśmiechnął.
- Ale potrzebowałbym małego chórku, ponieważ ta piosenka, co to ją chcę zaśpiewać, wymaga właśnie wsparcia chóru. Najlepiej żeńskiego.
- Chóru, powiadasz? Nie ma sprawy. Weź sobie moje niewolnice. Ile ci trzeba tego chóru?
- Wystarczą mi dwie. Moja niewolnica i jedna z twoich.
- Zgoda. Którą z nich wybierasz?
- TĘ!
Wskazał palcem na młodą dziewczynę, która właśnie kończyła robić Fingerowi manikiur.
Była to młoda blondynka o pięknych, błękitnych oczach. Nie miała jeszcze skończonych osiemnastu lat, ale widać było, iż fizycznie wszystko jest u niej w ja najlepszym porządku. Była niezwykle piękna, choć niewola mocno nadszarpnęła stan jej wyglądu zewnętrznego.
Finger popatrzył na nią uważnie.
- Ona? A proszę cię bardzo. To prawdziwy rarytas. Nieraz już tańczyła dla gości, więc ma w tym wprawę. Śmiało, ślicznotko. Idź, zaśpiewasz z tym panem w chórze.
Dziewczyna niezbyt chętnie wstała i wyszła na scenę, po czym stanęła obok niewolnicy Zinglera, która zaczęła jej z kolei na ucho tłumaczyć, co i jak ma robić podczas śpiewania przygotowywanej właśnie piosenki i jakie słowa śpiewać oraz kiedy ma je śpiewać, a kiedy tylko nucić. Blondyneczka patrzyła na nią uważnie oraz pilnie notowała wszelkie wiadomości w swojej ślicznej główce. Uśmiechnęła się ona nawet do niewolnicy Zinglera, co wskazywało na to, że sama piosenka i propozycja występu musiały się jej spodobać. Zresztą to nie był pierwszy raz, kiedy musiała występować przed publicznością. Sam Finger niejeden raz zmuszał ją do występów dla swoich gości i klienteli.
Kiedy wszelkie przygotowania zostały już ukończone, to Zingler stanął przed mikrofonem i zawołał:
- Słuchajcie, szumowiny i męty kosmosu! Tę oto piosenkę dedykuję naszemu kochanemu gospodarzowi. Orkiestra, tusz! Zaczynamy!
Orkiestra poinformowana przez niewolnicę Zinglera, jaka piosenka będzie śpiewana, zaczęła wygrywać takt.
Zingler zaś lekko postukał w mikrofon i zaczął śpiewać piosenkę:
Smakosz, jak ja,
Niech każdy wie,
Nie będzie wszak jadł ryb flandre.
Jadłospis mój królewskim snem.
Z bułki kawior jem.
Napoje wszystkie odłóż w kąt.
Francuski szampan weź do rąk
I z korka strzel na moją cześć.
Do góry kielich wznieś!
Ja cenię klasę, proszę was.
Złota brzęk, diamentów blask.
Szpaler uniżonych sług
U moich stóp.
Jak król tak żyć bym mógł.
Mój aksamitny smoking,
Spójrz!
Na miarę szyło krawców stu.
Mam wyrafinowany smak.
Żądam tego, co klasę ma.
Mój własny pomnik z twardych skał
Z wulkanów greckich będę miał.
Autorstwa najsłynniejszych głów.
I tekst „Ten mąż to wzór cnót”.
Podczas śpiewania piosenki Zingler tańczył i wykonywał niezwykle żywe ruchy. Publiczności piosenka bardzo się spodobała, chociaż głównie ze względu na dwie piękne niewolnice tańczące obok Zinglera na środku sceny. Finger zaś patrzył zachwycony na występ, który był dedykowany właśnie jemu.
Tymczasem przyszła pora po odtańczeniu kilku taktów jakże skocznej muzyki na występ chóru. Dwie niewolnice zaczęły zatem krążyć wokół Zinglera i śpiewać:
On ceni klasę, proszę was.
Złota brzęk, diamentów blask.
Szpaler uniżonych sług
U jego stóp.
Jak król tak żyć by mógł.
On ceni klasę, proszę was.
Złota brzęk, diamentów blask.
Szpaler uniżonych sług
U jego stóp.
Jak król tak żyć by mógł.
Lalala!
Na tym właśnie piosenka się skończyła. Piosenkarz i jego dwie „muzy” ukłonili się publiczności, która żywo i hałaśliwie biła brawo na ich cześć, klaskała w dłonie i prosiła o bis. Oczywiście artyści nie dali się długo o to prosić, więc już po chwili śpiewali znowu wszyscy troje wesoły refren tej piosenki, skacząc przy tym po scenie i wygłupiając się, jak tylko się da. Na koniec Zingler zrobił piękny szpagat i rzucił na scenę coś, co zakryło ją dymem na kilkanaście sekund. Oczywiście publiczność uznała to za część występu, więc niczym się nie przejęła. Finger również, ale tylko do czasu, kiedy dym opadł, a widok, jaki ukazał się jego pajęczym oczom, zmroził mu krew w żyłach.
Scena była pusta.
***
„Lot Śmierci” sunął znów przez przestrzeń kosmiczną, ale tym razem o wiele szybciej niż poprzednio. Pilotował go Zingler, a obok niego siedziała jego niewolnica, tym razem jednak już nie na łańcuchu, lecz swobodnie wyciągnięta na fotelu drugiego pilota i pomagająca mu sterować statkiem. Z tyłu za nimi młoda niewolnica Fingera, piękna blondynka o niebieskich oczach przebierała się właśnie w coś mniej skąpego niż strój niewolnicy, jaki dotąd musiała nosić.
- I jak tam? Ciuchy na ciebie pasują? - zawołała „niewolnica Zinglera” do przebierającej się dziewczyny.
- Obawiam się, że mogłam trochę schudnąć na tym jego pajęczym wikcie - odpowiedziała dziewczyna, ubierając się do końca.
- Nic się nie bój, mała - zawołał wesoło Zingler - Gdy już wrócisz do swojego tatusia, nabierzesz znowu ciałka.
Odwrócił się do niej, uśmiechnął szeroko i aby podnieść dziewczynę na duchu, puścił jej oczko.
Blondynka spojrzała na niego z wdzięcznością.
- Nawet nie wiem, jak wam dziękować. Jesteście moimi wybawcami - powiedziała wzruszona, a w jej oczach zbierały się łzy.
- Wybawcami? - odpowiedział Zingler - To gruba przesada. Jesteśmy zwykłymi najemnikami. Prawda, Noemi?
- Twój ojciec nas wynajął, żebyśmy cię uwolnili z łap tego pajęczaka - dodała kobieta siedząca w fotelu II pilota, która (jak się właśnie okazało), nie była wcale niewolnicą, ale wspólniczką Zinglera i nosiła imię Noemi.
- I właśnie tego dokonaliśmy - dokończył za nią I pilot.
- Muszę przyznać, zrobiliście to fantastycznie - dziewczyna była po prostu podekscytowana - W iście szpiegowskim stylu. Tylko w książkach czytałam o takich akcjach. Nie miała pojęcia, że sama doświadczę takiej przygody. Ja, córka gubernatora Norkinga.
Gwoli wyjaśnienia należy powiedzieć, że ojciec byłej niewolnicy był gubernatorem jednej z największych planet tego układu słonecznego, a także niezwykle wpływowym człowiekiem. Finger porwał jego córkę chcąc wymusić na nim zaprzestanie wzmożonej działalności przeciwko światkowi przestępczemu. Ponieważ jednak gubernator nie miał ochoty układać się z bandytą, wynajął słyną parkę zabijaków i najemników, żeby ta uwolniła ona jego córkę, co właśnie im się udało.
- Ale ta akcja musiała być nieco kosztowna. Prawda, panie Starking?
Dziewczyna oczywiście zwróciła się do Zinglera, który jak już wiemy, naprawdę nazywał się Starking i był partnerem Noemi. Ten niesamowity duet dokonał już niejednej szalonej akcji z gatunku tych, które uważano za niemożliwe do wykonania. Dla nich bowiem słowo „niemożliwe“ raczej nie istniało. Oczywiście zgrywali się oboje na twardzieli, którzy robią wszystko wyłącznie dla pieniędzy, ale tak naprawdę mieli o wiele miększe serca na czyjeś cierpienie, niżby chcieli to pokazać.
- Jakie tam koszty - odpowiedział Starking obojętnym tonem - Prawie żadne.
- No, a ten cały Wielki Rogoł, czy jak mu tam? Skąd wy go wzięliście? Zwinęliście go?
Noemi i Starking zaśmiali się wesoło.
- Skądże znowu, moja droga. Zwyczajna podróbka. Dobry falsyfikat - odpowiedziała Noemi.
- Musieliśmy jakoś skontaktować się z tym całym Fingerem - dodał Starking - Dowiedzieliśmy się, że poszukuje on zuchwalców, którzy by dla niego ukradli ten brylant z muzeum, więc zgłosiłem się do niego pod zmienionym nazwiskiem i powiedziałem, że mogę wykonać to zadanie. No i resztę już znasz.
- Jesteście po prostu najlepsi! - zawołała dziewczyna, klaszcząc przy tym radośnie w dłonie.
Potem rzuciła się na szyję Starkinga i wycałowała go, mocno tuląc się do niego, a po chwili zrobiła to samo z Noemi.
- Nigdy wam tego nie zapomnę. Naprawdę! Przysięgam! - wołała.
Noemi nieco ostro odsunęła ją, gdyż wskaźnik alarmu wskazywał zbliżających się nieprzyjaciół.
- Może poczekasz z podziękowaniami, moje złotko, co? - powiedziała ostrym tonem - Bo właśnie mamy towarzystwo.
- To chyba twój były właściciel chce odzyskać swoją zdobycz - dodał Starking, po raz pierwszy tego dnia będąc naprawdę poważnym.
Dziewczynę sparaliżowało ze strachu gdy to usłyszała.
- Nie pozwólcie mu mnie zabrać! Ja nie chcę do niego wracać! Nie chcę! Rozumiecie?! Nie chcę! Nie chcę! Nie chcę!
Najemnicy uspokoili ją.
- Spokojnie, złociutka - rzekł Starking ze stoickim - Żywcem nas nie wezmą, to ci mogę obiecać.
- Przygotować działo! - zawołała Noemi - Komputer, namierz ich na celownik!
- Przejmij stery! Ja się tym zajmę! - mruknął Starking, odpinając pasy.
Chwilę później pobiegł szybko do małego działka myśliwskiego, które znajdowało się na końcu statku.
Noemi tymczasem złapała za stery.
W stronę „Lotu Śmierci” zbliżało się już sześć myśliwców wroga. Były to statki osobistej bandyckiej floty Fingera. Osaczyły one właśnie statek najemników niczym wataha kosmicznych wilków, a następnie zaczęły go szybko ostrzeliwać. Jednakże tarcze ochronne „Lotu Śmierci“ były na tyle silne, by wytrzymać serie ataków. Przynajmniej na razie.
Córka gubernatora siedziała na miejscu I pilota i patrzyła na działania Noemi.
- Dlaczego nie skoczymy po prostu w nadświetlną i nie zwiejemy im? - zapytała mocno zdziwiona, że najemnicy sami na taki pomysł nie wpadli.
Noemi nie odrywając nawet wzroku od sterów i radaru odpowiedziała jej szorstko:
- To nie takie proste, mała. Komputer jeszcze nie rozpoznał drogi przed nami. Jak teraz skoczymy, to możemy wpaść na supernową czy też deszcz meteorytów i koniec wycieczki.
- Rozumiem, a kiedy wreszcie dokona rozpoznania?
Statek zatrząsł się od kolejnego, mocniejszego tym razem trafienia.
- Miejmy nadzieję, że bardzo szybko, bo właśnie tracimy tarcze - odpowiedziała dziewczynie Noemi, coraz bardziej się pocąc na czole.
Statkiem zatrzęsło od kolejnego huku. Kolejne trafienie. Tarcze powoli traciły swą moc.
- A jak je stracimy całkiem?
Noemi była już spocona jak mysz.
- To wówczas przyjdzie nam polec śmiercią bohaterów.
Na szczęście to ostatnie okazało się niepotrzebne, ponieważ siedzący w działku myśliwskim Starking strzelał ile się dało do myśliwców wroga, także po jakimś kwadransie wszystkie zmieniły się w pył. Dokonał on tego niezwykle szalonego i bohaterskiego czynu dosłownie w ostatniej chwili. Tarcze miały już bowiem zaledwie 1% swojej mocy i kolejne trafienie mogło wywołać poważne uszkodzenie, a nawet eksplozję statku. Jednakże Starking jak zwykle szybkim refleksem ocalił statek i po chwili jego głos odezwał się w mikrofonie:
- Uwaga, uwaga, szanowne panie. I jak tam? Jesteście jeszcze całe?
- Jeszcze, kochasiu, jeszcze - odpowiedziała mu na to pytanie Noemi nieco złośliwym tonem - A nasi wrogowie?
- Też są cali... zwęgleni.
Zaśmiał się, a Noemi zawtórowała mu.
- Dobra, żartownisiu, wracaj tu. Droga nareszcie rozpoznana. Możemy skoczyć w nadświetlną.
Starking po chwili zasiadł ponownie w fotelu I pilota. Oboje z Noemi zapięli pasy. Córka gubernatora zaś usiadła na swoim siedzeniu również zapinając się.
- Czyli pan Finger już mnie nie dopadnie? - zapytała.
- Nie ma takiej możliwości - odpowiedziała Noemi, odwracając się do dziewczyny - Dzisiejszej nocy odtańczyłaś swój ostatni taniec w tym jego durnym kasynie.
- Ostatni taniec - rzekła córka gubernatora z uśmiechem na ustach - Wy nawet nie wiecie, jak ja nienawidziłam tych występów. Dzięki bogom, to był mój ostatni taniec. Ostatni taniec!
- Dobra, ferajna. Skoro droga rozpoznana, to jazda z tym koksem! - zawołał wesoło Starking wrzucając hipernapęd.
Już po chwili „Lot Śmierci” skoczył w nadświetlną zostawiając za sobą jedynie małą smugę dymu, która jednak jakiś później powoli rozpłynęła się w czarnej przestrzeni kosmicznej.
KONIEC
Pilot tegoż okrętu nie był wcale taki niedoświadczony jak tamci i wiedział, czym grozi bezmyślne spieszenie się dokądkolwiek. Dlatego też dziwić nikogo nie powinien fakt, że jego mottem życiowym było popularne od wieków powiedzonko „spiesz się powoli”. To przysłowie pomogło mu wyjść cało już z niejednej opresji i to nawet takiej, w której inni panikowali, zaś on najspokojniej w świecie zajmował się chłodną kalkulacją i zawsze miał gotowy plan na każdą ewentualność.
Statek, który sunął właśnie spokojnie przez kosmiczne przestworza, nazywał się „Lot Śmierci”. Pilotem jego był mężczyzna w wieku około trzydziestu lat, rasy ludzkiej i jakby powiedziały o nim przedstawicielki płci żeńskiej tej samej rasy, nader przystojnym. Niewielki tylko zarost pokrywał jego twarz. Krótko obcięte włosy przywodziły na myśl człowieka interesów. Zresztą sam ubiór wskazywał już na to, że jest jakiś znanym przedsiębiorcą. Znanym i bogatym, sądząc po stroju. Jego zielone oczy były stanowcze i poważne. Wskazywały na to, że miał on doświadczenie w tym, co robi.
Pilot spojrzał na trajektoria lotu i uśmiechnął się.
- Nasz automatyczny nawigator wskazuje, że już niedługo będziemy na miejscu, moja ty słodka małpeczko - rzekł wesołym tonem pilot i odwrócił się do swej rozmówczyni.
A była nią młoda kobieta rasy ludzkiej, niezwykle piękna. Miała na sobie skąpy strój, składający się jedynie z przepaski na biodra oraz niezbyt dużego biustonosza mocno przywiązanego do jej pleców. Na jej prawej stopie tkwił przymocowany łańcuch, którym była przykuta do ściany.
- Słyszysz, złociutka? To oznacza, że za chwilę będziemy w siedzibie pana Fingera. Cieszysz się, skarbie?
Kobieta popatrzyła na niego z powagą.
- Jeśli sobie tego życzysz, mój panie, to będę się razem z tobą cieszyć - odpowiedziała spokojnym, pozbawionym jakichkolwiek emocji, tonem.
- Właśnie tego sobie życzę, moja kochaneńka - zaśmiał się wesoło pilot - Życzę sobie, żebyś się cieszyła.
- A zatem będę się cieszyć, mój panie.
- I bardzo słusznie. Bo rozkazy swego pana wykonywać należy. Twoją domeną jest słuchanie, moją rozkazywanie.
Kobieta opuściła głowę w dół nie mówiąc już ani słowa.
Już po chwili byli na miejscu. „Lot Śmierci” wylądował na parkingu przed siedzibą najsłynniejszego gangstera tej galaktyki, pająkopodobnego stwora nazwiskiem Finger. Osobnik ten znany był ze swego wyjątkowego okrucieństwa i podłości. Był on straszny i niezwykle groźny dla swoich przeciwników, choć miał słabość do pięknych rzeczy, zwłaszcza jeśli były nimi przedstawicielki płci żeńskiej. Jego siedziba była pełna niewolnic wszelkich ras, jakie tylko istniały we wszechświecie. Finger jednak wcale nie wykorzystywał ich w żaden sposób. Był on miłośnikiem patrzenia oraz słuchania. Akustyka była dla niego najważniejsza w świecie i tym tylko zaspokajał swoje pajęcze ciało.
Po wylądowaniu pilot wyszedł z kokpitu swego statku, ciągnąc za sobą młodą kobietę na łańcuchu.
- Pospiesz się, złociutka - zawołał - Nasz przyjaciel nie lubi czekać.
Kobieta posłusznie i bez słowa ruszyła za nim.
Siedziba pana Fingera była jednym wielkim kosmicznym kasynem. Spotykały się tutaj największe męty oraz szumowiny, jakie kiedykolwiek wydawała na świat matka galaktyka. Bandyci, przemytnicy, handlarze prochami oraz żywym towarem mieli tu zawsze wstęp wolny. Można było tutaj zawsze ubić świetny interes na kilkadziesiąt milionów, rzecz jasna bez płacenia podatku. Takie bowiem słowo jak „podatek“ nie istniało w takim miejscu, gdyż podatki równają się prawu, a niby jakie prawo obowiązywało w takich miejscach? Żadne, poza jednym, jedynym prawem znanym jako prawo silniejszego.
Pilot wszedł do środka lokalu, ciągnąc nadal za sobą swoją niewolnicę. Spokojnym ruchem głowy rozejrzał się dookoła. Bandyci różnych ras oraz najgorszego pokroju włóczyli się po tym miejscu z kąta w kąt, grając w ruletkę, pokera, kości lub oddając się innym zabawom. Część zaś siedziała przy stolikach naprzeciwko wielkiej sceny, na której właśnie odbywało się przedstawienie. Amatorski zespół wygrywał kolejne piosenki, a tancerki w skąpych strojach tańczyły ukazując niezwykłe krągłości swoich ciał. Nasz pilot jednak nie miał zamiaru brać udział w tych zabawach. Co innego go tutaj sprowadziło.
Złapał jednego kelnera, który właśnie szedł rozdawać drinki.
- Przepraszam was, gdzie znajdę właściciela tego słodkiego przybytku rozkoszy?
- Ma pan na myśli pana Fingera? - stwierdził raczej niż zapytał kelner.
- Nie inaczej.
Kelner obrócił się i wskazał palcem.
- O tam! Naprzeciwko sceny.
Po tych słowach kelner ruszył powoli przed siebie, zachowując przy tym sztywną postawę swego ciała.
- Chodź, złociutka. Idziemy - zawołał pilot i pociągnął niewolnicę za sobą.
Oboje dotarli przed oblicze jakiegoś ogromnego, pająkopodobnego stwora rozpartego na wielkim fotelu. Obok niego krzątało się kilka młodych niewolnic i robiły mu manikiur. W jednej z odnóży Finger trzymał szklankę, do której kelner nalewał mu podejrzanej jakości trunek.
Pilot ukłonił się i pociągnął lekko za łańcuch swojej niewolnicy, żeby i ona oddała ich gospodarzowi pokłon. Ta zaś oczywiście uczyniła to, ale z wyraźną niechęcią. Jej właściciel jednak nie zwrócił na to uwagi. Widocznie taki rodzaj ukłonu mu wystarczył. Podobnego zdania widać był również i sam pan Finger, skoro dał znak aprobaty poprzez lekkie skinięcie głową.
- Witaj o wszechmocny oraz wszechpotężny panie Fingerze, władco przestępczego świata - rzekł pilot głosem tyle patetycznym, co usłużnym.
- Witaj, drogi Zinglerze. Cieszę się, żeś przybył - odpowiedział grubym głosem Finger - A któż to jest ta piękna dama, co ci towarzyszy?
- Ona? - zaśmiał się pilot noszący nazwisko Zingler - To jest moja niewolnica.
- Domyślam się, że nie żona, lecz niewolnica. Tylko po co ją targasz ze sobą? - zachichotał Finger, oblizując język we pajęcze wargi.
- Bo ładnie śpiewa i w ogóle... A ja bardzo lubię mieć rozrywkę na wyciągnięcie ręki.
Finger zaśmiał się wesoło na myśl o tym, jakąż to rozrywkę Zingler może mieć na myśli. Jednym rzutem oka po urodziwej postaci niewolnicy łatwo ocenił jej kobiece wdzięki, po czym rzekł:
- Nie dziwię ci się, przyjacielu. Masz świetny gust, muszę to przyznać. Ale przejdźmy już do interesów. Siadaj, proszę.
Zingler usiadł przy stoliku niedaleko fotela szefa. Ten uśmiechnął się do niego.
- A więc masz to, co mi obiecałeś? - zapytał Finger, sącząc powoli swego drinka przez słomkę.
Zapytany uśmiechnął się tylko, po czym sięgnął za pazuchę i wyjął z niej wielki diament, który następnie położył na stoliku.
- Proszę, panie Finger. Zgodnie z obietnicą. Oto jest Wielki Rogoł, największy brylant w całej galaktyce.
Finger jedną ze swoich ośmiu odnóży złapał brylant, przyłożył sobie do oka i zaczął się w niego wpatrywać. Napawał się jego blaskiem, pięknem i wielkością.
- Wielki Rogoł... Jakiż on piękny.... On dawna chciałem go mieć. Zbyt długo tkwił w muzeum. Teraz jest mój! Mój i tylko mój! Gratuluję ci, Zingler. Spisałeś się na medal.
Zingler uśmiechnął się do niego wesoło i dał znaczący znak palcami.
- ACH TAK! Zapłata, przyjacielu. Bob! Zapłać panu! Zasłużył sobie!
Kosmita Bob podszedł i wypłacił na stolik po kolei równo sto tysięcy kredytów, które Zingler szybko zgarnął, przeliczył i schował do portfela. Następnie zamówił drinka i wypił go niemalże jednym duszkiem.
- Przyjacielu, zostaniesz jeszcze na przyjęciu? - zaproponował Finger wciąż bawiąc się swoim nowym nabytkiem.
- Owszem, o ile nie jestem zawadą.
- Żartujesz sobie chyba. Ty miałbyś być zawadą, przyjacielu? - zaśmiał się pajęczy gospodarz - Tak mnie ucieszyłeś, że możesz się tu bawić na mój koszt.
Zingler chciał już powiedzieć, że pan Finger jest nazbyt łaskaw, jednak przerwał mu dziki ryk publiczności siedzącej przed sceną, bowiem wygłupy nowej gwiazdy bawiącej na scenie nie spodobał im się. Z widowni posypały się butelki, buty i wszelkie inne akcesoria służące pijanej publiczności do okazywania swojego niezadowolenia. Artysta zatem, chcąc jakoś uniknąć zlinczowania, musiał salwować się ucieczką.
Finger widząc to wszystko opadł zrozpaczony na fotel.
- Dlaczego ja mam tak żałosnych artystów? - zawył - Wszystko mam w galaktyce najlepsze, ale artystów to ja mam do bani! Na wszystkich bogów piekielnych! Potrzebuję artystów! Królestwo za porządnego piosenkarza!
Słysząc te słowa Zingler uśmiechnął się tajemniczo, po czym przysunął się nieco do gospodarza i zapytał słodkim głosem:
- A może by tak moja złociutka niewolnica dla nich zaśpiewała?
Finger popatrzył na niego z nadzieją.
- A ma chociaż ładny głos?
- Czy ma ładny głos? He he he. Sam pan się zaraz o tym przekona.
Rozkuł swoją niewolnicę i uśmiechnął się do niej wesoło.
- No, śmiało, złociutka. A teraz zasuwaj na scenę i pokaż, co potrafisz.
Kobieta otrzepała się lekko i wstała dumnie z podłogi. Następnie z powagą i wielkopańskim gestem weszła na scenę, podeszła do mikrofonu i zaczęła śpiewać. Jej głos sprawił, że wszyscy na widowni natychmiast przestali robić to, co robili i zaczęli jej uważnie słuchać. Pieśń niewolnicy opowiadała o pięknej, nieszczęśliwej miłości i o odrzuconej przez chłopaka dziewczynie. Niektórzy słuchali piosenki, inni natomiast wpatrywali się w niesamowicie podniecające ciało piosenkarki. Niewolnica zaś nie zwracała na to najmniejszej uwagi, lecz wyginała się zmysłowo i tańczyła przed publicznością, snując dalej swą smutną pieśń. Kiedy skończyła, rozległa się prawdziwa burza oklasków, zaś z widowni posypały się na nią kwiaty i pieniądze, która ona skrzętnie zaczęła zbierać.
Najgłośniej jednak klaskał Finger swoimi czterema parami odnóży. Po występie spojrzał na Zinglera i uśmiechnął się.
- Moje gratulacje, przyjacielu. Ty jesteś naprawdę niesamowity. Żeby posiadać na własność taki skarb, jak to cudo... Musisz być z niej bardzo zadowolony.
Zingler uśmiechnął się skromnie.
- Dziękuję, panie Finger. Aczkolwiek pragnę zauważyć, iż mój głos też nie należy do najgorszych.
Bandzior popatrzył na niego z błyskiem w oku.
- Mówisz poważnie?
- Jak najbardziej poważnie, przyjacielu - pozwolił sobie na poufałość Zingler.
- To może teraz ty nam coś zaśpiewasz?
Zingler jeszcze bardziej się uśmiechnął.
- Ale potrzebowałbym małego chórku, ponieważ ta piosenka, co to ją chcę zaśpiewać, wymaga właśnie wsparcia chóru. Najlepiej żeńskiego.
- Chóru, powiadasz? Nie ma sprawy. Weź sobie moje niewolnice. Ile ci trzeba tego chóru?
- Wystarczą mi dwie. Moja niewolnica i jedna z twoich.
- Zgoda. Którą z nich wybierasz?
- TĘ!
Wskazał palcem na młodą dziewczynę, która właśnie kończyła robić Fingerowi manikiur.
Była to młoda blondynka o pięknych, błękitnych oczach. Nie miała jeszcze skończonych osiemnastu lat, ale widać było, iż fizycznie wszystko jest u niej w ja najlepszym porządku. Była niezwykle piękna, choć niewola mocno nadszarpnęła stan jej wyglądu zewnętrznego.
Finger popatrzył na nią uważnie.
- Ona? A proszę cię bardzo. To prawdziwy rarytas. Nieraz już tańczyła dla gości, więc ma w tym wprawę. Śmiało, ślicznotko. Idź, zaśpiewasz z tym panem w chórze.
Dziewczyna niezbyt chętnie wstała i wyszła na scenę, po czym stanęła obok niewolnicy Zinglera, która zaczęła jej z kolei na ucho tłumaczyć, co i jak ma robić podczas śpiewania przygotowywanej właśnie piosenki i jakie słowa śpiewać oraz kiedy ma je śpiewać, a kiedy tylko nucić. Blondyneczka patrzyła na nią uważnie oraz pilnie notowała wszelkie wiadomości w swojej ślicznej główce. Uśmiechnęła się ona nawet do niewolnicy Zinglera, co wskazywało na to, że sama piosenka i propozycja występu musiały się jej spodobać. Zresztą to nie był pierwszy raz, kiedy musiała występować przed publicznością. Sam Finger niejeden raz zmuszał ją do występów dla swoich gości i klienteli.
Kiedy wszelkie przygotowania zostały już ukończone, to Zingler stanął przed mikrofonem i zawołał:
- Słuchajcie, szumowiny i męty kosmosu! Tę oto piosenkę dedykuję naszemu kochanemu gospodarzowi. Orkiestra, tusz! Zaczynamy!
Orkiestra poinformowana przez niewolnicę Zinglera, jaka piosenka będzie śpiewana, zaczęła wygrywać takt.
Zingler zaś lekko postukał w mikrofon i zaczął śpiewać piosenkę:
Smakosz, jak ja,
Niech każdy wie,
Nie będzie wszak jadł ryb flandre.
Jadłospis mój królewskim snem.
Z bułki kawior jem.
Napoje wszystkie odłóż w kąt.
Francuski szampan weź do rąk
I z korka strzel na moją cześć.
Do góry kielich wznieś!
Ja cenię klasę, proszę was.
Złota brzęk, diamentów blask.
Szpaler uniżonych sług
U moich stóp.
Jak król tak żyć bym mógł.
Mój aksamitny smoking,
Spójrz!
Na miarę szyło krawców stu.
Mam wyrafinowany smak.
Żądam tego, co klasę ma.
Mój własny pomnik z twardych skał
Z wulkanów greckich będę miał.
Autorstwa najsłynniejszych głów.
I tekst „Ten mąż to wzór cnót”.
Podczas śpiewania piosenki Zingler tańczył i wykonywał niezwykle żywe ruchy. Publiczności piosenka bardzo się spodobała, chociaż głównie ze względu na dwie piękne niewolnice tańczące obok Zinglera na środku sceny. Finger zaś patrzył zachwycony na występ, który był dedykowany właśnie jemu.
Tymczasem przyszła pora po odtańczeniu kilku taktów jakże skocznej muzyki na występ chóru. Dwie niewolnice zaczęły zatem krążyć wokół Zinglera i śpiewać:
On ceni klasę, proszę was.
Złota brzęk, diamentów blask.
Szpaler uniżonych sług
U jego stóp.
Jak król tak żyć by mógł.
On ceni klasę, proszę was.
Złota brzęk, diamentów blask.
Szpaler uniżonych sług
U jego stóp.
Jak król tak żyć by mógł.
Lalala!
Na tym właśnie piosenka się skończyła. Piosenkarz i jego dwie „muzy” ukłonili się publiczności, która żywo i hałaśliwie biła brawo na ich cześć, klaskała w dłonie i prosiła o bis. Oczywiście artyści nie dali się długo o to prosić, więc już po chwili śpiewali znowu wszyscy troje wesoły refren tej piosenki, skacząc przy tym po scenie i wygłupiając się, jak tylko się da. Na koniec Zingler zrobił piękny szpagat i rzucił na scenę coś, co zakryło ją dymem na kilkanaście sekund. Oczywiście publiczność uznała to za część występu, więc niczym się nie przejęła. Finger również, ale tylko do czasu, kiedy dym opadł, a widok, jaki ukazał się jego pajęczym oczom, zmroził mu krew w żyłach.
Scena była pusta.
***
„Lot Śmierci” sunął znów przez przestrzeń kosmiczną, ale tym razem o wiele szybciej niż poprzednio. Pilotował go Zingler, a obok niego siedziała jego niewolnica, tym razem jednak już nie na łańcuchu, lecz swobodnie wyciągnięta na fotelu drugiego pilota i pomagająca mu sterować statkiem. Z tyłu za nimi młoda niewolnica Fingera, piękna blondynka o niebieskich oczach przebierała się właśnie w coś mniej skąpego niż strój niewolnicy, jaki dotąd musiała nosić.
- I jak tam? Ciuchy na ciebie pasują? - zawołała „niewolnica Zinglera” do przebierającej się dziewczyny.
- Obawiam się, że mogłam trochę schudnąć na tym jego pajęczym wikcie - odpowiedziała dziewczyna, ubierając się do końca.
- Nic się nie bój, mała - zawołał wesoło Zingler - Gdy już wrócisz do swojego tatusia, nabierzesz znowu ciałka.
Odwrócił się do niej, uśmiechnął szeroko i aby podnieść dziewczynę na duchu, puścił jej oczko.
Blondynka spojrzała na niego z wdzięcznością.
- Nawet nie wiem, jak wam dziękować. Jesteście moimi wybawcami - powiedziała wzruszona, a w jej oczach zbierały się łzy.
- Wybawcami? - odpowiedział Zingler - To gruba przesada. Jesteśmy zwykłymi najemnikami. Prawda, Noemi?
- Twój ojciec nas wynajął, żebyśmy cię uwolnili z łap tego pajęczaka - dodała kobieta siedząca w fotelu II pilota, która (jak się właśnie okazało), nie była wcale niewolnicą, ale wspólniczką Zinglera i nosiła imię Noemi.
- I właśnie tego dokonaliśmy - dokończył za nią I pilot.
- Muszę przyznać, zrobiliście to fantastycznie - dziewczyna była po prostu podekscytowana - W iście szpiegowskim stylu. Tylko w książkach czytałam o takich akcjach. Nie miała pojęcia, że sama doświadczę takiej przygody. Ja, córka gubernatora Norkinga.
Gwoli wyjaśnienia należy powiedzieć, że ojciec byłej niewolnicy był gubernatorem jednej z największych planet tego układu słonecznego, a także niezwykle wpływowym człowiekiem. Finger porwał jego córkę chcąc wymusić na nim zaprzestanie wzmożonej działalności przeciwko światkowi przestępczemu. Ponieważ jednak gubernator nie miał ochoty układać się z bandytą, wynajął słyną parkę zabijaków i najemników, żeby ta uwolniła ona jego córkę, co właśnie im się udało.
- Ale ta akcja musiała być nieco kosztowna. Prawda, panie Starking?
Dziewczyna oczywiście zwróciła się do Zinglera, który jak już wiemy, naprawdę nazywał się Starking i był partnerem Noemi. Ten niesamowity duet dokonał już niejednej szalonej akcji z gatunku tych, które uważano za niemożliwe do wykonania. Dla nich bowiem słowo „niemożliwe“ raczej nie istniało. Oczywiście zgrywali się oboje na twardzieli, którzy robią wszystko wyłącznie dla pieniędzy, ale tak naprawdę mieli o wiele miększe serca na czyjeś cierpienie, niżby chcieli to pokazać.
- Jakie tam koszty - odpowiedział Starking obojętnym tonem - Prawie żadne.
- No, a ten cały Wielki Rogoł, czy jak mu tam? Skąd wy go wzięliście? Zwinęliście go?
Noemi i Starking zaśmiali się wesoło.
- Skądże znowu, moja droga. Zwyczajna podróbka. Dobry falsyfikat - odpowiedziała Noemi.
- Musieliśmy jakoś skontaktować się z tym całym Fingerem - dodał Starking - Dowiedzieliśmy się, że poszukuje on zuchwalców, którzy by dla niego ukradli ten brylant z muzeum, więc zgłosiłem się do niego pod zmienionym nazwiskiem i powiedziałem, że mogę wykonać to zadanie. No i resztę już znasz.
- Jesteście po prostu najlepsi! - zawołała dziewczyna, klaszcząc przy tym radośnie w dłonie.
Potem rzuciła się na szyję Starkinga i wycałowała go, mocno tuląc się do niego, a po chwili zrobiła to samo z Noemi.
- Nigdy wam tego nie zapomnę. Naprawdę! Przysięgam! - wołała.
Noemi nieco ostro odsunęła ją, gdyż wskaźnik alarmu wskazywał zbliżających się nieprzyjaciół.
- Może poczekasz z podziękowaniami, moje złotko, co? - powiedziała ostrym tonem - Bo właśnie mamy towarzystwo.
- To chyba twój były właściciel chce odzyskać swoją zdobycz - dodał Starking, po raz pierwszy tego dnia będąc naprawdę poważnym.
Dziewczynę sparaliżowało ze strachu gdy to usłyszała.
- Nie pozwólcie mu mnie zabrać! Ja nie chcę do niego wracać! Nie chcę! Rozumiecie?! Nie chcę! Nie chcę! Nie chcę!
Najemnicy uspokoili ją.
- Spokojnie, złociutka - rzekł Starking ze stoickim - Żywcem nas nie wezmą, to ci mogę obiecać.
- Przygotować działo! - zawołała Noemi - Komputer, namierz ich na celownik!
- Przejmij stery! Ja się tym zajmę! - mruknął Starking, odpinając pasy.
Chwilę później pobiegł szybko do małego działka myśliwskiego, które znajdowało się na końcu statku.
Noemi tymczasem złapała za stery.
W stronę „Lotu Śmierci” zbliżało się już sześć myśliwców wroga. Były to statki osobistej bandyckiej floty Fingera. Osaczyły one właśnie statek najemników niczym wataha kosmicznych wilków, a następnie zaczęły go szybko ostrzeliwać. Jednakże tarcze ochronne „Lotu Śmierci“ były na tyle silne, by wytrzymać serie ataków. Przynajmniej na razie.
Córka gubernatora siedziała na miejscu I pilota i patrzyła na działania Noemi.
- Dlaczego nie skoczymy po prostu w nadświetlną i nie zwiejemy im? - zapytała mocno zdziwiona, że najemnicy sami na taki pomysł nie wpadli.
Noemi nie odrywając nawet wzroku od sterów i radaru odpowiedziała jej szorstko:
- To nie takie proste, mała. Komputer jeszcze nie rozpoznał drogi przed nami. Jak teraz skoczymy, to możemy wpaść na supernową czy też deszcz meteorytów i koniec wycieczki.
- Rozumiem, a kiedy wreszcie dokona rozpoznania?
Statek zatrząsł się od kolejnego, mocniejszego tym razem trafienia.
- Miejmy nadzieję, że bardzo szybko, bo właśnie tracimy tarcze - odpowiedziała dziewczynie Noemi, coraz bardziej się pocąc na czole.
Statkiem zatrzęsło od kolejnego huku. Kolejne trafienie. Tarcze powoli traciły swą moc.
- A jak je stracimy całkiem?
Noemi była już spocona jak mysz.
- To wówczas przyjdzie nam polec śmiercią bohaterów.
Na szczęście to ostatnie okazało się niepotrzebne, ponieważ siedzący w działku myśliwskim Starking strzelał ile się dało do myśliwców wroga, także po jakimś kwadransie wszystkie zmieniły się w pył. Dokonał on tego niezwykle szalonego i bohaterskiego czynu dosłownie w ostatniej chwili. Tarcze miały już bowiem zaledwie 1% swojej mocy i kolejne trafienie mogło wywołać poważne uszkodzenie, a nawet eksplozję statku. Jednakże Starking jak zwykle szybkim refleksem ocalił statek i po chwili jego głos odezwał się w mikrofonie:
- Uwaga, uwaga, szanowne panie. I jak tam? Jesteście jeszcze całe?
- Jeszcze, kochasiu, jeszcze - odpowiedziała mu na to pytanie Noemi nieco złośliwym tonem - A nasi wrogowie?
- Też są cali... zwęgleni.
Zaśmiał się, a Noemi zawtórowała mu.
- Dobra, żartownisiu, wracaj tu. Droga nareszcie rozpoznana. Możemy skoczyć w nadświetlną.
Starking po chwili zasiadł ponownie w fotelu I pilota. Oboje z Noemi zapięli pasy. Córka gubernatora zaś usiadła na swoim siedzeniu również zapinając się.
- Czyli pan Finger już mnie nie dopadnie? - zapytała.
- Nie ma takiej możliwości - odpowiedziała Noemi, odwracając się do dziewczyny - Dzisiejszej nocy odtańczyłaś swój ostatni taniec w tym jego durnym kasynie.
- Ostatni taniec - rzekła córka gubernatora z uśmiechem na ustach - Wy nawet nie wiecie, jak ja nienawidziłam tych występów. Dzięki bogom, to był mój ostatni taniec. Ostatni taniec!
- Dobra, ferajna. Skoro droga rozpoznana, to jazda z tym koksem! - zawołał wesoło Starking wrzucając hipernapęd.
Już po chwili „Lot Śmierci” skoczył w nadświetlną zostawiając za sobą jedynie małą smugę dymu, która jednak jakiś później powoli rozpłynęła się w czarnej przestrzeni kosmicznej.
KONIEC
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz