piątek, 8 grudnia 2017

Skutki pewnego eksperymentu

Rozdział I - Eksperyment
Siedzicie wygodnie? Mam nadzieję, że tak, bo chciałbym podzielić się z wami pewną historią. Może się wam ona wydawać nieprawdopodobna, ale jest jak najbardziej prawdziwa i przydarzyła się ona mojemu dobremu znajomemu. Warto zauważyć, że to wydarzenie na zawsze zmieniło jego życie oraz poglądy. A zatem zaczynajmy opowieść.
Przyjaciel mój ma na imię Edmund. Od dziecka fascynował się historią w niemalże każdym jej aspekcie. Z tego też powodu, gdy tylko dorósł i ukończył studia, został nauczycielem tego jakże pięknego przedmiotu. Dość dobrze mu się powodziło w tym zawodzie. Szefowie go lubili, uczniowie poważali, zaś u płci przeciwnej również się cieszył dużym powodzeniem. Pomimo tego jednak nie był do końca szczęśliwy.
Wydawało się zatem być niemożliwym, że człowiek taki jak on może mieć jakiekolwiek problemy. Okazało się jednak być bardzo możliwe, gdyż każdy człowiek ma jakieś tam swoje własne kłopoty, względnie problemy. W przypadku naszego bohatera była nim zbyt bogata wyobraźnia. Często przejmowała ona władzę nad rozumem Edmunda, co bynajmniej nie było przez niego pożądane. Zdarzało mu się prawdziwym realistą, człowiekiem twardo stąpającym po ziemi, a po chwili znowu bujać w obłokach i oddać się marzeniom. Kiedy spotykało go to wszystko w chwili, gdy przebywał sam, to wszystko było w porządku. Gdy jednak wyobraźnia zbyt mocno go ponosiła przy ludziach - zwłaszcza w takich sytuacjach, kiedy prowadził lekcje ze swoimi uczniami, wówczas nie muszę chyba mówić, że znajdował się on w niesamowicie nieciekawej sytuacji i to takiej, w której groziło mu nawet zwolnienie z pracy.
Na pewno zatem nikogo nie zdziwi fakt, iż Edmund postanowił coś w tej sprawie zrobić i poskromić swoją nazbyt wybujałą fantazję. Próbował początkowo dokonać tego własnymi środkami. Szybko się jednak okazało, że jest to niemożliwe. Fantazję, jak wiadomo, trudno jest poskromić. W niejednej książce można co prawda znaleźć zdanie typu „powściągnął on wodze swojej fantazji”, jednak zapewnić was mogę, że sztuka to niezwykle trudna, a w pewnych sytuacjach wręcz niemożliwa. Tak też właśnie było w przypadku Edmunda. Zbyt mocno cenił on swoją pracę, aby przez ataki wybujałej fantazji miał ją stracić. Należało więc wyobraźnię usunąć ze swej osobowości, a przynajmniej poskromić ją do tego stopnia, żeby potem nie stanowiła ona żadnej przeszkody w normalnym życiu.
W tym celu nasz bohater udał się do swojego dobrego znajomego, profesora Szajbera. Był to naprawdę bardzo genialny naukowiec, a do tego i wynalazca. Mówiono o nim, że jest już w połowie laureatem Nagrody Nobla.
- Dlaczego tylko w połowie? - zapytał kiedyś Edmund Szajbera, nie mogąc sobie wyjaśnić tej zagadki.
- Dlatego, że jestem genialny i zasługuję na Nagrodę Nobla, ale tylko ja o tym wiem - odparł profesor.
Szajber był genialnym naukowcem i wynalazcą. Skonstruował wiele maszyn do robienia wszystkiego i niczego. Wynalazków, które mogą być przydatne albo po prostu stworzone od tak po prostu, dla zabawy.
- Co więc cię sprowadza, Edmundzie, do mnie? - zapytał profesor, gdy bohater naszej opowieści przyszedł go odwiedzić.
- Konstruujesz różnego rodzaju wynalazki - rzekł Edmund - Szukam czegoś, kto pomoże mi pozbyć się niepożądanej części mojej osobowości. A konkretnie chodzi o moją nazbyt wybujałą wyobraźnię. Czy masz może coś takiego?
- Zobaczmy - rzekł profesor, po czym zaczął wyliczać swoje wynalazki - Mam tutaj rakietę ponaddźwiękową, mikrofalówkę energooszczędną, maszynę do produkcji flaków z olejem, projektor pizzy z serem i szynkę, żelaznego wilka z tej słynnej legendy litewskiej, elektromagnes, który potrafi przyciągnąć wszystko poza metalem, maszynę do szukania igły w stogu siania, zmieniacz osobowości ludzkiej, wehikuł czasu...
Edmund nagle przerwał mu jego wywód.
- Co powiedziałeś?
- Wehikuł czasu. Wiesz, taki jak z powieści Wellsa. Niestety nie mogę ci go w tej chwili użyczyć. Jest jeszcze w fazie testów i może wybuchnąć.
Nasz bohater popatrzył na profesora z politowaniem.
- Prawdę mówiąc, to wszystko, co do tej pory zbudowałeś, może łatwo wybuchnąć. Jednak chodzi mi teraz nie o wehikuł czasu, ale o ten zmieniacz osobowości.
- Ach, to o tym mówisz! - zawołał profesor, uśmiechając się lekko - To ustrojstwo, które cię interesuje, jest niezwykle utalentowaną maszyną do usuwania z ludzkiej świadomości zbędnych cech charakteru oraz ich złych nawyków. Nie ma żadnego ryzyka ani groźby jakiegokolwiek wypadku, zapewniam cię. Możesz mi zaufać.
Edmund przemilczał przed przyjacielem swoje wątpliwości związane z jego słowami. Miał bowiem zbyt dobrze w pamięci wydarzenie, kiedy to służył mu jako królik doświadczalny, wskutek czego otrzymał rękę zamiast głowy i na odwrót. Trudno było mu się potem z tego wyplątać. Stąd właśnie wzięły się wątpliwości Edmunda co do bezpieczeństwa eksperymentów jego przyjaciela. Mimo wszystko postanowił zaufać Szajberowi. I tak miał zbyt dużo do stracenia, aby nie spróbować usunąć w jakiś sposób niemiłej mu części osobowości.
- Dobra, Szajber - powiedział Edmund - Odpalaj to swoje cacko. Które to?
- To tam - Szajber wskazał na maszynę przypominającą z wyglądu sejf z guzikami komputerowymi.
Edmund lekko wzdrygnął się na widok wyglądu maszyny.
- Wiesz, przyjacielu... Nie żebym narzekał na twoje wynalazki, ale czy ty myślisz, że ja jestem sztabką złota, abyś mógł mnie wsadzić do sejfu?
- Skądże - odparł Szajber, śmiejąc się radośnie - Po prostu to ma tylko taki niezbyt zachęcający wygląd zewnętrzny, ale nie sądź po pozorach. Gdybyś mnie sądził po wyglądzie, to pewnie pomyślałbyś, że mam już ze sto lat i wiele nagród od uczelni. No, ale niestety nie mam ani jednego ani drugiego.
Gdybym cię sądził po wyglądzie, to uznałbym cię za czubka, pomyślał w duchu Edmund. Nie powiedział tego jednak na głos, gdyż za bardzo lubił profesora.
- No, śmiało. Wchodź przyjacielu. Ostatecznie raz się żyje - zachęcał Edmunda profesor Szajber.
- Właśnie, raz - powiedział dobitnie Edmund, kładąc akcent na ostatnie słowo.
Jednak pomimo swoich obaw nasz dzielny bohater wszedł do maszyny, zamykając za sobą drzwi.
Szajber upewnił się najpierw, że wynalazek jest szczelnie zamknięty, po czym nacisnął kilka guzików, pociągnął dźwignię i… nic się nie stało. Maszyna nie chciała się włączyć.
- Co jest do jasnej… - zawołał profesor.
Obszedł maszynę dookoła i zaczął ją sprawdzać, szturchać, kopać, ale nic to nie dało. Ostatnia czynność co prawda coś mu przyniosła, jednak był to jedynie efekt w postaci bólu dużego palca prawej nogi.
Edmund zniecierpliwiony zbyt długim czekaniem wysiadł z maszyny.
- Co jest? - zapytał - Czemu jeszcze tego nie odpaliłeś?
- Nie chce odpalić, draństwo jedne - mruknął Szajber zakładając sobie opatrunek na obolały palec - Wiedziałem, że nie należy kupować części zamiennych u Ruskich i to jeszcze na bazarze. Chciałem oszczędzić trochę grosza i teraz mam. Lecz daj mi pół godziny, a zaraz to naprawię.
Jednak po półgodzinie sytuacja naszych bohaterów znajdowała się nadal w punkcie wyjścia. Zdenerwowany Szajber usiadł więc na podłogę i rozłożył bezradnie ręce.
- Mam już dosyć. Próbowałem chyba wszystkiego, ale to draństwo nie chce odpalić. Obawiam się, przyjacielu, że nici z naszego eksperymentu.
Edmund przyjrzał się uważnie maszynie i po chwili odkrył przyczynę awarii.
- Mówisz, że próbowałeś już wszystkiego? - zapytał.
- Tak.
- A próbowałeś włączyć wtyczkę do gniazdka?
Szajber podskoczył i przyjrzał się. Rzeczywiście, zupełnie zapomniał o tym, że ta maszyna działa na prąd.
Ależ ze mnie głupiec, mruknął pod nosem.
- No! Masz rację, oto przyczyna awarii. W takim razie teraz powinno wszystko inaczej wyglądać. I to o wiele lepiej, przyjacielu. O wiele lepiej.
Chwilę później już wszystko było gotowe, a wszyscy stali na swoich miejscach, ale Edmunda dręczyła jednak pewna obawa. Musiał się on jej pozbyć, dlatego właśnie postanowił zadać profesorowi pytanie, zanim ten zabierze się do rozpoczęcia eksperymentu.
- Słuchaj, przyjacielu… Tak właściwie to ile razy już wypróbowałeś to swoje urządzenie?
- Niech no pomyślę - zastanowił się Szajber - Zero!
Nim zszokowany tą odpowiedzią Edmund zdążył jakoś zaprotestować, profesor Szajber wcisnął mu głowę do maszyny, zatrzasnął drzwi i włączył urządzenie.
Maszyna zaczęła drgać i się trząść, zza drzwi wylatywały zaś kłęby pary. Po minucie zaś wszystko się uspokoiło, a drzwi automatycznie się otworzyły i wyszedł przez nie Edmund. Wyglądał zupełnie normalnie. Jego ciało zaś nie nosiło najmniejszych nawet oznak deformacji, co też mogło wskazywać na to, iż eksperyment się udał. Profesor Szajber musiał mieć jednak całkowitą pewność.
- I jak? Wszystko w porządku? - zapytał - Dobrze się czujesz?
- Najzupełniej - odpowiedział Edmund oglądając się, jakby szukał na swym ciele jakieś dodatkowej kończyny - Co zaś do uczuć… to jakoś… nie czuję specjalnej różnicy.
- Na razie jeszcze nie czujesz, ale jestem pewien, że już wkrótce to się zmieni. Gwarantuje ci to.
- A propos gwarancji, to jak mogłeś mnie wsadzić do tego draństwa, nawet nie poddawszy tego wcześniej próbnym eksperymentom?! Co ty sobie w ogóle wyobrażasz?! Przecież mogło mi się coś stać!
- Ale nic się nie stało. Prawda? Więc w takim wypadku chyba wszystko jest w porządku. Poza tym cały czas nad wszystkim czuwałem. Byłeś więc pod dobrą opieką.
- Dobrą opieką, tak? - zaśmiał się z kpiną Edmund - Bez urazy, ale nikomu nie życzę takiej opieki.

Rozdział II - Sobowtór
Następnego dnia Edmund obudził się wypoczęty i rześki. Zgodnie z zapowiedzią profesora Szajbera czuł już efekty wczorajszego eksperymentu i był z nich niezwykle zadowolony. Na reszcie zacznie normalnie żyć. Koniec z głupim fantazjowaniem, które przeszkadza mu normalnie żyć. Od dzisiaj tylko realizm będzie panował w jego umyśle. Czyż to nie cudowna myśl?
Zadowolony z siebie Edmund wyszedł z łóżka, ubrał się i wyszedł do kuchni, aby zrobić sobie śniadanie. Jakież było więc jego zdziwienie, kiedy zobaczył w salonie, który był bardzo blisko kuchni, młodego mężczyznę. Ta tajemnicza postać siedziała sobie przy stole i najspokojniej w świecie jadła śniadanie i to w taki sposób, jakby ów intruz był co najmniej gospodarzem domu, w którym właśnie przebywał. Nie to było jednak najdziwniejsze w tym spotkaniu. To, co najbardziej uderzyło Edmunda w całej tej sytuacji, to fakt, iż tajemniczy gość był łudząco podobny do niego samego. Wyglądał wręcz jak jego brat bliźniak i gdyby nie to, że Edmund był jedynakiem, to taka możliwość mogłaby istnieć. Ale nasz bohater nie posiadał rodzeństwa, co za tym nie mógł mieć brata bliźniaka. A więc ów człowiek, który siedział w jego salonie i jadł najspokojniej w świecie śniadanie, to musiał być jakiś jego sobowtór. Pytaniem pozostawał fakt, skąd on się tu wziął?
Pierwszą i chyba najbardziej słuszną reakcją Edmunda na wyżej opisaną sytuację było stwierdzenie, że wszystko, co właśnie zobaczył, to są najprawdopodobniej jedynie zwidy spowodowane tym, iż jeszcze nie do końca się obudził. W takim wypadku powinien więc jak najszybciej porzucić objęcia Morfeusza, żeby zwidy te nie zagroziły jego normalności. Pobiegł więc do łazienki, włożył głowę pod prysznic i wylał sobie cały strumień wody na głowę.
To powinno mnie już całkowicie obudzić, pomyślał sobie, po czym wytarł się i wrócił do salonu. Jego sobowtór jednak wciąż siedział na swoim miejscu i kontynuował konsumpcję śniadania.
- A niech mnie…. Co tu się dzieje? - zapytał zdumiony i równie przerażony Edmund - Czyżbym zwariował?
Chociaż powiedział to cicho, to jednak sobowtór jego zachował się w taki sposób, jakby wszystko usłyszał, gdyż odwrócił się do Edmunda i uśmiechając się wesoło, zawołał:
- Nareszcie wstałeś, śpiochu. No już, siadaj szybko. Śniadanie gotowe - dodał wskazując na talerz z kanapkami i kubek kakao.
Edmund, choć wciąż mocno zdumiony, zasiadł do stołu i zaczął jeść, a właściwie to pożerać śniadanie. Poczuł się bowiem niesamowicie głodny jak nigdy dotąd. Jadł nie odrywając wciąż wzroku od sobowtóra.
- Pewnie nie możesz uwierzyć w to, że tu jestem, prawda? - zapytał sobowtór wciąż się uśmiechając.
- Achewnie, e etwogę - odpowiedział mu Edmund z ustami pełnymi kanapek z miodem.
- Słucham?
- Pewnie, że nie mogę - poprawił się Edmund, przełykając jedzenie - Nie wiem nawet, kim jesteś ani co tu robisz. Wiem tylko tyle, że wyglądasz tak samo, jak ja.
- Tak właściwie, to ty wyglądasz, tak jak ja - zaśmiał się sobowtór.
- Nie! Właśnie, że nie! Bo to ty wyglądasz, jak…
- Dobrze, już dobrze. Mniejsza z tym, kto do kogo jest podobny. Ważne jest to, kto jest kim.
- To akurat proste. Ja jestem Edmund.
- Ja również jestem Edmund.
- Niemożliwe.
- Dlaczego niby niemożliwe?
- Bo… to… - Edmund szukał jakiś skutecznych argumentów - Bo to niemożliwe i już.
- Owszem, możliwe. Zwłaszcza, że ja jestem częścią ciebie. Tą częścią ciebie, którą ty chciałeś się tak bezceremonialnie pozbyć. Wiesz, wtedy u profesora Szajbera.
No tak, pomyślał Edmund. To ta piekielna maszyna. Ja wiedziałem, że coś z nią nie tak. Ja chyba uduszę tego durnia Szajbera. Niech no on tylko wpadnie w moje ręce, to ja już sobie z nim poważnie porozmawiam.
- Czyli, że ty jesteś...
- Twoją wyobraźnią i wiedzą z dziedzin nieprzydatnych w nauce. Twoimi tęsknotami, marzeniami i sympatiami z dzieciństwa, które przybrały ludzką postać. Jestem częścią ciebie. Częścią, którą chciałeś się pozbyć raz na zawsze. Nieładnie. Bardzo nieładnie.
- Ale ja nie miałem wyboru - zawołał Edmund zdesperowanym głosem - Wiesz przecież bardzo dobrze, że żeby jakoś utrzymać się na stanowisku nauczyciela trzeba trzeźwo patrzeć na świat. Marzycielstwem daleko nie zajdę.
Sobowtór powoli kontynuując jedzenie śniadania, spojrzał na swego rozmówcę i powiedział:
- Może i tak. Ale wyobraźnia bardzo się w życiu przydaje.
- Nie wierzę ci.
- Lepiej uwierz.
- Jako naukowiec muszę opierać się na naukowych dowodach - żachnął się Edmund.
- Mówisz jak umysł ścisły - mruknął sobowtór - A przecież jesteś humanistą. Zapomniałeś już o tym? Humaniści są zdecydowanie bardziej otwarci na wyobraźnię i to, co ona niesie.
- I tak mnie nie przekonasz. Tylko realizm jest w życiu ważny. Fantazja jest nikomu do niczego nie potrzebna.
- Czyżby? - zapytał z ironią sobowtór, którego z szacunku nazywać będziemy Edmundem 2 - Z przyjemnością zatem ci udowodnię, jak bardzo się mylisz.
- I niby w jaki sposób chcesz to zrobić?
- Zabiorę cię teraz w krótką podróż. Najpierw po twoim świecie racjonalnego myślenia, a potem po moim świecie zwariowanej wyobraźni. Tam zaś przekonamy się, które z nas ma rację.
- Nie mogę - odpowiedział na tę propozycję Edmund - A moja praca? Nie mogę tak po prostu się nie zjawić. A moi uczniowie?
- A twoje koleżanki z pracy? – mruknął złośliwie Edmund 2.
- Właśnie, a kole...
Edmund poczuł, że dał się złapać w pułapkę słowną swego sobowtóra. Zarumienił się tylko i dodał:
- Nie wiem, o co ci chodzi. W mojej branży nie ma się czasu na koleżanki.
- Niech ci będzie - Edmund 2 wcale nie wyglądał na przekonanego jego słowami - Ale w tę podróż i tak cię zabiorę. Pracą zaś to ty mi się nie wymigasz. To żaden argument.
- A to niby dlaczego?
- Bo dzisiaj jest niedziela, kochasiu - wybuchnął wesołym śmiechem Edmund 2 - A szkoły w niedziele są zamknięte.
Edmund poczuł się jak kompletny osioł. No tak, przecież dzisiaj jest niedziela. Jak on mógł o tym zupełnie zapomnieć? Zły na siebie uderzył się otwartą dłonią w czoło i popatrzył na swego sobowtóra.
- Skoro dzisiaj jest niedziela, to w takim razie służę uprzejmie. Zabierz mnie zatem w podróż dokądkolwiek zechcesz. Uprzedzam jednak, że to będzie tylko strata czasu. Nie przekonasz mnie i tak, cokolwiek byś nie zrobił.
- Zobaczymy. Weź mnie za rękę.
Edmund z poważnym wahaniem podał dłoń swojemu sobowtórowi. Wówczas mocą wyobraźni przenieśli się oni z jego domu i wylądowali na jakieś ulicy.
- Co tu się dzieje? Gdzie my jesteśmy? I jak to w ogóle możliwe? - dopytywał się Edmund, zdumiony jak nigdy dotąd.
- Magia wyobraźni - odpowiedział Edmund 2 w taki sposób, jakby to, co właśnie się stało, było czymś zupełnie normalnym.
Następnie nakazał towarzyszowi, żeby zagadał on jakąś dziewczynę i zdobył jej numer telefonu. Dla Edmund rzecz ta wydawała się dziecinnie prosta. Ostatecznie przecież już niejeden raz udało mu się w odpowiedni sposób zbajerować dziewczynę. W tym wypadku jednak okazało się, że wszelkie jego wysiłki na nic się nie zdadzą. Ledwo bowiem zaczął uwodzić dziewczynę naukowym, pozbawionym fantazji oraz humoru językiem, zagadnięta dziewczyna uciekła od niego z krzykiem.
- Coś mi się wydaje, że nie poszło ci za dobrze - odpowiedział ze śmiechem na ustach Edmund 2, kiedy nasz bohater do niego podszedł.
- Jak jesteś taki mądry, to pokaż jak się to robi, cwaniaczku - mruknął zły ze swojej porażki Edmund.
Jego sobowtór natychmiast zabrał się do dzieła i już po kilku minutach był z dziewczyną na „ty” oraz zdobył jej numer telefonu. Wprawiło to Edmunda w prawdziwe zdumienie. Jak to było bowiem możliwe, że on nie zdołał wystękać ze swych ust ani jednego komplementu, choć wcześniej szło mu to tak dobrze. Przez chwilę przyszło mu do głowy, że być może jest to wina braku wyobraźni, którą sam tak nieopatrznie z siebie wyrzucił? Szybko jednak odrzucił taką możliwość uważając ją za niemożliwą.
- No i co ty na to? - zapytał bardzo z siebie zadowolony Edmund 2, podchodząc do niego - Przekonałem cię wreszcie, niedowiarku?
- Bajerowanie bab jeszcze niczego nie dowodzi - mruknął Edmund, nie chcąc przyznać rywalowi zwycięstwa.
- Och! Ależ ty jesteś uparty, jak nie wiem co! - zawołał załamany Edmund 2, łapiąc się za głowę - Ale ja cię jeszcze przekonam.
Ponownie chwycił przyjaciela za rękę, skupił się i po chwili dwaj podróżnicy znaleźli się w pewnym przedszkolu, gdzie właśnie odbywały się przygotowania do Bożego Narodzenia, chociaż był dopiero maj. Edmund zwrócił na ten szczegół uwagę, ale wolał się o niego nie dopytywać z obawy, żeby nie usłyszeć jakieś kolejnej głupiej odpowiedzi dotyczącej magii wyobraźni.
- Teraz, panie Mądraliński, pomóż dzieciom ubrać choinkę. Ale tak, żeby to wyglądało bardzo barwnie.
- I to ma być to zadanie? Przecież to dziecinnie proste - odpowiedział ze śmiechem Edmund.
- No właśnie, dziecinnie - rzekł znacząco Edmund 2, uśmiechając się przy tym tajemniczo.
Edmund nie zrozumiał tego uśmiechu, ale postanowił się nad nim nie zastanawiać. Podszedł do drzewka i zgodnie ze zleconym mu zadaniem chciał pomóc dzieciom udekorować ją w sposób barwny i ciekawy. Szybko jednak się okazało, że żaden ładny wzór nie przychodzi mu do głowy. Nie potrafił zawiesić bombek tak, by było one rozmieszczone kolorowo oraz przyjemnie. Do takich rzeczy bowiem potrzebna jest wyobraźnia, a nie naukowym umysł. Zaś człowiek, który wyzbywa się wyobraźni, straci na zawsze możliwość jej używania.
- I co, dziecinnie proste? - zaśmiał się Edmund 2, po czym sam zabrał się do dzieła.
Po pół godzinie zaś choinka była tak ślicznie przystrojona, że nie można było od niej oczy oderwać. Edmund 2 wyglądał na niesamowicie z siebie zadowolonego, kiedy przyglądał się dziełu swoich rąk. Podszedł do Edmunda i zapytał:
- No i co ty na to?
- Choinka jeszcze… - zaczął Edmund, ale nie do kończył, gdyż jego alter ego przerwało mu wypowiedź.
- Wiem, wiem! To wcale jeszcze niczego nie dowodzi. Już to gdzieś kiedyś słyszałem. A co twoim zdaniem może służyć za dowód?
- No wiesz… - Edmund zastanowił się poważnie nad zadanym mu pytaniem - Najlepiej takie coś, co można by udowodnić…
- Naukowo, tak. To też już kiedyś słyszałem. Ale ja miałem na myśli raczej wyobraźnię.
- Czyli coś, co jest nikomu niepotrzebne - stwierdził Edmund dość mrukliwym tonem.
- Niepotrzebne, tak? - zakpił sobie Edmund 2 - Widzę, że potrzebna ci jest jeszcze jedna, kolejna podróż.
- Jeszcze jedna podróż, tak? I gdzie tym razem? Do Pałacu Kultury?
- Nie! Tym razem gdzieś indziej.
Po tych słowach sobowtór złapał Edmunda za rękę i obaj zniknęli z miejsca, w którym właśnie się znajdowali.

Rozdział III - Wyprawa
Bohaterowie znaleźli się w lesie, na jakieś odludnej polanie, gdzie trudno jest o obecność jakiegokolwiek człowieka. Było tu niezwykle cicho i spokojnie. Zbyt cicho i zbyt spokojnie, jak na las w XX wieku. Wiadomo bowiem na pewno chyba każdemu, że im nowsze czasy, tym więcej hałasu przynoszą. Dlatego też taki cichy las, nie tknięty wcale ludzką ręką, był prawdziwym ewenementem.
- Jakiś dziwny ten las - powiedział Edmund, kiedy się już rozejrzał dookoła.
- Bo średniowieczny - wyjaśnił jego sobowtór.
Edmund przerażony i zdumiony zarazem spojrzał na swego rozmówcę.
- O nie, tylko nie średniowiecze! - krzyknął - Przecież to jest najgorszy okres w całej historii. Jestem historykiem i wiem co mówię. Lepiej się stąd zmywajmy, zanim nas złapią i oskarżą czary lub herezję.
Edmund 2 położył mu dłoń na ramieniu.
- Uspokój się, mój drogi przyjacielu. Tu nie ma nikogo. Poza tym nie zabawimy tu zbyt długo.
- Po co nas tutaj zabrałeś?
- Mamy do wykonania bardzo ważną misję.
- To znaczy?
- Musimy uwolnić królewnę.
Edmund był bardzo mocno zdumiony słowami, które właśnie usłyszał.
- Jaką znowu królewnę?
- Normalną, mój drogi przyjacielu. Normalną. Czyżbyś nie wiedział, kto to jest królewna?
- Przecież doskonale wiem, kim jest królewna - rzekł nieco zirytowany Edmund - Ja się pytam, jaka to niby królewna i czemu musimy ją uwolnić?
- Jest to klasyczny przykład królewny uwięzionej w wieży, której strzeże okrutny smok siejący ogniem. Dlatego właśnie musimy ją uwolnić.
Edmund nie należał do ludzi strachliwych. Ale jednak świadomość, że ma się spotkać ze smokiem, który na pewno już niejednego rycerza pożarł na obiad, bynajmniej nie dodawała mu odwagi.
- Smok?! Mówisz, że tam jest smok? - zapytał przerażony - Straszny? Okrutny? I do tego jeszcze zieje ogniem?! O nie, nie ma mowy! Ja się na to nie piszę. W umowie o pracę nie ma żadnej wzmianki o smokach. Połączcie mnie z moim agentem!
Edmund 2 popatrzył na towarzysza ze zdumieniem i ironią. Jeszcze nie widział tak ciężkiego przypadku chronicznego tchórzostwa. Postanowił on jednak nie rezygnować. No trudno. Gość jest tchórzem, ale nie tacy stawali się prawdziwymi bohaterami.
- Dobrze, dobrze… - mruknął, ciągnąc Edmunda za rękę - Możesz sobie narzekać, ile chcesz, skoro cię to bawi. Tak czy inaczej idziemy do tego zamku czy tego chcesz, czy nie.
- Nie ma mowy. Ja tam nie pójdę!
- Pójdziesz! I to szybciej, niż ci się to wydaje!
- Chyba po moim trupie!
- Wolę inne metody, ale trudno.
To mówiąc Edmund 2 podniósł z ziemi duży i kij i walnął nim z całej siły kompana przez głowę. A kiedy ten leżał znokautowany, wziął go za rękę. Następnie skupił się uważnie na celu podróży. Wyobraził sobie duży, straszny zamek z ogromnymi wieżami. W sam raz na przetrzymywanie w nim przez groźnego smoka pięknej księżniczki.
Ledwo to sobie wyobraził, a już byli na miejscu.
- Dobra, koniec spania. Obudź się już, ty cykorze - zawołał Edmund 2 do swego kompana.
Edmund ocknął się jak na zawołanie, trzymając ręce na swojej głowie, która bardzo mocno go bolało.
- O matko jedyna! Ale miałem bardzo dziwaczny sen. Śniło mi się, że pojawił się u mnie mój sobowtór i...
Nie dokończył, gdyż zobaczył Edmunda 2 i przerażony znowu zemdlał. Przyjaciel zaczął go więc cucić, ten zaś znowu zemdlał na jego widok. Cała sytuacja powtarzała się jeszcze kilka razy. W końcu Edmund 2 wyobraził sobie ogromny strumień wody, który spadnie na jego omdlałego kompana i w ten sposób go ocuci. Ledwo pomyślał, a natychmiast jego wyobraźnia stała się rzeczywistością. Sam Edmund zaś podniósł się z ziemi bardzo niezadowolony i mokry jak mysz.
- Obudziłeś się, nareszcie? - zapytał Edmund 2 z miną niewiniątka.
- Tak - odparł na to Edmund z miną mordercy.
- To dobrze. Wstawaj zatem. Nie czas na leżakowanie. Mamy zadanie do wykonania.
- Jakie niby zadanie?
- Już zapomniałeś? Ale z ciebie delikates. Ledwo dostałeś kijem w łeb, a już wszystko wyleciało ci z pamięci. Pozwól więc, że ci przypomnę. Jesteśmy w zamku, gdzie jest królewna i strzeże ją...
- Straszny i okrutny smok ziejący ogniem. Tak, wiem. Już to gdzieś wcześniej słyszałem.
- To dobrze, że słyszałeś. Z tego wynika, że masz dobry słuch.
- Owszem. Nie narzekam.
- Tym lepiej, bo zaraz usłyszysz coś jeszcze.
- Co usłyszę?
- Uciekaj!!!
Edmund już chciał zapytać, o co jego kompanowi chodzi, gdy wtem wielki, gorący i parzący mu skórę na ciele strumień przeciął powietrze niedaleko jego żeber. Edmund w lot zrozumiał wszystko. Obaj panowie rzucili się do ucieczki i schowali się za ścianą. Bardzo dobrze zrobili, gdyż chwilę później niedaleko nich przeszedł właśnie ogromny, czerwony smok. Szukał ich, ale na szczęście nie dostrzegł kryjówki, w której się schronili, więc poszedł sobie dalej.
- Cień szansy, że jest mile nastawiony do ludzi? - zapytał Edmund.
- Zapomnij - odpowiedział mu Edmund 2.
Gdy tylko smok zniknął szukając dalej intruzów, przyjaciele ruszyli przed siebie biegiem szukając najwyższej wieży w całym zamku. Tam zaś, zgodnie z większością bajek, przebywały uwięzione przez smoki królewny. Nasi bohaterowie dość szybko dotarli do głównego placu, ale zauważyli, że w zamku były aż trzy wieże wybijające się ponad inne. Jak zgadnąć, w której uwięziona jest księżniczka?
- Super! Tutaj są aż trzy wieże! Jak my niby teraz znajdziemy tę całą księżniczkę? - mruknął niezadowolony Edmund.
- Szukaj tej, która ma wywieszoną w oknie chusteczkę - wyjaśnił mu Edmund 2 z uśmiechem na ustach.
Edmund rozejrzał się uważnie dookoła.
- Jest tam! - zawołał, wskazując właściwą wieże palcem - To jest ta, w której pali się światło. Wyraźnie widać chustkę!
- Brawo - pochwalił uczonego jego sobowtór - To już wiemy, gdzie jest królewna. Tylko gdzie się podział…
- Aaaaa!!! Smoooook!!! - rozległ się nagle przerażony krzyk Edmunda.
Sobowtór odwrócił się przerażony za siebie i zobaczył, jak ogromny, czerwony jaszczur szedł właśnie w ich stronę i bynajmniej nie wyglądał na zadowolonego.
- Idź ratować królewnę! Ja się zajmę tym jaszczurem! - zawołał bojowo Edmund 2.
- A ty tu sam?! Zwariowałeś?!
- Idź!
Edmund, pomimo iż nie lubił swego sobowtóra, to jednak nie chciał on zostawiać go samego. Usłyszawszy jednak jego stanowczy ton, ruszył pędem w stronę wieży. Wtem drogę zastąpił mu smok rycząc na niego wściekle. Na szczęście Edmund 2 rzucił szybko kamieniem w smoczy łeb, zwracając w ten sposób na siebie uwagę bestii. Podstęp poskutkował. Smok ruszył na niego, zaś Edmund mógł spokojnie dobiec do wieży, a stamtąd udać się po schodach na górę. Jeszcze kątem oka zdążył zobaczyć swego sobowtóra, jak ten przemienia się w rycerza w zbroi na koniu i szarżuje na bestię.
Nasz bohater nie mógł jednak tracić czasu i wbiegł szybko na samą górę, aż dobiegł do wielkich drewnianych drzwi. Były one zakluczone, więc je wyważył ramieniem. Poszło mu to łatwiej niż mu się wydawało. Wpadł do środka. Tam zaś, na wielkim łożu z baldachimem siedziała niezwykle piękna, złotowłosa królewna.
- To ty jesteś tą królewną, uwięzioną przez smoka? – zapytał Edmund bez zbędnych ceregieli.
- Tak - odpowiedziała księżniczka uśmiechając się przy tym - A czy ty jesteś rycerzem, który ma mi zwrócić wolność?
- Oczywiście, że tak. A, co nie wyglądam?
- Nie do końca.
Edmund przyjrzał się dobrze swojemu ubiorowi. Rzeczywiście, nie wyglądał na średniowiecznego rycerza. Nadal miał bowiem na sobie strój z XX w. Dobrze, że królewna nie zadawała zbyt wielu pytań względem jego ubioru.
- Ubierałem się w pośpiechu! Nieważne! Ruszajmy, nie mamy czasu! - zawołał Edmund pamiętając wciąż o swoim sobowtórze.
Złapał królewnę za rękę i ruszył z nią biegiem po schodach na dół. Nagle oboje zatrzymali się przerażeni. W drzwiach bowiem ukazał się smoczy łeb. Spostrzegł on szybko uciekinierów i chuchnął w ich stronę płomieniem. Edmund z księżniczką zawrócili zatem i pędem ruszyli na górę, ale śmiercionośny ogień był już tuż za nimi. Wbiegli do komnaty księżniczki i padli na podłogę. Zdążyli to zrobić wręcz w ostatniej chwili. Płomienie smoczego ognia przeleciały tuż nad ich głowami i spaliły łóżko królewny.
- A to drań! - zawołała złotowłosa piękność - Nie dość, że piroman, to jeszcze wandal! Łóżko mi zniszczył!
- Jak się stąd wydostaniemy, to i tak nie będziesz przecież tu spała - zawołał, jak zawsze praktyczny Edmund, szybko wstając i pomagając się jej podnieść – Musimy znaleźć stąd jakieś inne wyjście.
- Nie ma innego wyjścia - wyjaśniła królewna - Chyba, że przez okno.
Edmundowi na jej słowa przyszedł do głowy genialny pomysł. Wziął kotarę ze spalonego łóżka (na całe szczęście ona nie spłonęła), rozdarł ją i powiązał z sobą. W ten oto sposób stworzył długi i bardzo mocny sznur. Jeden jego koniec przywiązał do uchwytu na pochodnie, drugi zaś wyrzucił przez okno.
- Zejdziemy po tym na dół! - zawołał.
- To szaleństwo! - odkrzyknęła królewna.
- Tak samo, jak wyprawa tutaj! - odpowiedział jej Edmund, po czym dodał: - Złap mnie za szyję i bez gadania!
Księżniczka, która bynajmniej nie była przyzwyczajona do tego, aby jej rozkazywano, była co najmniej zdumiona zuchwałością swojego ratownika. W normalnych warunkach za coś takiego prawdopodobnie dzielny Edmund zostałby ścięty, ale to była sytuacja wyjątkowa i tak jak każda wyjątkowa sytuacja wymagała ona wyjątkowego rozwiązania. Z tego też powodu, bez dłuższego i zupełnie zbędnego marudzenia, zrobiła to, co jej kazano.
Edmund z księżniczką na plecach przeszedł przez okno i zszedł po linie zrobionej z kotary. Kiedy schodził, to zobaczył Edmunda 2 w zbroi leżącego jak martwy na ziemi. Nad nim zaś pochylał się smok, szykujący się najwidoczniej do zakończenia potyczki z nim.
- Na co jeszcze czekasz? Uciekaj! - zawołała przerażona królewna do Edmunda.
- Nie zostawię mego druha tutaj samego!
- Ale jak chcesz pokonać smoka? Co zamierzasz zrobić?
- Wykorzystać wyobraźnię, choć raz.
Chwilę później Edmund zaczął myśleć. Skupił się uważnie na tym, co zamierzał zrobić. Starał sobie wyobrazić siebie jako rycerza w zbroi i na koniu, z kopią w ręku. Przyszło mu to z wielkim trudem, zwłaszcza, że dawno nie używał wyobraźni oraz dlatego, że sam ją przecież wyrzucił ze swego umysłu. Mimo wszystko jednak jego wysiłki okazały się skutecznie. Gdy zaczął już tracić nadzieję nagle odkrył, że siedzi na koniu w zbroi, w ręku zaś dzierży kopię. Nareszcie, ucieszył się. Znów mógł używać wyobraźni i nie przynosiło mu to bynajmniej ujmy na honorze, lecz dawało ogromną radość.
Nie mógł jednak tracić czasu na zbytnie zachwycanie się użytą przez siebie wyobraźnią. Spiął konia ostrogami i ruszył galopem w stronę smoka, pochylając przy tym kopię. Potwór podniósł łeb i zobaczył wówczas niebezpieczeństwo, lecz było już za późno, aby mógł uciec. Kopia przebiła mu czaszkę i wbiła się w mózg. Poczwara ryknęła z bólu i podniosła łeb w górę odrzucając Edmunda daleko od siebie. Upadł on na ziemię, lecz nic poważnego sobie nie zrobił. Smok miał za to mniej szczęścia, gdyż przez chwilę jeszcze ryczał, dyszał i wił się z bólu, aż wreszcie zmarł on w konwulsjach.
Księżniczka widząc to wszystko ruszyła biegiem w kierunku swego wybawcy i pomogła mu podnieść się z ziemi, co w ciężkiej zbroi wcale nie było takie proste.
- Och, ty mój bohaterze! - zawołała do niego z zachwytem w głosie - Jakiś ty dzielny. Niczym św. Jerzy.
- To nic trudnego, jeśli ma się wyobraźnię - odparł wesoło Edmund - Szkoda tylko, że dopiero teraz to zrozumiałem. Ale co z Edmundem 2?
Podbiegł do przyjaciela, zdjął mu z głowy hełm i potrząsnął nim.
- Wstawaj, stary! No już, wstawaj! Nie umieraj, błagam cię. Proszę, nie umieraj! Proszę cię, przyjacielu. Nie umieraj! Musisz żyć! Zrozum, nie wolno ci teraz umrzeć. Miałeś rację. Od samego początku miałeś rację, a ja się myliłem. Wyobraźnia w życiu jest jednak bardzo potrzebna. Tak, miałeś rację. Proszę cię, obudź się.
- Rycerzu - szepnęła mu smutnym tonem na ucho królewna - On już nie wstanie. On odszedł.
- Nie, to niemożliwe - Edmund nie mógł w to uwierzyć - On musi żyć. Bez niego jestem nikim.
- Naprawdę? - odezwał się nagle znajomy i wesoły głos.
- Naprawdę - odpowiedział Edmund.
- Miło mi to słyszeć.
Edmund nagle ocknął się i spojrzał na przyjaciela, który to właśnie wstawał z ziemi, uśmiechając się.
- Słyszałeś to wszystko? - zapytał Edmund.
W jego głosie łatwo można było wyczuć złość.
- Oczywiście, że tak - odpowiedział Edmund 2, nadal się przy tym uśmiechając - Co do słóweczka.
- W takim razie zapomnij o wszystkim, co usłyszałeś.
Królewna zaśmiała się. Nie mogła zrozumieć, czemu ci dwaj się ze sobą kłócą, skoro i tak się przyjaźnią. Ale nie wtrącała się, gdyż sytuacja ta była dla niej niezwykła zabawna, choć też nieco wzruszająca.
- Mówiłem to, ponieważ myślałem, że mam tu przed sobą ukochane zwłoki - tłumaczył się Edmund.
- Tak, jasne - zażartował sobie Edmund 2.
- Oczywiście, że tak. Miałbym może płakać po takim obłudnym draniu, jak ty?
- Przyznaj się, że płakałbyś.
- Nie prawda.
- Prawda.
- Nie prawda.
- Właśnie, że prawda!
- Och, proszę! Chłopcy, uspokójcie się! - zawołała księżniczka, którą ta kłótnia zaczęła już nieco nużyć.
Kłótnia natychmiast ustała.
- Zamiast się kłócić, po prostu się uściskajcie i już - dodała takim tonem jakby to była najbardziej oczywista rzecz na świecie.
Edmund 2 natychmiast wyciągnął w stronę kompana ramiona. Edmund zaś nieco się wahał, ale ostatecznie objął przyjaciela w sposób przyjazny i naprawdę serdecznie. Kiedy go jednak puścił, to zobaczył coś niezwykle dziwnego. Edmund 2 robił się przeźroczysty.
- Przyjacielu - zawołał Edmund przerażony - Co się z tobą dzieje?! Ty robisz się przeźroczysty! Czy coś ci dolega?
- Skądże. Nic, a nic. Ja po prostu znikam - odpowiedział Edmund 2, cały czas się uśmiechając.
- Jak to, znikasz?
- Normalnie. W taki sposób, już mnie więcej nie zobaczysz.
- Dlaczego?
- Dlatego, że nie potrzebujesz już mojej pomocy. Sam już doskonale władasz wyobraźnią i nie musisz mieć kogoś, kto pomoże ci jej używać.
Sobowtór był już ledwo widoczny. Pomimo to dalej z uśmiechem kontynuował swoją przemową.
- A ponieważ jestem częścią ciebie, to teraz wrócę do twojego umysłu. Będziesz mógł już korzystać z mojej mocy bez żadnego problemu. Co też oznacza, że nie przyjmę już postaci materialnej. Lecz nie martw się, będę cały czas przy tobie obecny. Duchem.
- I on zostanie już na zawsze sam? - spytała smutnym tonem królewna.
- Jaki tam sam, gołąbeczko? Ma przecież ciebie - wyjaśnił Edmund 2, śmiejąc się wesoło - Jestem pewien, że na pewno będzie z tobą szczęśliwy. No, ale na mnie już czas.
I zniknął.
- Szkoda, że już go nie zobaczę - powiedział Edmund smutnym tonem - Chociaż grał mi na nerwach, to jednak polubiłem go. I to nawet bardzo.
- Ale czy nauczyłeś się od niego czegoś mądrego? - spytała królewna.
Edmund uśmiechnął się lekko.
- A i owszem - odpowiedział - I owszem. Nauczyłem się.
To mówiąc objął królewnę i pocałował ją w usta.

Rozdział IV - Zakończenie
Edmund obudził się w swoim łóżku. Rozejrzał się wówczas dookoła. Był w swojej własnej sypialni. Ani śladu smoka, ani księżniczki. Czyżby to wszystko tylko mu się śniło? Nie, to nie możliwe. Przecież jeszcze czuje na żebrach pieczenie po płomieniu smoczego ognia. Więc to działo się jednak naprawdę. No, ale w takim razie gdzie księżniczka? Gdzie ten opuszczony, stary zamek? Gdzie smok? Owszem, to wszystko wydarzyło się tylko w jego wyobraźni, ale czy to oznacza, że to nie miało też miejsce naprawdę? Widocznie tak.
Spojrzał na kalendarz. Był poniedziałek, więc czas najwyższy pójść do pracy. Zegarek wskazywał siódmą. Pora już była na niego.
Edmund więc wstał, ubrał się, zjadł śniadanie, po czym szybko ruszył w kierunku szkoły. Przybył na dziesięć minut przed ósma. Na lekcjach zaś przeszedł do realizacji swojej nowej dewizy życiowej. Wykorzystywał on wyobraźnię, którą wreszcie nauczył się kontrolować na tyle, żeby nie sprawiała mu ona problemów w wykonywaniu zawodu. Dyrektor pochwalił jego mądrość i to, jak umiejętnie umiał on wykorzystać swoją zwariowaną wyobraźnię do przyciągnięcia uwagi uczniów, co wcześniej mu się nie udawało.
Koleżanki z pracy zaś znowu zalecały się do niego. On jednak na nic nie zwracał uwagi. Nie umiał się już z tego cieszyć, bo jego myśli krążyły tylko w ogół jednej osoby. Królewny, którą niedawno ocalił przed złym smokiem. Zapomnieć o niej było ponad jego możliwości. Myślał o tej jednej jedynej osobie, którą pokochał od pierwszego wejrzenia i którą to niestety odebrał mu okrutny, realistyczny świat.
Wielkie więc było jego zdumienie i radość, kiedy wychodząc z kolej lekcji usłyszał nagle za swoimi plecami znajomy głos, który powiedział:
- Witam pana, panie profesorze.
Obrócił się i zobaczył młodą nauczycielką języka polskiego. Jej twarz wydawała mu się dziwnie znajoma. Czyżby to była… nie! Przecież to nie możliwe. A jednak...
- To ja, Edmundzie - rzekła spokojnym głosem polonistka.
Głosem, który on doskonale znał.
- Królewna? - zapytał zdumionym tonem nasz bohater.
- Anna - poprawiła polonistka - Jestem Anna. Ale przyznaję, wczoraj odegrałam w świecie twojej wyobraźni rolę księżniczki, którą uwolniłeś ze smoczej wieży.
Edmund czuł, że nic z tego nie rozumie.
- Ale jak… jak to możliwe?
- Czy to ważne? - spytała Anna, zarzucając mu wesoło ręce na szyję - Wyobraźnia to sprawiła i tyle. Ona też doprowadziła do tego, że możemy być razem i to nie tylko w myślach, ale również naprawdę.
- Ale jak to niby możliwe?
- A czy to naprawdę istotne?
Zadając to pytanie objęła go i pocałowała namiętnie w usta.
Edmund uśmiechnął się lekko.
- Masz rację. To nieistotne. I nie zamierzam się tym przejmować.
I znowu się pocałowali.

***

Tak oto kończą się przygody naszych bohaterów. Edmund i Anna wzięli ślub, po czym żyli długo i szczęśliwie. Doczekali się nawet dzieci. Ale to już inna opowieść.
Na tym można zakończyć naszą historię. Jeszcze tylko trzeba wyjaśnić pewien szczegół. Pamiętacie może profesora Szajbera? Marzył on o tym, żeby zdobyć Nagrodę Nobla za swój wynalazek. Mogę was zapewnić, że ją dostał. Sęk jednak w tym, że nie otrzymał jej w żadnym razie za swój wehikuł czasu, jak on na to liczył. Ani tym bardziej za maszynę do zmiany osobowości. Otrzymał ją za… mikrofalówkę energooszczędną. Poczuł się tym trochę zawiedziony, ale ostatecznie Nobel to Nobel. Rozsądnie więc zadowolił się tym, co otrzymał.
Niektórzy z was zapewne zapytają, jaką mam pewność, że tak było, jak mówię? Odpowiedź jest prosta. Mam tę pewność, ponieważ to ja jestem tym profesorem. Nie wierzycie mi? Nic nie szkodzi. Użyjcie wyobraźni, a na pewno wszelkie wątpliwości was opuszczą.

KONIEC

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Rodzina Rabatków - Zakochany Bratek cz. IV

Część IV - Swaci : Od tego czasu relacje Bratka i Lilki uległy znacznej zmianie na lepsze. Można by powiedzieć, że stali się oni dzięki...