Ale mi się trafiło. Mam młodszą siostrę. Już chyba gorsze nieszczęście nie mogło na mnie spaść. Młodsza siostra. To mi dopiero traf. Oznacza on koniec z byciem jedynakiem i posiadaniem wszystkiego tylko dla siebie samego, począwszy od zabawek, a skończywszy na miłości rodziców.
Pozornie wydawać by się mogło niektórym, że wszystko jest zupełnie w porządku, nieprawdaż? Bo w końcu wielu ludzi ma siostry (starsze czy młodsze) i nie cierpi z tego powodu. Ja jednak swoje wiem. Jestem pewien, że inni posiadacze tej kuli u nogi zwanej potocznie „siostrą” również nie są z tego faktu zadowoleni, ale po prostu się do tego nie przyznają. Dlaczego? Mają bowiem coś takiego, co ludzie nazywają taktem i grzecznością, ja zaś określam mianem „hipokryzji”. Udają dranie, że się cieszą, a tak naprawdę zgrzytają ze złości zębami i bezsilnie zaciskają pięści.
W przeciwieństwie do nich wszystkich ja nie mam zamiaru nikogo okłamywać i powiem szczerze jak na spowiedzi. Nigdy nie chciałem mieć siostry, a już zwłaszcza młodszej. Ale cóż, którzy rodzice liczą się w takich sprawach ze zdaniem swych dzieci? Żadni. Dlatego też nikogo nie powinien dziwić fakt, że moi rodzice również się z mym zdaniem nie liczyli, no i któregoś dnia najzwyczajniej w świecie bezczelnie oświadczyli mi, że już niedługo zostanę starszym bratem. Nawet mnie nie spytali, czy chcę nim być. Tak po prostu oznajmili mi to i już. Jakby myśleli, że sprawi mi to wielką przyjemność. Doprawdy, dowodzi to jasno, jak niezbyt wysoki iloraz inteligencji mają niektórzy dorośli. Kto bowiem przy zdrowych zmysłach zrezygnowałby z przywileju bycia jedynakiem i tak po prostu zamieniłby go na fakt posiadania młodszego rodzeństwa? Odpowiedź wydaje się prosta - nikt. A jeżeli komuś naprawdę chce się mieć młodszą siostrę czy brata, to chyba naprawdę ten ktoś nie ma wszystkich klepek na miejscu.
No, bo co komu młodsze rodzeństwo? Trzeba się takim rodzeństwem opiekować, a co za tym idzie rezygnować z wielu przyjemności. Trzeba się dzielić swoimi rzeczami, których dotąd było się niepodzielnym panem. No i musisz człowiecze uważać na swój język, bo jeśli tego nie robisz, to takie małe wstrętne stworzenia zacznie cię bezczelnie naśladować we wszystkim, również w mówieniu niegrzecznych słów. No, a potem rodzice wylatują do ciebie z pretensjami, że nie umiesz się zachować, że dajesz zły przykład, że to przez ciebie młodsza siostra czy brat się źle zachowuje. Dobre sobie. Że niby przez nas się źle zachowuje? A czy to my kazaliśmy im nas małpować? Oczywiście, że nie.
Jednak na te słodkie kruszyny, jak nazywają młodsze rodzeństwo nasi rodzice (ja zaś je po prostu nazywam małymi potworami) nikt nie krzyczy. Bo w końcu są one takie małe, głupiutkie i dopiero się uczą żyć. Nawiasem mówiąc mogłyby się one rodzić już mądre, byłoby potem mniej problemów z ich wychowaniem. Niestety, tak się nie dzieje. Rodzą się one jako małe, psotne, złośliwe, zapłakane i wredne stworzenia. A rodzice żądają od nas, żebyśmy je kochali. Kochali je? Niby za co? Nie potrafię tego pojąć.
***
Co może być gorszego od młodszej siostry? Ten z was, kto powiedział, że nic racji nie ma, a w każdym razie nie ma jej całkowicie, gdyż jest coś znacznie gorszego od młodszej siostry. Tym czymś jest… Wiecie może co? Zapłakana młodsza siostra. Nie muszę wam chyba tłumaczyć, czym się taki obiekt charakteryzuje. Myślę, że każdy to wie. Dla tych jednak głąbów, którzy nie mają o tym bladego pojęcia, uwaga! Oto następuje dokładny opis zewnętrzny takie stworzenia. To opis lepszy niż na liście gończym.
Przede wszystkim istota taka jest strasznie płaczliwa, a przy tym łatwo ją doprowadzić do łez. Należy przy niej uważać na język, jak i również za nic w świecie nie podnosić na nią głosu i to choćby nie wiem, co robiła. Już samo podniesienie głosu na takiego małego potwora powoduje u niego otwarcie śluz i wyciek wręcz strumienia słonej wody kanałami wylotowymi, zwanymi potocznie oczami. Wówczas bezczelnie zanosi się łzami do czasu, aż nie przybiegnie nasz klawisz - potocznie nazywany rodzicem - będący najczęściej matką (bo ojcowie rzadko kiedy kwapią się osobiście w takich sprawach, są na to zbyt wygodni), a wtedy dopiero się zaczyna. Krzyki i wszelkiego rodzaju podłe wyzwiska wobec nas, osób starszych i bardziej odpowiedzialnych, zaś pociecha i miłe słówka wobec takiej małej diablicy, która to w duchu pewnie dusi się ze śmiechu. Cóż to za podłe i paskudne stworzenie. Że też ziemia jeszcze pozwala na to, aby po niej stąpały takie potwory.
Wydaje się wam, że przesadzam? Potrzebujecie jakiegoś przykładu, aby mi uwierzyć? Proszę bardzo. Mogę wam tu zaraz udowodnić, że mam rację. Oto jest jedna z przygód, która mnie spotkała. Stanowi ona najlepszy dowód na potwierdzenie mych słów.
Siedziałem właśnie w swoim pokoju i najspokojniej w świecie bawiłem się swoimi żołnierzykami, jak na każdego małego chłopca przystało. Akurat armia amerykańska dokonywała inwazji odwetowej na Tokio, gdy wtem, zupełnie niespodziewanie otworzyły się drzwi i wszedł przez nie ten mały, zaledwie pięcioletni osobnik dziecięcy płci żeńskiej. Moja młodsza siostra, a zarazem największe utrapienie na świecie.
- Co robisz? - spytała.
Jakby to nie było wyraźnie widoczne, co ja robię.
- Bawię się - odburknąłem jej.
Może było to niezbyt grzeczne, ale co ja się będę bawił w uprzejmości z tym małym, ciekawskim babsztylem?
- A w co?
Jakby to nie było widoczne na pierwszy rzut oka.
- W wojnę - odpowiedziałem.
- Ja też mogę się pobawić?
Parsknąłem śmiechem. A czegoż to się tej głupiej smarkuli zachciewa? Dziewucha ma się bawić moimi żołnierzykami? Doprawdy, śmiechu warte. Odpowiedziałem jej, żeby lepiej bawiła się tymi swoimi lalkami, a mnie zostawiła w spokoju. Ale ona koniecznie chciała się bawić ze mną i nie potrafiła zrozumieć, że ona ma swoje zabawki, a ja swoje. Nic do niej nie docierało. Szału można było z nią dostać. Nie rozumiała, że jej zabawa ze mną nie wchodzi w rachubę. Wzięła moje żołnierzyki do ręki i zaczęła nimi wariować. Latać w powietrzu, skakać jak kangur oraz wypowiadać bzdurne rozkazy. Ratowałem ich po kolei jednego po drugim przed tą jakże okrutną hańbą, ale niestety ona za każdym razem znalazła sobie jakąś nową ofiarę. W końcu nie wytrzymałem i ryknąłem na nią:
- Zostaw to w spokoju, gówniaro, bo ci dam w skórę!
To się dopiero zaczęło. Łzy jej stanęły w oczach, wsadziła sobie piąstki do powiek i w bek. Na efekt takie beku nie trzeba było długo czekać. Już po chwili do pokoju wbiegła matka i spytała, co się stało. A ten mały kapuś, jak się możecie domyślać, oczywiście wszystko wykapował. Na nic tu się zdały moje tłumaczenia.
- Adasiu - rzekła do mnie mama, starając się zachować spokój, chociaż wyraźnie widziałem złość w jej oczach - Jak tak możesz postępować ze swoją siostrzyczką? Nie wstyd ci?
- Ale to ona zaczęła! - zawołałem - Brała moje zabawki, choć jej tego zabroniłem!
- To twoja siostrzyczka! Jest młodsza od ciebie. Powinieneś się umieć nią zająć, bo kiedyś nie będzie cię lubiła.
- Mam głęboko w nosie jej lubienie! Nie ma tykać moich zabawek i koniec! I zapowiadam mamie, że jeżeli jeszcze raz to zrobi, to dostanie na tyłek!
- Chodź, Ewuniu, chodź - powiedziała rozczulającym głosem mama do tego małego potwora, mylnie nazywanego człowiekiem - On cię nie uderzy, bo jeżeli to zrobi, będzie miał ze mną do czynienia.
To mówiąc wyprowadziła ona tą bestię z mojego królestwa. Nareszcie miałem odrobinę świętego spokoju.
***
Pewnego dnia, a były to właśnie moje czternaste urodziny, udałem się do szkoły z przeświadczeniem, że oczywiście tradycyjnie nikt nie będzie o nich pamiętał. Co było tym większą ironią, gdyż ja akurat zawsze pamiętam o święcie każdego mojego kolegi oraz koleżanki, a oni jakoś nie potrafili zapamiętać dnia moich urodzin. Okropne, co nie? Tym większe zatem było moje zdumienie, kiedy zobaczyłem tego dnia to, co zobaczyłem.
Zaczęło się od tego, że spotkałem na rano tego małego diabła, moją siostrzyczkę wracającą z łazienki. A musicie wiedzieć, że za trzy miesiące miała ona skończyć siedem lat. Była już trochę poważniejsza niż ostatnio, a nawet stawała się całkiem ładną dziewczynką. Ale mniejsza z tym. Nie o tym przecież miałem pisać.
- Czemu jesteś smutny? - spytał mnie ów mały diabeł.
- Nie jestem smutny, tylko zły! - mruknąłem od niechcenia.
- A dlaczego? - dopytywał się ów demon w anielskiej postaci.
- Ponieważ dziś są moje urodziny i jestem pewien, że jak zwykle nikt nie będzie o nich pamiętał.
- Urodziny - diabełek zastanowił się przez chwilę - No, to sto lat!
- Dzięki - mruknąłem niechętnie, ale z lekką radością.
Ostatecznie były to bowiem pierwsze życzenia, jakie dzisiaj dostałem i jak się spodziewałem, ostatnie.
- Spodziewam się, że dziś tylko ty mi złożysz życzenia - powiedziałem.
- Dlaczego? - spytała mała płaczka nie rozumiejąc czegoś, co przecież było tak oczywiste - Dzień się dopiero zaczął.
Typowa babska logika. Dzień się dopiero zaczął. Tak jakby to miało w jakikolwiek sposób o czymkolwiek przesądzać.
- Przekonasz się jeszcze, że mam rację - powiedziałem.
- A jeśli nie?
- Na pewno mam rację.
- A założymy się? - spytał mnie ten demonek.
Pomyślałem sobie, a czemu by nie? Może utrę tej pannie mądralińskiej nosa. Przynajmniej przestanie mnie dręczyć.
- Zgoda - rzekłem - A o co?
- Jak przegram… - zastanowiła się przez chwilę - To już nigdy więcej nie wejdę do twojego pokoju. Ale jak wygram, to pozwolisz mi się dzisiaj... - tu przerwała i zaczęła chichotać.
- Co pozwolę? - spytałem lekko zirytowany.
Nie znosiłem takich kalamburów. Zawsze wolałem, jak ktoś mi mówi wprost, o co mu chodzi, a nie bawi się ze mną w głupie zagadki.
- Pozwolisz mi się dzisiaj pocałować.
No, to już była po prostu bezczelność. Ta mała wiedziała, że nie znoszę całusów, a już tym bardziej od niej. Nienawidzę wręcz, jak ta mała smarkula mnie obślinia. Przecież od czegoś takiego powstają bakterie. Postanowiłem jednak się zgodzić. W końcu mała nie ma najmniejszej szansy na to, żeby wygrać, więc czemu by się nie założyć?
- Zgadzam się - powiedziałem i podaliśmy sobie ręce.
Dla pewności przypieczętowaliśmy to śliną, jak to robiło się na starych, dobrych filmach.
Biedna mała, pomyślałem sobie. Przegra i to jak amen w pacierzu. No, ale przynajmniej będę miał pewność, że już nigdy więcej nie wejdzie ona do mojego pokoju. Cóż to za przyjemna myśl! Za coś takiego można poświęcić życzenia od kolegów. Bo tego, że ona może wygrać, to nawet nie brałem w ogóle pod uwagę. To było dla mnie niemożliwe.
Jakież więc było moje zdumienie, gdy tylko wszedłem do klasy, a pani oświadczyła, że jak wszyscy wiedzą z dobrze poinformowanego źródła, pan Adaś Halicki, czyli ja, ma dzisiaj urodziny. Wszyscy byli już gotowi na tę okoliczność. Odśpiewali mi „sto lat” gromkim głosem, po kolei złożyli mi życzenia, pogratulowali ukończenia czternastego roku życia itd. Byłem tym wszystkim bardzo zdumiony. No, a jeszcze bardziej się zdziwiłem, kiedy wróciłem do domu i zobaczyłem rodziców i Ewunię z czekającym na mnie tortem oraz prezentami. To wszystko wydało mi się tak piękne, że aż po prostu niemożliwe. Przecież rodzice zawsze zapominali o moim święcie i musiałem im o nim przypominać, a tu nagle taka niespodzianka. To wprost nie do wiary. Od taty dostałem ładny zegarek, od mamy książkę, zaś od siostry laurkę, na której to jakaś niezbyt wprawna dłoń narysowała dwie postacie trzymające się za ręce i szczerzące swoją klawiaturę fortepianu Chopina, zwaną potocznie zębami. Jeśli wierzyć opisowi umieszczonemu pod rysunkiem, tymi postaciami byliśmy ja i Ewa. Mnie to jednak bardziej przypominało dwa strachy na wróble cierpiące na anoreksję, kulturalnie jednak zachowałem tę uwagę dla siebie. Mniejsza zresztą o to. I tak byłem wzruszony.
Zaś ten mały diabeł podszedł do mnie i zapytał:
- No i co? Przegrałeś zakład, braciszku. Musisz płacić.
Dopiero teraz przypomniałem sobie o szczegółach naszego zakładu. Byłem zły, ale cóż... Ostatecznie umowa to umowa. Przełknąłem więc ślinę i pozwoliłem, żeby ta małpka zarzuciła mi te swoje szczudła na szyję i obśliniła mi oba policzki. Muszę się jednak przyznać, że teraz było to nieco lepsze od tych buziaczków z przed kilku lat. Tamte były obrzydliwe, a te z kolei były całkiem przyjemne. Nawet mi się spodobały.
Wieczorem zaś, kiedy już szedłem spać, mama przyznała mi się, że w ogóle nie pamiętała o moich urodzinach.
- Jaka nowość - pomyślałem sobie.
Okazało się jednak, że to dopiero Ewunia jej o nich przypomniała. Sama także wybrała dla mnie zegarek i książkę. Ona również powiadomiła moich kilku kolegów, którzy to przekazali tę radosną wieść dalej. Byłem zdumiony. A więc tak to wyglądało. To ona o to wszystko zadbała. Zrobiła wszystko, żebym był szczęśliwy. Miłe to z jej strony.
Tylko nie myślcie sobie, że zmieniłem zdanie, co do młodszych sióstr. Nadal uważam je za pasożyty i osoby nikomu do szczęście niepotrzebne, ale też muszę przyznać, że Ewunia ma w sobie to coś.
***
Myślałem sobie, że w wakacje będę mógł wreszcie spokojnie odpocząć w odosobnieniu. No, ale guzik wyszedł z moich planów. Musiałem ciągle opiekować się Ewcią. Rodzice bowiem wtedy często wyjeżdżali do miasta w interesach i nie mieli z kim ją zostawić, więc rolę baby-sitter przejąłem ja. Całe dnie musiałem spędzać na rozmowach z nią i tłumaczeniem jej tego i owego. Wszystko ją bowiem interesowało, to też całe godziny musiałem jej odpowiadać na niekończący się szereg pytań.
Tego dnia rodziców znów nie było w domu i znowu ja musiałem się opiekować tą imienniczką pierwszej matki, przez którą ludzie stracili Eden. Tą małą diablicę to oczywiście bardzo ucieszyło, a mnie (chyba nie muszę tłumaczyć) raczej nie bardzo.
Właśnie tłumaczyłem mojej w ogóle nie obytej w świecie siostrzyczce, że Mieszko I nie był wcale twórcą banknotu dziesięciozłotowego, kiedy to nagle zadzwonił telefon. Odebrałem.
- Adasiu - w słuchawce odezwał się głos mamy - Mam do ciebie wielką prośbę. Jesteś w domu?
Nie, na księżycu, mruknąłem po cichu, ale głośno odpowiedziałem:
- Tak, mamo. Jestem w domu.
- To dobrze. Słuchaj, dziś jest targ, więc kup mi parę rzeczy. Zaraz ci powiem, co.
I podyktowała mi różne warzywa, owoce itp. drobiazgi, niezbędne w kuchni dla przygotowania jakiegokolwiek posiłku.
Złożyłem solenną obietnicę, że kupię to wszystko, co mama wymieniła. Potem moja kochana rodzicielka rzekła: „Kocham cię, synku” i wyłączyła się. Ja zaś zostałem z listą zakupów. Miałem jednak pewien mały problem. Co zrobić z Ewą? Przecież w domu jej samej nie zostawię. Zaś podrzucić do kogoś nie byłoby ani mądre, ani też bezpieczne. Musiałem więc wziąć ją ze sobą. Nie muszę chyba tłumaczyć, że niezbyt mi to odpowiadało.
Szliśmy więc oboje przez targ trzymając się za ręce i kupując różne rzeczy z listy podyktowanej przez moją mamę. Potem na targu spotkałem moją koleżankę ze szkoły, Alicję. Tak, właśnie tę ślicznotkę z ławki obok. Zaczęliśmy ze sobą rozmawiać. Ona się mnie pyta, co słychać, jak spędzam wakacje, gdzie planuję wyjechać itp. Ja zaś odpowiadałem skrupulatnie na każde pytanie, jednocześnie wciąż kupując owoce oraz warzywa. Wreszcie wszystko z listy znalazło się w moim koszyku i czas już było wracać do domu. Dopiero wówczas zauważyłem, że nie ma ze mną Ewci. Rozejrzałem się dookoła, ale nigdy jej nie było. Musiała ona zniknąć podczas mojej rozmowy z Alicją. Widocznie coś ją zaciekawiło i poszła za tym czymś, a potem zgubiła się w tłumie i nie mogła już mnie znaleźć.
- No, to pięknie - powiedziałem - Zniknęła. I co ja teraz zrobię? Co ja powiem mamie? Obiecałem, że się nią zajmę. Ładny ze mnie opiekun, nie ma co.
- Nie martw się, Adasiu - rzekła Alicja, kładąc mi rękę na ramieniu - Znajdziemy ją. Ja ci pomogę.
Ucałowałem ją z radości. Nie miała nic przeciwko temu, choć lekko się przy tym zarumieniła.
Razem rzuciliśmy się na poszukiwania mojej zguby. Nie mogliśmy jej jednak znaleźć. Przetrząsnęliśmy chyba cały targ, ale nigdzie jej nie było. Zacząłem snuć już najgorsze nawet scenariusze tego, co ją mogło spotkać. Dopiero teraz zacząłem rozumieć, kim ta mała była dla mnie i ile dla mnie znaczyła. Bałem się o nią. Już nie chodziło o to, że rodzice mnie zbiją, jeśli jej nie znajdę. Mniejsza o to. Ale co się z nią stanie, jeżeli do wieczora nie wróci do domu? W moim sercu nie było już ani odrobiny złości na tego aniołka. Zastąpiła ją całkowicie miłość i niepokój.
Zrozpaczony usiadłem na ziemi i płakałem ze złości. Nie na Ewunię, rzecz jasna, ale na siebie. W końcu to ja jej nie upilnowałem. Ona się sama oddaliła, zgoda. Ale przecież to jeszcze małe, głupiutkie dziecko, a do tego moja malutka siostrzyczka. Mogłem ją stracić i nigdy więcej nie ujrzeć. To było straszne. Dopiero teraz, w obliczu możliwości utraty tej jakże słodkiej istotki zrozumiałem, jak bardzo mi na niej zależy.
- Nie martw się, Adasiu - rzekła Alicja siadając obok mnie i dotykając mojego ramienia - Panikowanie tutaj nic nie da. Lepiej pomyśl, gdzie ona najczęściej się chowa, gdy się boi?
- U mamy - odpowiedziałem automatycznie.
- Ale jak waszej mamy nie ma, to gdzie lubi się chować?
- Nie wiem. Chyba miała takie jedno miejsce, ale... Nie pamiętam.
- Przypomnij sobie.
Dokładnie przeszukałem wszystkie, nawet najdalsze zakamarki mojej pamięci i już po chwili miałem już odpowiedź.
- Już wiem, Alusiu! Już wiem, gdzie ona jest. Chodźmy! - zawołałem i ruszyliśmy biegiem.
Przypomniałem sobie wtedy, że kiedyś Ewunia, gdy koledzy dokuczali jej w przedszkolu, uciekła do parku na drzewo. Przeszukaliśmy więc razem cały park. Co prawda, nie miałem pewności, że znów wykorzysta to miejsce na kryjówkę, ale warto było spróbować. Jak się okazało, opłaciło się nam to, bo już wkrótce Alicja zobaczyła małą siedzącą na drzewie i płaczącą.
Podbiegłem do Ewuni i zawołałem ją po imieniu. Ona spojrzała na mnie i zawołała radośnie „Adaś” i wyciągnęła do mnie rączki.
- Zostań tam, idę po ciebie - rzekłem i wspiąłem się po nią na drzewo.
Gdy już byłem na miejscu wziąłem małą na barana i sprowadziłem na dół. Cieszyła się jak dziecko, którym zresztą była. Ja zaś nie panowałem nad sobą z radości. Chwyciłem ją mocno w objęcia i zacząłem całować po całej twarzy.
- Kochanie, moje maleństwo - wołałem tuląc ją do serca - Tak się o ciebie bałem.
- Przepraszam, braciszku, ale zgubiłam się i bałam się - tłumaczyła się Ewunia - A wiesz, że jak się boję lub jest mi smutno, to przychodzę tutaj.
- Powinnaś zostać tam, gdzie byłaś - rzekła Alicja poważnym tonem - Łatwiej byśmy cię znaleźli.
- Wiem, ale nie mogłam. No i myślałam, że ty...
- Co ja? - spytałem.
Nie dokończyła, tylko rzuciła mi się na szyję. Przyznam się, że miło było tak się tulić do siebie. Czułem wówczas w sercu jakieś ciepło, którego nigdy jeszcze nie czułem.
Wróciliśmy razem do domu. Alicja nas odprowadziła i obiecała mi, że jutro nas odwiedzi. My zaś spokojnie, jak gdyby nigdy nic bawiliśmy się razem we dwoje. Pozwoliłem jej nawet bawić się moimi żołnierzykami tak, jak sobie tylko ona tego zażyczyła.
W takiej właśnie sytuacji zastali nas rodzice.
- I co, aniołki? Bawiliście się razem? - spytała nas mama.
- Jeszcze jak - odpowiedziała za nas oboje Ewunia.
A ja nie miałem zamiaru zaprzeczać.
***
Nieco później, kiedy szedłem spać, zobaczyłem jakąś osobę siedzącą na moim łóżku. Była to Ewunia, ubrana już w nocną koszulkę. Zdziwiłem się bardzo jej wizytą u mnie.
- Co ty tu robisz, maleńka? - spytałem zdumiony - Powinnaś już spać.
- Zaraz pójdę - odpowiedziała mi moja siostrunia - Ale chcę ci bardzo podziękować, że mnie dzisiaj znalazłeś. Gdyby nie ty, to ja...
Nie dokończyła, a w jej oczkach stanęły łzy.
- No, już dobrze - powiedziałem, ocierając czule palcem łezki na jej policzkach - To już minęło i wróci. Nie masz się już czego obawiać.
Popatrzyłem na nią wzruszony. Teraz, po tych wszystkich niemiłych wydarzeniach wydawała mi się nawet całkiem miła i bardzo sympatyczna. Nie mogłem pojąć, dlaczego wcześniej jej tak nie znosiłem.
- Wiesz, kiedy tak sobie siedziałam na drzewie i czekałam na ciebie, to pomyślałam sobie, że jak mnie znajdziesz, to zrobię coś, żebyś się więcej na mnie nie złościł.
- To znaczy? - spytałem.
- Więcej nie będę ci przeszkadzać i bawić się twoimi zabawkami. Już koniec z tym. Jeśli tego nie chcesz, to nie będę tego robiła.
Już miała wyjść, kiedy ja, nie wiem dokładnie czemu, przytrzymałem ją za rękę i powiedziałem:
- Ale ja właśnie sobie tego życzę.
Ewunia spojrzała na mnie zdumiona tymi swoimi zapłakanymi oczkami i spytała:
- Naprawdę?
- Bardzo naprawdę.
- I będziemy się odtąd razem bawili i spędzali czas?
- W miarę możliwości - odpowiedziałem.
- I nie będziesz już się na mnie wściekał za to, że się bawię twoimi żołnierzykami?
- Dziewczyno, dostaniesz nawet swój własny oddział. Ale pamiętaj, że oni sami nie umieją latać, tylko za pomocą samolotów. A bez nich, to już raczej nie.
Uśmiechnęła się do mnie słodko i nim się spostrzegłem, to zarzuciła mi rączki na szyję i przytuliła mnie z całej siły.
- Braciszku, ty jesteś dla mnie taki dobry - wychlipała.
- Dobre sobie, a do kogo mam być niby dobry, jak nie dla ciebie? - zaśmiałem się - Przecież ja cię uwielbiam.
- Ale ja myślałam, że ty mnie...
- Co?
- Że ty mnie... Że ty mnie nienawidzisz.
Aleś ty mądra, dziewczyno, pomyślałem sobie. Rzeczywiście, kiedyś cię nienawidziłem. Ale dzisiaj, jak cię zobaczyłem taką bezradną i płaczącą, oczekującej mojej pomocy, to uczucie minęło i zastąpiła je wielka miłość do ciebie. Wiem, że trochę późno ona przyszła, ale zawsze lepiej późno niż wcale.
Tak sobie właśnie pomyślałem. Ale głośno powiedziałem jej:
- Kiedyś cię nie znosiłem, to prawda. Ale dzisiaj to się zmieniło. Teraz to ja cię bardzo lubię. I już zawsze będę cię lubił. Ale teraz idź już spać.
Ewka ruszyła do swojego pokoju, lecz tuż przed drzwiami zatrzymała się i spojrzawszy na mnie powiedziała:
- Braciszku.
- Co, kochanie?
- Bo ja mam do ciebie wielką prośbę, ale nie śmiem.
- Mów śmiało.
- A nie pogniewasz się?
- Nie. Co to za prośba?
Ewunia się zawahała i lekko zaczerwieniła, ale wreszcie wydukała:
- Mogę cię pocałować na dobranoc? Mogę dać ci buzi?
Uśmiechnąłem się. Kiwnąłem głową i oświadczyłem, że od tej pory może to robić kiedy tylko zechce. Ona zaś z radością rzuciła mi się na szyję i pocałowała mnie w oba policzki. Potem szepnęła mi na ucho:
- Kocham cię, Adasiu.
Ja zaś wzruszony, odpowiedziałem:
- Ja też cię kocham, Ewuniu.
Ona zaś radośnie pobiegła do swojego pokoju.
***
Od tego czasu już nigdy nie odsuwałem od siebie swojej młodszej siostry. Wręcz przeciwnie - spędzaliśmy ze sobą dużo czasu, bawiliśmy się razem, chodziliśmy na spacery, śpiewaliśmy wesołe piosenki itd. Krótko mówiąc, stałem się dla Ewuni wymarzonym starszym bratem.
Często w naszych zabawach towarzyszyła nam Alicja. Razem we trójkę miło minęły nam wakacje. Kiedy zaś dobiegły one końca, a Ewunia poszła po raz pierwszy do szkoły, to ubłagałem mamę, żebym odtąd ja miał zawsze przywilej odprowadzenia ją za rączkę na zajęcia. To było dla mnie bardzo przyjemne uczucie trzymać w swojej dłoni jej małą, słodziutką łapkę. Nie wiecie nawet, jak bardzo. Jakże ona słodko na mnie wtedy patrzy. Zawsze ją odprowadzam do szkoły i zawsze wracamy razem do domu.
Mamę zdziwiło bardzo ta moja ogromna przemiana. Zastanawiała się nieraz: „Co się temu chłopcu stało? Co go tak nagle odmieniło?”.
Nie wiedziała, co mnie odmieniło. Bo w końcu my z Ewunią nigdy nie powiedzieliśmy jej o tej przygodzie, która nas połączyła. Gdyby ona ją poznała, to mogłaby więcej nie pozwolić mi opiekować się moją siostrunią, a tego za nic w świecie ani ja, ani Ewunia byśmy nie chcieli. Zachowaliśmy więc tę historię dla siebie. To była taka nasza mała tajemnica. I chociaż niektórzy mogą się teraz ze mnie śmiać, że straciłem dla Ewci głowę, to co mi tam. Kocham moją malutką siostrzyczkę, a ona kocha swojego dużego braciszka. I wszystko jest tak, jak być powinno.
Nie patrzcie tak na mnie. Owszem, zmieniłem moje zdanie na temat młodszych sióstr. Są one jednak w życiu bardzo potrzebne. Dzięki nim my, starsi bracia nie jesteśmy tacy samolubni i wredni. To jest wręcz prawdziwe błogosławieństwo i głupi jest ten, kto je odrzuca.
Młodsze siostry to często diabły wcielone, jednak niektóre z nich to są prawdziwe aniołki. I takim właśnie aniołkiem jest moja Ewunia. Kocham ją, a ona mnie. Nic nigdy tego nie zmieni.
KONIEC
Pozornie wydawać by się mogło niektórym, że wszystko jest zupełnie w porządku, nieprawdaż? Bo w końcu wielu ludzi ma siostry (starsze czy młodsze) i nie cierpi z tego powodu. Ja jednak swoje wiem. Jestem pewien, że inni posiadacze tej kuli u nogi zwanej potocznie „siostrą” również nie są z tego faktu zadowoleni, ale po prostu się do tego nie przyznają. Dlaczego? Mają bowiem coś takiego, co ludzie nazywają taktem i grzecznością, ja zaś określam mianem „hipokryzji”. Udają dranie, że się cieszą, a tak naprawdę zgrzytają ze złości zębami i bezsilnie zaciskają pięści.
W przeciwieństwie do nich wszystkich ja nie mam zamiaru nikogo okłamywać i powiem szczerze jak na spowiedzi. Nigdy nie chciałem mieć siostry, a już zwłaszcza młodszej. Ale cóż, którzy rodzice liczą się w takich sprawach ze zdaniem swych dzieci? Żadni. Dlatego też nikogo nie powinien dziwić fakt, że moi rodzice również się z mym zdaniem nie liczyli, no i któregoś dnia najzwyczajniej w świecie bezczelnie oświadczyli mi, że już niedługo zostanę starszym bratem. Nawet mnie nie spytali, czy chcę nim być. Tak po prostu oznajmili mi to i już. Jakby myśleli, że sprawi mi to wielką przyjemność. Doprawdy, dowodzi to jasno, jak niezbyt wysoki iloraz inteligencji mają niektórzy dorośli. Kto bowiem przy zdrowych zmysłach zrezygnowałby z przywileju bycia jedynakiem i tak po prostu zamieniłby go na fakt posiadania młodszego rodzeństwa? Odpowiedź wydaje się prosta - nikt. A jeżeli komuś naprawdę chce się mieć młodszą siostrę czy brata, to chyba naprawdę ten ktoś nie ma wszystkich klepek na miejscu.
No, bo co komu młodsze rodzeństwo? Trzeba się takim rodzeństwem opiekować, a co za tym idzie rezygnować z wielu przyjemności. Trzeba się dzielić swoimi rzeczami, których dotąd było się niepodzielnym panem. No i musisz człowiecze uważać na swój język, bo jeśli tego nie robisz, to takie małe wstrętne stworzenia zacznie cię bezczelnie naśladować we wszystkim, również w mówieniu niegrzecznych słów. No, a potem rodzice wylatują do ciebie z pretensjami, że nie umiesz się zachować, że dajesz zły przykład, że to przez ciebie młodsza siostra czy brat się źle zachowuje. Dobre sobie. Że niby przez nas się źle zachowuje? A czy to my kazaliśmy im nas małpować? Oczywiście, że nie.
Jednak na te słodkie kruszyny, jak nazywają młodsze rodzeństwo nasi rodzice (ja zaś je po prostu nazywam małymi potworami) nikt nie krzyczy. Bo w końcu są one takie małe, głupiutkie i dopiero się uczą żyć. Nawiasem mówiąc mogłyby się one rodzić już mądre, byłoby potem mniej problemów z ich wychowaniem. Niestety, tak się nie dzieje. Rodzą się one jako małe, psotne, złośliwe, zapłakane i wredne stworzenia. A rodzice żądają od nas, żebyśmy je kochali. Kochali je? Niby za co? Nie potrafię tego pojąć.
***
Co może być gorszego od młodszej siostry? Ten z was, kto powiedział, że nic racji nie ma, a w każdym razie nie ma jej całkowicie, gdyż jest coś znacznie gorszego od młodszej siostry. Tym czymś jest… Wiecie może co? Zapłakana młodsza siostra. Nie muszę wam chyba tłumaczyć, czym się taki obiekt charakteryzuje. Myślę, że każdy to wie. Dla tych jednak głąbów, którzy nie mają o tym bladego pojęcia, uwaga! Oto następuje dokładny opis zewnętrzny takie stworzenia. To opis lepszy niż na liście gończym.
Przede wszystkim istota taka jest strasznie płaczliwa, a przy tym łatwo ją doprowadzić do łez. Należy przy niej uważać na język, jak i również za nic w świecie nie podnosić na nią głosu i to choćby nie wiem, co robiła. Już samo podniesienie głosu na takiego małego potwora powoduje u niego otwarcie śluz i wyciek wręcz strumienia słonej wody kanałami wylotowymi, zwanymi potocznie oczami. Wówczas bezczelnie zanosi się łzami do czasu, aż nie przybiegnie nasz klawisz - potocznie nazywany rodzicem - będący najczęściej matką (bo ojcowie rzadko kiedy kwapią się osobiście w takich sprawach, są na to zbyt wygodni), a wtedy dopiero się zaczyna. Krzyki i wszelkiego rodzaju podłe wyzwiska wobec nas, osób starszych i bardziej odpowiedzialnych, zaś pociecha i miłe słówka wobec takiej małej diablicy, która to w duchu pewnie dusi się ze śmiechu. Cóż to za podłe i paskudne stworzenie. Że też ziemia jeszcze pozwala na to, aby po niej stąpały takie potwory.
Wydaje się wam, że przesadzam? Potrzebujecie jakiegoś przykładu, aby mi uwierzyć? Proszę bardzo. Mogę wam tu zaraz udowodnić, że mam rację. Oto jest jedna z przygód, która mnie spotkała. Stanowi ona najlepszy dowód na potwierdzenie mych słów.
Siedziałem właśnie w swoim pokoju i najspokojniej w świecie bawiłem się swoimi żołnierzykami, jak na każdego małego chłopca przystało. Akurat armia amerykańska dokonywała inwazji odwetowej na Tokio, gdy wtem, zupełnie niespodziewanie otworzyły się drzwi i wszedł przez nie ten mały, zaledwie pięcioletni osobnik dziecięcy płci żeńskiej. Moja młodsza siostra, a zarazem największe utrapienie na świecie.
- Co robisz? - spytała.
Jakby to nie było wyraźnie widoczne, co ja robię.
- Bawię się - odburknąłem jej.
Może było to niezbyt grzeczne, ale co ja się będę bawił w uprzejmości z tym małym, ciekawskim babsztylem?
- A w co?
Jakby to nie było widoczne na pierwszy rzut oka.
- W wojnę - odpowiedziałem.
- Ja też mogę się pobawić?
Parsknąłem śmiechem. A czegoż to się tej głupiej smarkuli zachciewa? Dziewucha ma się bawić moimi żołnierzykami? Doprawdy, śmiechu warte. Odpowiedziałem jej, żeby lepiej bawiła się tymi swoimi lalkami, a mnie zostawiła w spokoju. Ale ona koniecznie chciała się bawić ze mną i nie potrafiła zrozumieć, że ona ma swoje zabawki, a ja swoje. Nic do niej nie docierało. Szału można było z nią dostać. Nie rozumiała, że jej zabawa ze mną nie wchodzi w rachubę. Wzięła moje żołnierzyki do ręki i zaczęła nimi wariować. Latać w powietrzu, skakać jak kangur oraz wypowiadać bzdurne rozkazy. Ratowałem ich po kolei jednego po drugim przed tą jakże okrutną hańbą, ale niestety ona za każdym razem znalazła sobie jakąś nową ofiarę. W końcu nie wytrzymałem i ryknąłem na nią:
- Zostaw to w spokoju, gówniaro, bo ci dam w skórę!
To się dopiero zaczęło. Łzy jej stanęły w oczach, wsadziła sobie piąstki do powiek i w bek. Na efekt takie beku nie trzeba było długo czekać. Już po chwili do pokoju wbiegła matka i spytała, co się stało. A ten mały kapuś, jak się możecie domyślać, oczywiście wszystko wykapował. Na nic tu się zdały moje tłumaczenia.
- Adasiu - rzekła do mnie mama, starając się zachować spokój, chociaż wyraźnie widziałem złość w jej oczach - Jak tak możesz postępować ze swoją siostrzyczką? Nie wstyd ci?
- Ale to ona zaczęła! - zawołałem - Brała moje zabawki, choć jej tego zabroniłem!
- To twoja siostrzyczka! Jest młodsza od ciebie. Powinieneś się umieć nią zająć, bo kiedyś nie będzie cię lubiła.
- Mam głęboko w nosie jej lubienie! Nie ma tykać moich zabawek i koniec! I zapowiadam mamie, że jeżeli jeszcze raz to zrobi, to dostanie na tyłek!
- Chodź, Ewuniu, chodź - powiedziała rozczulającym głosem mama do tego małego potwora, mylnie nazywanego człowiekiem - On cię nie uderzy, bo jeżeli to zrobi, będzie miał ze mną do czynienia.
To mówiąc wyprowadziła ona tą bestię z mojego królestwa. Nareszcie miałem odrobinę świętego spokoju.
***
Pewnego dnia, a były to właśnie moje czternaste urodziny, udałem się do szkoły z przeświadczeniem, że oczywiście tradycyjnie nikt nie będzie o nich pamiętał. Co było tym większą ironią, gdyż ja akurat zawsze pamiętam o święcie każdego mojego kolegi oraz koleżanki, a oni jakoś nie potrafili zapamiętać dnia moich urodzin. Okropne, co nie? Tym większe zatem było moje zdumienie, kiedy zobaczyłem tego dnia to, co zobaczyłem.
Zaczęło się od tego, że spotkałem na rano tego małego diabła, moją siostrzyczkę wracającą z łazienki. A musicie wiedzieć, że za trzy miesiące miała ona skończyć siedem lat. Była już trochę poważniejsza niż ostatnio, a nawet stawała się całkiem ładną dziewczynką. Ale mniejsza z tym. Nie o tym przecież miałem pisać.
- Czemu jesteś smutny? - spytał mnie ów mały diabeł.
- Nie jestem smutny, tylko zły! - mruknąłem od niechcenia.
- A dlaczego? - dopytywał się ów demon w anielskiej postaci.
- Ponieważ dziś są moje urodziny i jestem pewien, że jak zwykle nikt nie będzie o nich pamiętał.
- Urodziny - diabełek zastanowił się przez chwilę - No, to sto lat!
- Dzięki - mruknąłem niechętnie, ale z lekką radością.
Ostatecznie były to bowiem pierwsze życzenia, jakie dzisiaj dostałem i jak się spodziewałem, ostatnie.
- Spodziewam się, że dziś tylko ty mi złożysz życzenia - powiedziałem.
- Dlaczego? - spytała mała płaczka nie rozumiejąc czegoś, co przecież było tak oczywiste - Dzień się dopiero zaczął.
Typowa babska logika. Dzień się dopiero zaczął. Tak jakby to miało w jakikolwiek sposób o czymkolwiek przesądzać.
- Przekonasz się jeszcze, że mam rację - powiedziałem.
- A jeśli nie?
- Na pewno mam rację.
- A założymy się? - spytał mnie ten demonek.
Pomyślałem sobie, a czemu by nie? Może utrę tej pannie mądralińskiej nosa. Przynajmniej przestanie mnie dręczyć.
- Zgoda - rzekłem - A o co?
- Jak przegram… - zastanowiła się przez chwilę - To już nigdy więcej nie wejdę do twojego pokoju. Ale jak wygram, to pozwolisz mi się dzisiaj... - tu przerwała i zaczęła chichotać.
- Co pozwolę? - spytałem lekko zirytowany.
Nie znosiłem takich kalamburów. Zawsze wolałem, jak ktoś mi mówi wprost, o co mu chodzi, a nie bawi się ze mną w głupie zagadki.
- Pozwolisz mi się dzisiaj pocałować.
No, to już była po prostu bezczelność. Ta mała wiedziała, że nie znoszę całusów, a już tym bardziej od niej. Nienawidzę wręcz, jak ta mała smarkula mnie obślinia. Przecież od czegoś takiego powstają bakterie. Postanowiłem jednak się zgodzić. W końcu mała nie ma najmniejszej szansy na to, żeby wygrać, więc czemu by się nie założyć?
- Zgadzam się - powiedziałem i podaliśmy sobie ręce.
Dla pewności przypieczętowaliśmy to śliną, jak to robiło się na starych, dobrych filmach.
Biedna mała, pomyślałem sobie. Przegra i to jak amen w pacierzu. No, ale przynajmniej będę miał pewność, że już nigdy więcej nie wejdzie ona do mojego pokoju. Cóż to za przyjemna myśl! Za coś takiego można poświęcić życzenia od kolegów. Bo tego, że ona może wygrać, to nawet nie brałem w ogóle pod uwagę. To było dla mnie niemożliwe.
Jakież więc było moje zdumienie, gdy tylko wszedłem do klasy, a pani oświadczyła, że jak wszyscy wiedzą z dobrze poinformowanego źródła, pan Adaś Halicki, czyli ja, ma dzisiaj urodziny. Wszyscy byli już gotowi na tę okoliczność. Odśpiewali mi „sto lat” gromkim głosem, po kolei złożyli mi życzenia, pogratulowali ukończenia czternastego roku życia itd. Byłem tym wszystkim bardzo zdumiony. No, a jeszcze bardziej się zdziwiłem, kiedy wróciłem do domu i zobaczyłem rodziców i Ewunię z czekającym na mnie tortem oraz prezentami. To wszystko wydało mi się tak piękne, że aż po prostu niemożliwe. Przecież rodzice zawsze zapominali o moim święcie i musiałem im o nim przypominać, a tu nagle taka niespodzianka. To wprost nie do wiary. Od taty dostałem ładny zegarek, od mamy książkę, zaś od siostry laurkę, na której to jakaś niezbyt wprawna dłoń narysowała dwie postacie trzymające się za ręce i szczerzące swoją klawiaturę fortepianu Chopina, zwaną potocznie zębami. Jeśli wierzyć opisowi umieszczonemu pod rysunkiem, tymi postaciami byliśmy ja i Ewa. Mnie to jednak bardziej przypominało dwa strachy na wróble cierpiące na anoreksję, kulturalnie jednak zachowałem tę uwagę dla siebie. Mniejsza zresztą o to. I tak byłem wzruszony.
Zaś ten mały diabeł podszedł do mnie i zapytał:
- No i co? Przegrałeś zakład, braciszku. Musisz płacić.
Dopiero teraz przypomniałem sobie o szczegółach naszego zakładu. Byłem zły, ale cóż... Ostatecznie umowa to umowa. Przełknąłem więc ślinę i pozwoliłem, żeby ta małpka zarzuciła mi te swoje szczudła na szyję i obśliniła mi oba policzki. Muszę się jednak przyznać, że teraz było to nieco lepsze od tych buziaczków z przed kilku lat. Tamte były obrzydliwe, a te z kolei były całkiem przyjemne. Nawet mi się spodobały.
Wieczorem zaś, kiedy już szedłem spać, mama przyznała mi się, że w ogóle nie pamiętała o moich urodzinach.
- Jaka nowość - pomyślałem sobie.
Okazało się jednak, że to dopiero Ewunia jej o nich przypomniała. Sama także wybrała dla mnie zegarek i książkę. Ona również powiadomiła moich kilku kolegów, którzy to przekazali tę radosną wieść dalej. Byłem zdumiony. A więc tak to wyglądało. To ona o to wszystko zadbała. Zrobiła wszystko, żebym był szczęśliwy. Miłe to z jej strony.
Tylko nie myślcie sobie, że zmieniłem zdanie, co do młodszych sióstr. Nadal uważam je za pasożyty i osoby nikomu do szczęście niepotrzebne, ale też muszę przyznać, że Ewunia ma w sobie to coś.
***
Myślałem sobie, że w wakacje będę mógł wreszcie spokojnie odpocząć w odosobnieniu. No, ale guzik wyszedł z moich planów. Musiałem ciągle opiekować się Ewcią. Rodzice bowiem wtedy często wyjeżdżali do miasta w interesach i nie mieli z kim ją zostawić, więc rolę baby-sitter przejąłem ja. Całe dnie musiałem spędzać na rozmowach z nią i tłumaczeniem jej tego i owego. Wszystko ją bowiem interesowało, to też całe godziny musiałem jej odpowiadać na niekończący się szereg pytań.
Tego dnia rodziców znów nie było w domu i znowu ja musiałem się opiekować tą imienniczką pierwszej matki, przez którą ludzie stracili Eden. Tą małą diablicę to oczywiście bardzo ucieszyło, a mnie (chyba nie muszę tłumaczyć) raczej nie bardzo.
Właśnie tłumaczyłem mojej w ogóle nie obytej w świecie siostrzyczce, że Mieszko I nie był wcale twórcą banknotu dziesięciozłotowego, kiedy to nagle zadzwonił telefon. Odebrałem.
- Adasiu - w słuchawce odezwał się głos mamy - Mam do ciebie wielką prośbę. Jesteś w domu?
Nie, na księżycu, mruknąłem po cichu, ale głośno odpowiedziałem:
- Tak, mamo. Jestem w domu.
- To dobrze. Słuchaj, dziś jest targ, więc kup mi parę rzeczy. Zaraz ci powiem, co.
I podyktowała mi różne warzywa, owoce itp. drobiazgi, niezbędne w kuchni dla przygotowania jakiegokolwiek posiłku.
Złożyłem solenną obietnicę, że kupię to wszystko, co mama wymieniła. Potem moja kochana rodzicielka rzekła: „Kocham cię, synku” i wyłączyła się. Ja zaś zostałem z listą zakupów. Miałem jednak pewien mały problem. Co zrobić z Ewą? Przecież w domu jej samej nie zostawię. Zaś podrzucić do kogoś nie byłoby ani mądre, ani też bezpieczne. Musiałem więc wziąć ją ze sobą. Nie muszę chyba tłumaczyć, że niezbyt mi to odpowiadało.
Szliśmy więc oboje przez targ trzymając się za ręce i kupując różne rzeczy z listy podyktowanej przez moją mamę. Potem na targu spotkałem moją koleżankę ze szkoły, Alicję. Tak, właśnie tę ślicznotkę z ławki obok. Zaczęliśmy ze sobą rozmawiać. Ona się mnie pyta, co słychać, jak spędzam wakacje, gdzie planuję wyjechać itp. Ja zaś odpowiadałem skrupulatnie na każde pytanie, jednocześnie wciąż kupując owoce oraz warzywa. Wreszcie wszystko z listy znalazło się w moim koszyku i czas już było wracać do domu. Dopiero wówczas zauważyłem, że nie ma ze mną Ewci. Rozejrzałem się dookoła, ale nigdy jej nie było. Musiała ona zniknąć podczas mojej rozmowy z Alicją. Widocznie coś ją zaciekawiło i poszła za tym czymś, a potem zgubiła się w tłumie i nie mogła już mnie znaleźć.
- No, to pięknie - powiedziałem - Zniknęła. I co ja teraz zrobię? Co ja powiem mamie? Obiecałem, że się nią zajmę. Ładny ze mnie opiekun, nie ma co.
- Nie martw się, Adasiu - rzekła Alicja, kładąc mi rękę na ramieniu - Znajdziemy ją. Ja ci pomogę.
Ucałowałem ją z radości. Nie miała nic przeciwko temu, choć lekko się przy tym zarumieniła.
Razem rzuciliśmy się na poszukiwania mojej zguby. Nie mogliśmy jej jednak znaleźć. Przetrząsnęliśmy chyba cały targ, ale nigdzie jej nie było. Zacząłem snuć już najgorsze nawet scenariusze tego, co ją mogło spotkać. Dopiero teraz zacząłem rozumieć, kim ta mała była dla mnie i ile dla mnie znaczyła. Bałem się o nią. Już nie chodziło o to, że rodzice mnie zbiją, jeśli jej nie znajdę. Mniejsza o to. Ale co się z nią stanie, jeżeli do wieczora nie wróci do domu? W moim sercu nie było już ani odrobiny złości na tego aniołka. Zastąpiła ją całkowicie miłość i niepokój.
Zrozpaczony usiadłem na ziemi i płakałem ze złości. Nie na Ewunię, rzecz jasna, ale na siebie. W końcu to ja jej nie upilnowałem. Ona się sama oddaliła, zgoda. Ale przecież to jeszcze małe, głupiutkie dziecko, a do tego moja malutka siostrzyczka. Mogłem ją stracić i nigdy więcej nie ujrzeć. To było straszne. Dopiero teraz, w obliczu możliwości utraty tej jakże słodkiej istotki zrozumiałem, jak bardzo mi na niej zależy.
- Nie martw się, Adasiu - rzekła Alicja siadając obok mnie i dotykając mojego ramienia - Panikowanie tutaj nic nie da. Lepiej pomyśl, gdzie ona najczęściej się chowa, gdy się boi?
- U mamy - odpowiedziałem automatycznie.
- Ale jak waszej mamy nie ma, to gdzie lubi się chować?
- Nie wiem. Chyba miała takie jedno miejsce, ale... Nie pamiętam.
- Przypomnij sobie.
Dokładnie przeszukałem wszystkie, nawet najdalsze zakamarki mojej pamięci i już po chwili miałem już odpowiedź.
- Już wiem, Alusiu! Już wiem, gdzie ona jest. Chodźmy! - zawołałem i ruszyliśmy biegiem.
Przypomniałem sobie wtedy, że kiedyś Ewunia, gdy koledzy dokuczali jej w przedszkolu, uciekła do parku na drzewo. Przeszukaliśmy więc razem cały park. Co prawda, nie miałem pewności, że znów wykorzysta to miejsce na kryjówkę, ale warto było spróbować. Jak się okazało, opłaciło się nam to, bo już wkrótce Alicja zobaczyła małą siedzącą na drzewie i płaczącą.
Podbiegłem do Ewuni i zawołałem ją po imieniu. Ona spojrzała na mnie i zawołała radośnie „Adaś” i wyciągnęła do mnie rączki.
- Zostań tam, idę po ciebie - rzekłem i wspiąłem się po nią na drzewo.
Gdy już byłem na miejscu wziąłem małą na barana i sprowadziłem na dół. Cieszyła się jak dziecko, którym zresztą była. Ja zaś nie panowałem nad sobą z radości. Chwyciłem ją mocno w objęcia i zacząłem całować po całej twarzy.
- Kochanie, moje maleństwo - wołałem tuląc ją do serca - Tak się o ciebie bałem.
- Przepraszam, braciszku, ale zgubiłam się i bałam się - tłumaczyła się Ewunia - A wiesz, że jak się boję lub jest mi smutno, to przychodzę tutaj.
- Powinnaś zostać tam, gdzie byłaś - rzekła Alicja poważnym tonem - Łatwiej byśmy cię znaleźli.
- Wiem, ale nie mogłam. No i myślałam, że ty...
- Co ja? - spytałem.
Nie dokończyła, tylko rzuciła mi się na szyję. Przyznam się, że miło było tak się tulić do siebie. Czułem wówczas w sercu jakieś ciepło, którego nigdy jeszcze nie czułem.
Wróciliśmy razem do domu. Alicja nas odprowadziła i obiecała mi, że jutro nas odwiedzi. My zaś spokojnie, jak gdyby nigdy nic bawiliśmy się razem we dwoje. Pozwoliłem jej nawet bawić się moimi żołnierzykami tak, jak sobie tylko ona tego zażyczyła.
W takiej właśnie sytuacji zastali nas rodzice.
- I co, aniołki? Bawiliście się razem? - spytała nas mama.
- Jeszcze jak - odpowiedziała za nas oboje Ewunia.
A ja nie miałem zamiaru zaprzeczać.
***
Nieco później, kiedy szedłem spać, zobaczyłem jakąś osobę siedzącą na moim łóżku. Była to Ewunia, ubrana już w nocną koszulkę. Zdziwiłem się bardzo jej wizytą u mnie.
- Co ty tu robisz, maleńka? - spytałem zdumiony - Powinnaś już spać.
- Zaraz pójdę - odpowiedziała mi moja siostrunia - Ale chcę ci bardzo podziękować, że mnie dzisiaj znalazłeś. Gdyby nie ty, to ja...
Nie dokończyła, a w jej oczkach stanęły łzy.
- No, już dobrze - powiedziałem, ocierając czule palcem łezki na jej policzkach - To już minęło i wróci. Nie masz się już czego obawiać.
Popatrzyłem na nią wzruszony. Teraz, po tych wszystkich niemiłych wydarzeniach wydawała mi się nawet całkiem miła i bardzo sympatyczna. Nie mogłem pojąć, dlaczego wcześniej jej tak nie znosiłem.
- Wiesz, kiedy tak sobie siedziałam na drzewie i czekałam na ciebie, to pomyślałam sobie, że jak mnie znajdziesz, to zrobię coś, żebyś się więcej na mnie nie złościł.
- To znaczy? - spytałem.
- Więcej nie będę ci przeszkadzać i bawić się twoimi zabawkami. Już koniec z tym. Jeśli tego nie chcesz, to nie będę tego robiła.
Już miała wyjść, kiedy ja, nie wiem dokładnie czemu, przytrzymałem ją za rękę i powiedziałem:
- Ale ja właśnie sobie tego życzę.
Ewunia spojrzała na mnie zdumiona tymi swoimi zapłakanymi oczkami i spytała:
- Naprawdę?
- Bardzo naprawdę.
- I będziemy się odtąd razem bawili i spędzali czas?
- W miarę możliwości - odpowiedziałem.
- I nie będziesz już się na mnie wściekał za to, że się bawię twoimi żołnierzykami?
- Dziewczyno, dostaniesz nawet swój własny oddział. Ale pamiętaj, że oni sami nie umieją latać, tylko za pomocą samolotów. A bez nich, to już raczej nie.
Uśmiechnęła się do mnie słodko i nim się spostrzegłem, to zarzuciła mi rączki na szyję i przytuliła mnie z całej siły.
- Braciszku, ty jesteś dla mnie taki dobry - wychlipała.
- Dobre sobie, a do kogo mam być niby dobry, jak nie dla ciebie? - zaśmiałem się - Przecież ja cię uwielbiam.
- Ale ja myślałam, że ty mnie...
- Co?
- Że ty mnie... Że ty mnie nienawidzisz.
Aleś ty mądra, dziewczyno, pomyślałem sobie. Rzeczywiście, kiedyś cię nienawidziłem. Ale dzisiaj, jak cię zobaczyłem taką bezradną i płaczącą, oczekującej mojej pomocy, to uczucie minęło i zastąpiła je wielka miłość do ciebie. Wiem, że trochę późno ona przyszła, ale zawsze lepiej późno niż wcale.
Tak sobie właśnie pomyślałem. Ale głośno powiedziałem jej:
- Kiedyś cię nie znosiłem, to prawda. Ale dzisiaj to się zmieniło. Teraz to ja cię bardzo lubię. I już zawsze będę cię lubił. Ale teraz idź już spać.
Ewka ruszyła do swojego pokoju, lecz tuż przed drzwiami zatrzymała się i spojrzawszy na mnie powiedziała:
- Braciszku.
- Co, kochanie?
- Bo ja mam do ciebie wielką prośbę, ale nie śmiem.
- Mów śmiało.
- A nie pogniewasz się?
- Nie. Co to za prośba?
Ewunia się zawahała i lekko zaczerwieniła, ale wreszcie wydukała:
- Mogę cię pocałować na dobranoc? Mogę dać ci buzi?
Uśmiechnąłem się. Kiwnąłem głową i oświadczyłem, że od tej pory może to robić kiedy tylko zechce. Ona zaś z radością rzuciła mi się na szyję i pocałowała mnie w oba policzki. Potem szepnęła mi na ucho:
- Kocham cię, Adasiu.
Ja zaś wzruszony, odpowiedziałem:
- Ja też cię kocham, Ewuniu.
Ona zaś radośnie pobiegła do swojego pokoju.
***
Od tego czasu już nigdy nie odsuwałem od siebie swojej młodszej siostry. Wręcz przeciwnie - spędzaliśmy ze sobą dużo czasu, bawiliśmy się razem, chodziliśmy na spacery, śpiewaliśmy wesołe piosenki itd. Krótko mówiąc, stałem się dla Ewuni wymarzonym starszym bratem.
Często w naszych zabawach towarzyszyła nam Alicja. Razem we trójkę miło minęły nam wakacje. Kiedy zaś dobiegły one końca, a Ewunia poszła po raz pierwszy do szkoły, to ubłagałem mamę, żebym odtąd ja miał zawsze przywilej odprowadzenia ją za rączkę na zajęcia. To było dla mnie bardzo przyjemne uczucie trzymać w swojej dłoni jej małą, słodziutką łapkę. Nie wiecie nawet, jak bardzo. Jakże ona słodko na mnie wtedy patrzy. Zawsze ją odprowadzam do szkoły i zawsze wracamy razem do domu.
Mamę zdziwiło bardzo ta moja ogromna przemiana. Zastanawiała się nieraz: „Co się temu chłopcu stało? Co go tak nagle odmieniło?”.
Nie wiedziała, co mnie odmieniło. Bo w końcu my z Ewunią nigdy nie powiedzieliśmy jej o tej przygodzie, która nas połączyła. Gdyby ona ją poznała, to mogłaby więcej nie pozwolić mi opiekować się moją siostrunią, a tego za nic w świecie ani ja, ani Ewunia byśmy nie chcieli. Zachowaliśmy więc tę historię dla siebie. To była taka nasza mała tajemnica. I chociaż niektórzy mogą się teraz ze mnie śmiać, że straciłem dla Ewci głowę, to co mi tam. Kocham moją malutką siostrzyczkę, a ona kocha swojego dużego braciszka. I wszystko jest tak, jak być powinno.
Nie patrzcie tak na mnie. Owszem, zmieniłem moje zdanie na temat młodszych sióstr. Są one jednak w życiu bardzo potrzebne. Dzięki nim my, starsi bracia nie jesteśmy tacy samolubni i wredni. To jest wręcz prawdziwe błogosławieństwo i głupi jest ten, kto je odrzuca.
Młodsze siostry to często diabły wcielone, jednak niektóre z nich to są prawdziwe aniołki. I takim właśnie aniołkiem jest moja Ewunia. Kocham ją, a ona mnie. Nic nigdy tego nie zmieni.
KONIEC
Kochany Jasiu Kronikarzu,
OdpowiedzUsuńJestem właśnie po lekturze Twojego opowiadania. Kiedy czytałam pierwsze dwa akapity, ryczałam ze śmiechu, a potem jak Ewcia pamiętała o urodzinach swego starszego brata Adama i jak się zgubiła, a on i Alicja – jego koleżanka – ją odnaleźli, to było to wzruszające, zakończenie zresztą też. :) Opowiadanie napisałeś w stylu pana Kornela Makuszyńskiego, a nawet jeszcze zabawniej. Szczególnie rozbawił mnie ten opis: „dostałem [...] od siostry laurkę, na której jakaś niezbyt wprawna dłoń narysowała dwie postacie trzymające się za ręce i szczerzące swoją klawiaturę fortepianu Chopina, zwaną potocznie zębami. Jeśli wierzyć opisowi, byłem to ja i Ewa. Mnie to jednak bardziej przypominało dwa strachy na wróble cierpiące na anoreksję, kulturalnie jednak zachowałem tę uwagę dla siebie.” Boskie po prostu. ;D
Ściskam Cię mocno, :* :)
Twoja wierniejsza od piesków Siostrzyczka, Przyjaciółka i MUZA Joasia :) :*
Powiem Ci, że czytając ten fragment miałem wrażenie, że czytam na temat Natalki, bo nie będę ukrywał, że mam podobne zdanie na jej temat, co Adaś na temat Ewy, bo z niej też jest taka pyskata mała zołza. Teraz zamiast płakać, to pyskuje i uważa się za najmądrzejszą na świecie, której wszystko się należy. I jak tu z taką wytrzymać? xD Ja tam doskonale rozumiem Adasia i bardzo mu współczuję tego, że musi mieszkać na co dzień z takim małym potworem, bo z kimś takim naprawdę ciężko wytrzymać, ale przecież nie ma to jak młodsza siostra. :) Jestem naprawdę ciekaw, jak dalej rozwinie się to opowiadanie, choć mała psotnica z pewnością jeszcze nie raz doprowadzi biednego Adasia do szewskiej pasji. Trudno się dziwić, że ma rodzicom za złe to, że nie zapytali go o zdanie w kwestii tego, czy chciał być starszym bratem xD
OdpowiedzUsuńWłaśnie się dowiedziałem, że Ewa jest młodsza od Adasia o 7 lat. Nic dziwnego, że nie potrafi się z nią dogadać xD Adaś jest przekonany, że nikt w klasie nie będzie pamiętał o jego urodzinach, dlatego chętnie przyjął zakład xD Do tego jakimś dziwnym trafem rodzice również zapominali o jego urodzinach. Ciekawe czy o urodzinach Ewy też zapominali. A Ewa to naprawdę zaradna dziewuszka, skoro postarała się o to, by wszyscy pamiętali o urodzinach Adasia, chcąc sprawić mu miłą niespodziankę, co naprawdę jej się udało. Adaś powoli zaczyna zmieniać o niej zdanie i się do niej przekonywać, skoro spodobał mu się nawet otrzymany od niej buziak, choć wcześniej tak ich nie cierpiał xD
OdpowiedzUsuńAdaś ma prawo być zirytowany, skoro przez nią rodzice zapominają o jego urodzinach i jeszcze każą mu się nią opiekować. A pytania zadawane przez małe dziecko naprawdę potrafią wyprowadzić z równowagi xD Ale Ewcia naprawdę lubi spędzać czas w jego towarzystwie, czego nie można powiedzieć o nim xD A tak właściwie to jest to Twoje pierwsze opowiadanie, którego akcja rozgrywa się w Polsce :) Adaś siedzi w szkole z dziewczyną, która mu się podoba? Jej pytania w ogóle go nie drażniły, skoro tak chętnie udzielał na nie odpowiedzi xD Tylko że przez nią zgubił Ewę, bo Alicja tak mu zwróciła w głowie, że zupełnie o niej zapomniał xD Swoją drogą to podoba mi się imię Alicja. :) I wygląda na to, że Adaś podoba się Ali, więc jego sympatia jest odwzajemniona. :) I okazuje się, że jednak Adaś kocha swoją siostrzyczkę, skoro tak się zaniepokoił i przejął jej zniknięciem, nie tylko przez wzgląd na rodziców. A jak bardzo ucieszył się, kiedy ją odnalazł. Dzięki temu zdał sobie sprawę z tego, że ją kocha. A Ewa jest wysportowaną dziewczynką, skoro potrafi wspinać się na drzewa. :) Adasiowi spodobało się przytulanie Ewuni. Do tego pozwolił jej się ze sobą bawić swoimi zabawkami i zabawa z nią mu się spodobała. Naprawdę się do niej przekonał, bo zrozumiał, ile dla niego znaczy. :)
OdpowiedzUsuńJak widać, nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, skoro chwilowe zaginięcie Ewy sprawiło, że Adaś zrozumiał, iż nie jest ona mu tak zupełnie obojętna, jak dotychczas sądził. To z pewnością pozwoliło mu spojrzeć na wszystko z innej perspektywy. Nawet zaczął inaczej się do niej odzywać, nazywając ją pieszczotliwie maleńką, choć jeszcze do niedawna widział w niej małego diabła xD Teraz to sam nie rozumie, dlaczego do tej pory był do niej tak bardzo uprzedzony, bo jej zachowanie szczerze go wzruszyło. A Ewa to naprawdę mądra i wrażliwa dziewczynka, skoro postanowiła już więcej nie drażnić swojego brata. Nie chciała już dłużej robić mu na złość, bo czuła do niego prawdziwą wdzięczność za to, że ją odnalazł i zabrał do domu. Ciekawa rzecz, że ta mała tak lubiła się bawić jego żołnierzykami, bo dziewczynki zazwyczaj nie interesują się takimi zabawkami xD A Adaś szczerze przyznał, że do tej pory jej nie znosił, ale to się na szczęście w końcu zmieniło. I był pod wrażeniem jej inteligencji i bystrości. Do tej pory sądził, że jej wcale nie zależy na tym, co on o niej myśli i że ma to gdzieś, a ona tymczasem bardzo chciała, żeby on miał o niej jak najlepsze zdanie. I fajnie, że on się tak bardzo do niej przekonał, że spędzanie z nią czasu zaczęło sprawiać mu prawdziwą przyjemność. Dzięki niej z pewnością wyrósł na wrażliwego, odpowiedzialnego i troskliwego człowieka, dzięki czemu będzie w przyszłości wspaniałym ojcem :)
OdpowiedzUsuń