Posłuchajcie, moi przyjaciele, wspaniałej, mrożącej krew w żyłach przygody, jaka mi się przydarzyła, podczas oblężenia Moskwy. Osoby o słabych nerwach niech lepiej zatkają sobie uszy. Historia to bowiem jest tak groźna i tak niewiarygodna, że ja sam czasami powątpiewam w jej prawdziwość.
Był to ostatni dzień oblężenia Moskwy. Śnieg, deszcz i mróz mocno nadwyrężyły nasze zdrowie. Nikt już nie wierzył, że uda nam się zdobyć to miasto, lecz wszyscy staliśmy mężnie pod jego murami, gdyż duma zabraniała nam wracać do domu z podkulonymi ogonami. Do tego król na nas liczył.
Wszyscy stracili już nadzieję. To znaczy, wszyscy, oprócz mnie, dzielnego pana Samochwały, rotmistrza polskich wojsk.
Stanąłem więc naprzeciw murów nieprzyjacielskiego miasta, chwyciłem się za wąsa, z jego pomocą okręciłem się jak proca kilka razy w powietrzu i gdy puściłem, siła powietrza wyrzuciła mnie do przodu. Lotem koszącym przeleciałem nad murami i wpadłem na pluton egzekucyjny, który właśnie szykował się do rozstrzelania jednego z naszych ludzi, wziętych do niewoli. Roztrąciłem żołnierzy, którzy w tej samej chwili pociągali za spusty swoich karabinów, jednak z powodu mojego upadku, zamiast zastrzelić jeńca, zastrzelili swojego dowódcę.
Gdy się podniosłem, natychmiast chwyciłem cały pluton i wyrzuciłem go w powietrze tak mocno, że żołnierze powbijali się bagnetami od karabinów w księżyc. Nie puścili jednak swej broni, gdyż słynne prawo grawitacji robiło swoje, a oni nie mieli zamiaru z niego korzystać.
Niewiele czekając, podbiegłem do więźnia i jednym szarpnięciem rozwiązałem jego więzy. Później, z niewiarygodną lekkością popchnąłem wóz pełen beczek z prochem, na szarżujący na mnie oddział Rosjan. Wóz odrzucił ich jak kula kręgle, lecz nie wpłynęło to na jego prędkość, gdyż potoczył się aż do bram miasta. Wtedy wykonałem mój słynny rzut oszczepem, a raczej pochodnią, ponieważ to właśnie pochodnią rzuciłem z odległości dwóch tysięcy metrów w wóz, zapalając go i wysadzając w powietrze razem z bramą.
Wtedy to moi rodacy wbiegli do miasta i po kilku minutach walki zdobyli je. Widać Rosjanie nie chcieli zadzierać z moim majestatem, ponieważ szybko się poddali.
Tak właśnie zdobyłem tron moskiewski dla naszego miłościwego króla Władysława IV, który przysłał od razu po mnie karocę, bym mógł wrócić do Warszawy, gdzie miałem zostać odznaczony orderem za odwagę i męstwo. Odznaczyć miał mnie sam władca.
Po drodze jednak natrafiliśmy na wyboje, które podrzuciły mnie do góry tak mocno, że przeleciałem przez dach mej karocy i zobaczyłem całą okolicę. I właśnie wtedy dostrzegłem dziesięciu zbójców, czających się na mnie, dwa kilometry stąd. Opadłem więc na ziemię, zatrzymałem karetę, wskoczyłem na konia i sam jeden rzuciłem się na zbójów, podrzucając ich bombą w powietrze i nabijając wszystkich na moją ukochaną Hipolitę, niczym magik karty. Następnie powróciłem do karocy i kazałem jechać dalej. Mój orszak zaczął mnie wypytywać, o szczegóły mojej przygody, którą oczywiście opowiedziałem, ma się rozumieć, z zachowaniem wszelkiej skromności.
Dojechawszy do Warszawy, kazałem zatrzymać karetę przed jej murami, a następnie, biorąc odpowiedni rozpęd, przeskoczyłem z łatwością. Od razu znalazłem się na placu, gdzie wszyscy już na mnie czekali z tak wielkim orderem, że czterech ludzi musiało go trzymać. Wszędzie jest jednak znana moja herkulesowa siła, dlatego też z łatwością utrzymałem ów medal na piersi, i noszę go do dziś.
Był to ostatni dzień oblężenia Moskwy. Śnieg, deszcz i mróz mocno nadwyrężyły nasze zdrowie. Nikt już nie wierzył, że uda nam się zdobyć to miasto, lecz wszyscy staliśmy mężnie pod jego murami, gdyż duma zabraniała nam wracać do domu z podkulonymi ogonami. Do tego król na nas liczył.
Wszyscy stracili już nadzieję. To znaczy, wszyscy, oprócz mnie, dzielnego pana Samochwały, rotmistrza polskich wojsk.
Stanąłem więc naprzeciw murów nieprzyjacielskiego miasta, chwyciłem się za wąsa, z jego pomocą okręciłem się jak proca kilka razy w powietrzu i gdy puściłem, siła powietrza wyrzuciła mnie do przodu. Lotem koszącym przeleciałem nad murami i wpadłem na pluton egzekucyjny, który właśnie szykował się do rozstrzelania jednego z naszych ludzi, wziętych do niewoli. Roztrąciłem żołnierzy, którzy w tej samej chwili pociągali za spusty swoich karabinów, jednak z powodu mojego upadku, zamiast zastrzelić jeńca, zastrzelili swojego dowódcę.
Gdy się podniosłem, natychmiast chwyciłem cały pluton i wyrzuciłem go w powietrze tak mocno, że żołnierze powbijali się bagnetami od karabinów w księżyc. Nie puścili jednak swej broni, gdyż słynne prawo grawitacji robiło swoje, a oni nie mieli zamiaru z niego korzystać.
Niewiele czekając, podbiegłem do więźnia i jednym szarpnięciem rozwiązałem jego więzy. Później, z niewiarygodną lekkością popchnąłem wóz pełen beczek z prochem, na szarżujący na mnie oddział Rosjan. Wóz odrzucił ich jak kula kręgle, lecz nie wpłynęło to na jego prędkość, gdyż potoczył się aż do bram miasta. Wtedy wykonałem mój słynny rzut oszczepem, a raczej pochodnią, ponieważ to właśnie pochodnią rzuciłem z odległości dwóch tysięcy metrów w wóz, zapalając go i wysadzając w powietrze razem z bramą.
Wtedy to moi rodacy wbiegli do miasta i po kilku minutach walki zdobyli je. Widać Rosjanie nie chcieli zadzierać z moim majestatem, ponieważ szybko się poddali.
Tak właśnie zdobyłem tron moskiewski dla naszego miłościwego króla Władysława IV, który przysłał od razu po mnie karocę, bym mógł wrócić do Warszawy, gdzie miałem zostać odznaczony orderem za odwagę i męstwo. Odznaczyć miał mnie sam władca.
Po drodze jednak natrafiliśmy na wyboje, które podrzuciły mnie do góry tak mocno, że przeleciałem przez dach mej karocy i zobaczyłem całą okolicę. I właśnie wtedy dostrzegłem dziesięciu zbójców, czających się na mnie, dwa kilometry stąd. Opadłem więc na ziemię, zatrzymałem karetę, wskoczyłem na konia i sam jeden rzuciłem się na zbójów, podrzucając ich bombą w powietrze i nabijając wszystkich na moją ukochaną Hipolitę, niczym magik karty. Następnie powróciłem do karocy i kazałem jechać dalej. Mój orszak zaczął mnie wypytywać, o szczegóły mojej przygody, którą oczywiście opowiedziałem, ma się rozumieć, z zachowaniem wszelkiej skromności.
Dojechawszy do Warszawy, kazałem zatrzymać karetę przed jej murami, a następnie, biorąc odpowiedni rozpęd, przeskoczyłem z łatwością. Od razu znalazłem się na placu, gdzie wszyscy już na mnie czekali z tak wielkim orderem, że czterech ludzi musiało go trzymać. Wszędzie jest jednak znana moja herkulesowa siła, dlatego też z łatwością utrzymałem ów medal na piersi, i noszę go do dziś.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz