Rozdział I - Niespodziewany gość
Nie jestem do końca pewien, czy naprawdę mam na imię właśnie tak, jak mówią. Jeśli jednak kiedyś miałem jakieś imię, to i tak już od dawna go nie pamiętam. Moje nowe i oficjalne imię nadał mi pewien pilot, którego to miałem zaszczyt poznać podczas mojej pierwszej wizyty na trzeciej planecie od Słońca zwanej potocznie Ziemię.
Obawiam się jednak, że odbiegam od tematu mojej opowieści. Z góry zatem przepraszam za wszelkie braki w mojej narracji, ponieważ nie miałem gdzie pobierać lekcji odpowiedniego opowiadania historii. Spróbuję więc pisać w miarę możliwości najlepiej i przejdę już do sedna sprawy.
Gdy po zakończeniu mej międzygwiezdnej podróży wróciłem na moją asteroidę, trzymając pod pachą skrzynkę z barankiem i nosząc na nodze ślad po zębach węża Eskulapa, spodziewałem się od bliskiej mej osoby, którą tam zostawiłem, jak najbardziej ciepłego powitania. Myliłem się jednak, gdyż zamiast miłych słów usłyszałem jedynie:
- Gdzieżeś się włóczył? O mało co przez ciebie nie zwiędłam!
Tak, tak, nie mylicie się, moi drodzy. Te słowa wypowiedziała moja Róża. Moja ukochana Róża. Ta sama Róża, z powodu której wyruszyłem w podróż. Pytała się, gdzie ja się włóczyłem. Dziwne, prawda? Najpierw z jej powodu udałem się w podróż, a potem ma do mnie pretensje, że w nią wyruszyłem? Gdzie tu sens? Brak go w ogóle. Albo ja po prostu się na tym nie znam i przemawia przeze mnie jedynie ignorancja.
Tak czy inaczej cieszyłem się z powrotu do domu, dlatego też wcale nie przejmowały mnie kaprysy mojej ukochanej. Jednak nieco później, kiedy wypuściłem baranka ze skrzyni, Róża zaczęła krzyczeć, że ten potwór chce ją zjeść i pytała,dlaczego go uwolniłem. Kazała mi również się go jak najszybciej pozbyć. Ja oczywiście nie wyraziłem na to zgody, bo przecież baranek był podarkiem od mojego serdecznego przyjaciela, Pilota. Jakże ja mógłbym go tak po prostu wyrzucić? To było nie możliwe.
Róża jednak niestety nie przyjmowała do wiadomości żadnych moich argumentów. Ciągle tylko wyzywała baranka, obrażała go i domagała się ode mnie pozbycia się go. Wskutek czego po kilku dniach nie mogłem już tego słuchać i wyruszyłem w kolejną podróż na poszukiwanie przyjaciół.
Zatrzymałem się na asteroidzie 330, gdzie spotkałem mojego starego znajomego, Geografa. Opowiedziałem mu o moich przygodach na pustyni i zapytałem, jakie miejsca mógłbym zwiedzić tym razem. On zaś poradził, abym poleciał na planetę U-529, ponieważ jest to miejsce naprawdę godne poznania. Chwyciłem więc za ogon najbliższą kometę i już po pięciu dniach byłem już na miejscu.
Wylądowałem gdzieś w górach i pierwszą osobą, którą spotkałem, był Żuk.
- Dzień dobry - powiedziałem - Szukam przyjaciół.
- Dzień dobry - odpowiedział Żuk - Szukasz przyjaciół? Obawiam się, że tu ich nie znajdziesz. Poszukaj ich gdzieś poza górami. Tutaj niestety nikt nie mieszka.
- Ale ty mieszasz, prawda?
- Owszem.
- Więc ty mógłbyś być moim przyjacielem.
Żuk pokręcił jednak przecząco głową.
- Nie mogę nim być.
- Dlaczego? - spytałem zdumiony jego odpowiedzią.
- Nie zrozumiesz tego. A poza tym, to ja jestem wygnany.
- Co to znaczy „być wygnanym”?
- To znaczy, mój chłopcze, że musiałem pod karą śmierci opuścić moje miejsce zamieszkania.
- Kto cię wygnał?
- Inne zwierzęta.
- Dlaczego cię one wygnały?
- Bo jestem inny niż oni. A inność wszystkich przeraża. Przez tę inność najpierw mnie nie rozumieli, potem nie lubili, później zaczęli się mnie bać.
Zasmuciły mnie bardzo jego słowa.
- Bardzo mi przykro z tego powodu.
- A mnie bardzo miło mi, że tak mówisz. Ale widzisz, tak już niestety jest na tym świecie. Większość ludzi czy zwierząt często boi się osób, które są od nich inne.
- Dlaczego się boją?
- Bo ich nie rozumieją, a raczej nie chcą zrozumieć. Niestety, w takich wypadkach ci, którzy są inni, często są szykanowani, obrażani i krzywdzeni.
- Uważam, że to podłe.
- Ci, którzy tak postępują, uważają, że postępują słusznie. Sądzą, że to, czego się lękają, jest z natury złe oraz wrogo do nich nastawione. A możesz mi wierzyć, że nic nie przeraża tak bardzo jak to, czego nie rozumiemy. Ale teraz już idź, chcę być sam.
- Wszystko to jest bardzo dziwne - pomyślałem, gdy już odchodziłem.
Jednak wbrew temu wszystkiemu, co Żuk mówił sam o sobie, zrobiło mi się go bardzo żal.
Nie jestem do końca pewien, czy naprawdę mam na imię właśnie tak, jak mówią. Jeśli jednak kiedyś miałem jakieś imię, to i tak już od dawna go nie pamiętam. Moje nowe i oficjalne imię nadał mi pewien pilot, którego to miałem zaszczyt poznać podczas mojej pierwszej wizyty na trzeciej planecie od Słońca zwanej potocznie Ziemię.
Obawiam się jednak, że odbiegam od tematu mojej opowieści. Z góry zatem przepraszam za wszelkie braki w mojej narracji, ponieważ nie miałem gdzie pobierać lekcji odpowiedniego opowiadania historii. Spróbuję więc pisać w miarę możliwości najlepiej i przejdę już do sedna sprawy.
Gdy po zakończeniu mej międzygwiezdnej podróży wróciłem na moją asteroidę, trzymając pod pachą skrzynkę z barankiem i nosząc na nodze ślad po zębach węża Eskulapa, spodziewałem się od bliskiej mej osoby, którą tam zostawiłem, jak najbardziej ciepłego powitania. Myliłem się jednak, gdyż zamiast miłych słów usłyszałem jedynie:
- Gdzieżeś się włóczył? O mało co przez ciebie nie zwiędłam!
Tak, tak, nie mylicie się, moi drodzy. Te słowa wypowiedziała moja Róża. Moja ukochana Róża. Ta sama Róża, z powodu której wyruszyłem w podróż. Pytała się, gdzie ja się włóczyłem. Dziwne, prawda? Najpierw z jej powodu udałem się w podróż, a potem ma do mnie pretensje, że w nią wyruszyłem? Gdzie tu sens? Brak go w ogóle. Albo ja po prostu się na tym nie znam i przemawia przeze mnie jedynie ignorancja.
Tak czy inaczej cieszyłem się z powrotu do domu, dlatego też wcale nie przejmowały mnie kaprysy mojej ukochanej. Jednak nieco później, kiedy wypuściłem baranka ze skrzyni, Róża zaczęła krzyczeć, że ten potwór chce ją zjeść i pytała,dlaczego go uwolniłem. Kazała mi również się go jak najszybciej pozbyć. Ja oczywiście nie wyraziłem na to zgody, bo przecież baranek był podarkiem od mojego serdecznego przyjaciela, Pilota. Jakże ja mógłbym go tak po prostu wyrzucić? To było nie możliwe.
Róża jednak niestety nie przyjmowała do wiadomości żadnych moich argumentów. Ciągle tylko wyzywała baranka, obrażała go i domagała się ode mnie pozbycia się go. Wskutek czego po kilku dniach nie mogłem już tego słuchać i wyruszyłem w kolejną podróż na poszukiwanie przyjaciół.
Zatrzymałem się na asteroidzie 330, gdzie spotkałem mojego starego znajomego, Geografa. Opowiedziałem mu o moich przygodach na pustyni i zapytałem, jakie miejsca mógłbym zwiedzić tym razem. On zaś poradził, abym poleciał na planetę U-529, ponieważ jest to miejsce naprawdę godne poznania. Chwyciłem więc za ogon najbliższą kometę i już po pięciu dniach byłem już na miejscu.
Wylądowałem gdzieś w górach i pierwszą osobą, którą spotkałem, był Żuk.
- Dzień dobry - powiedziałem - Szukam przyjaciół.
- Dzień dobry - odpowiedział Żuk - Szukasz przyjaciół? Obawiam się, że tu ich nie znajdziesz. Poszukaj ich gdzieś poza górami. Tutaj niestety nikt nie mieszka.
- Ale ty mieszasz, prawda?
- Owszem.
- Więc ty mógłbyś być moim przyjacielem.
Żuk pokręcił jednak przecząco głową.
- Nie mogę nim być.
- Dlaczego? - spytałem zdumiony jego odpowiedzią.
- Nie zrozumiesz tego. A poza tym, to ja jestem wygnany.
- Co to znaczy „być wygnanym”?
- To znaczy, mój chłopcze, że musiałem pod karą śmierci opuścić moje miejsce zamieszkania.
- Kto cię wygnał?
- Inne zwierzęta.
- Dlaczego cię one wygnały?
- Bo jestem inny niż oni. A inność wszystkich przeraża. Przez tę inność najpierw mnie nie rozumieli, potem nie lubili, później zaczęli się mnie bać.
Zasmuciły mnie bardzo jego słowa.
- Bardzo mi przykro z tego powodu.
- A mnie bardzo miło mi, że tak mówisz. Ale widzisz, tak już niestety jest na tym świecie. Większość ludzi czy zwierząt często boi się osób, które są od nich inne.
- Dlaczego się boją?
- Bo ich nie rozumieją, a raczej nie chcą zrozumieć. Niestety, w takich wypadkach ci, którzy są inni, często są szykanowani, obrażani i krzywdzeni.
- Uważam, że to podłe.
- Ci, którzy tak postępują, uważają, że postępują słusznie. Sądzą, że to, czego się lękają, jest z natury złe oraz wrogo do nich nastawione. A możesz mi wierzyć, że nic nie przeraża tak bardzo jak to, czego nie rozumiemy. Ale teraz już idź, chcę być sam.
- Wszystko to jest bardzo dziwne - pomyślałem, gdy już odchodziłem.
Jednak wbrew temu wszystkiemu, co Żuk mówił sam o sobie, zrobiło mi się go bardzo żal.
Rozdział II - Smok, skarbnica mądrości
Następną osobą, którą spotkałem na tej planecie, był Smok. Miał on swoją jamę gdzieś w górach. A więc Żuk się mylił i ktoś tu jednak mieszkał. Tym lepiej, pomyślałem sobie i wszedłem do środka.
Jama była bardzo ładna. Pod jedną ścianą stała duża półka z książkami, podobnymi do tych, które widziałem u Geografa. Pod inną duże łóżko. Na środku pokoju stał stolik z lampką, obok niego zaś duże fotele naprzeciwko siebie stojące, a na podłodze mały, okrągły dywan pod nogi.
W jednym z foteli siedział gospodarz - duży, złoty smok z okularami na nosie i z książką w ogromnych łapach.
- Dzień dobry - zawołałem, aby zwrócił na mnie uwagę.
- O, dzień dobry! - odpowiedział radośnie smok, odkładając książkę na stolik - Nareszcie ktoś odwiedził starego Baltazara w jego jamie. Powiedz mi, mój chłopcze, kim jesteś?
- Jestem Mały Książę - przedstawiłem się - A przynajmniej tak mnie nazywają moi przyjaciele.
- A ja jestem Smok Baltazar, wnuk słynnego Smoka Wawelskiego, o którym zapewne wiele słyszałeś.
- Przykro mi, ale nie słyszałem.
Smok machnął lekceważąco łapą.
- Och, nic nie szkodzi, może kiedyś usłyszysz. Ale mniejsza z tym. Co tu robisz?
- Szukam przyjaciół.
- O, to trudna misja przed tobą. Znalezienie prawdziwych przyjaciół jest rzeczą bardzo ciężką, zwłaszcza w naszych czasach. Długa droga przed tobą. Ale zanim wyruszysz w dalszą podróż czy sprawisz mi tę przyjemność i zjesz ze mną kolację? Dawno nie jadłem w towarzystwie.
Skorzystałem z zaproszenia, gdyż byłem bardzo głodny i zmęczony. Poza tym Baltazar wydawał mi się być niezwykle sympatyczną istotą.
Smok klasnął w dłonie i już po chwili na stoliku pojawiły się pyszne potrawy. Usiedliśmy razem w fotelach i zaczęliśmy jeść. Kolacja była bardzo smaczna, a Smok okazał się być świetnym kucharzem.
Potem znowu Baltazar zaklaskał w dłonie i przy ścianie pojawiło się drugie łóżko dla mnie.
Następnego dnia Baltazar pokazał mi wszystkie książki ze swojej biblioteki. Były one wspaniałe i niezwykle ciekawe. Całe dnie spędzaliśmy na ich przeglądaniu. Tak więc zamiast planowanego jednego dnia pobytu u niego zostałem znacznie dłużej pogłębiając naszą właśnie zawartą przyjaźń.
Po siedmiu dniach nadszedł jednak czas pożegnania.
- Szkoda, że musisz już iść - rzekł Baltazar smutnym tonem - Twoja obecność jest mi niezwykle miła. Podnosisz mnie na duchu pokazując, że jestem coś wart i komuś potrzebny.
- Wiem, ale dłużej nie mogę zostać - odpowiedziałem - Muszę zwiedzić całą tę planetę i znaleźć przyjaciół.
- Mam nadzieję, że ci się uda. A gdzie chcesz teraz iść?
- Do Królestwa Małp. Podobno to bardzo interesujące miejsce. Tak w każdym razie pisało w twoich księgach.
- W takim razie idź, a jak będziesz wracał, to odwiedź mnie jeszcze.
- Na pewno cię odwiedzę, Baltazarze - obiecałem smokowi.
Rozdział III - Królestwo Małp
Legendarne Królestwo Małp znajdowało się w ruinach dawnego miasta ludzi. Zachowało się z niego jedynie kilka domów, podniszczone posągi i piękny, choć nieco uszkodzony oraz zarośnięty krzewami pałac. Po placu zaś biegały małpy najróżniejszej maści i gatunku.
Wszedłem do pałacu i od razu spostrzegłem piękne obrazy (z czasów, gdy mieszkali w nim jeszcze ludzie) wymalowane na ścianach. Oglądając te imponujące sceny z życia dawnych królów nieświadomie wszedłem do sali tronowej. Tam zaś, na wielkim tronie ze złota siedział małpi król, którym był ogromny szympans o rudym futrze. Po jego prawej stronie stał pawian z wielkim liściem bambusowym, którym wachlował jego królewską mość. Po lewej zaś mały orangutan z tacą pełną bananów, te zaś król zajadał z wielkim apetytem.
Miałem już doświadczenie w rozmowach z królami, bez wahania zatem podszedłem do Jego Wysokości, ukłoniłem się i powiedziałem:
- Wasza Wysokość, jestem Mały Książę i przybywam z asteroidy B-612.
Król uśmiechnął się do mnie przyjaźnie.
- Witaj, drogi gościu. Bardzo jestem zaszczycony, że mogę cię powitać w moim królestwie. Nie wiem jednak, czy mogę cię ugościć. Zapytam o to mojego ministra od przyjmowania gości.
Po tych słowach klasnął on w dłonie i już po chwili zjawił się gibbon, który najprawdopodobniej był zawezwanym ministrem.
- Panie ministrze, czy możemy przyjąć naszego gościa? - zapytał król.
- Oczywiście, Wasza Wysokość - odpowiedział minister i odszedł.
Później władca wezwał do siebie ministra od zaprowadzania, ministra od nakrywania do stołu, a także ministra od jedzenia i siadania przy stole. Każdy z nich udzielał królowi jakieś rady, do której on dostosowywał się całkowicie.
Po obiedzie zaproponowałem władcy rozmowę na osobności. Na całe szczęście od tej czynności nie miał on ministra. Kiedy więc zostaliśmy sami zapytałem króla, dlaczego nie podejmuje samodzielnie decyzji, lecz pyta o zdanie ministrów. Odpowiedział mi:
- Mój drogi cudzoziemcze, przecież od tego są ministrowie, by król nie musiał sam o wszystkim decydować.
- Niekoniecznie. Na asteroidzie 325 mieszkał król, który rządził sam, bez pomocy jakichkolwiek doradców. Co prawda, nie jestem pewien, czy to było spowodowane tym, że mieszkał na tej asteroidzie całkiem sam, czy to też kwestia samodzielności, ale mieszkał sam.
Król westchnął głęboko słysząc moje słowa.
- Ja też bym tak chciał, jednakże ci ministrowie są mi potrzebni, nie umiem decydować bez nich.
- Chociaż spróbuj.
- To będzie trudne.
- Wszystko to jest bardzo dziwne - pomyślałem sobie i kłaniając się królowi wyszedłem z sali.
- Zaczekaj! - zawołał przerażony Małpi Król - Muszę najpierw zapytać o zdanie ministra od wypuszczania gości.
Co doradził mu ów minister już nie usłyszałem, gdyż szybko opuściłem to dziwne miasto.
Rozdział IV - Odważny i nierozważny
Pod cieniem jednego z tropikalnych drzew leżał ogromny lew. Jego skóra była złotego koloru i sprawiała, że jej właściciel sprawiał wrażenie zwierzęcia dumnego oraz odważnego, natomiast piękna grzywa dodawała mu majestatu.
- Dzień dobry - przywitałem się.
- Dzień dobry - odpowiedział mi uprzejmie Lew, a po chwili dodał groźnie: - Uciekaj stąd, przybyszu, bo zaraz cię zjem!
- Nie zrobisz tego.
- Niby dlaczego?
- Gdybyś chciał mnie zjeść, już byś to zrobił i nie ostrzegał mnie.
- Racja - Lew się zamyślił, ale zaraz zawołał: - Ostrzegłem cię tylko dlatego, żebyś uciekał i abym mógł cię złapać! Bo widzisz... Ja bardzo lubię łapać tych, co przede mną uciekają!
- Każdy lubi co innego.
Lew przeszedł do pozycji siedzącej, po czym bacznie zwrócił na mnie swoje ślepia.
- I co, chłopcze? Boisz się mojego majestatu i mej groźnej postaci?
- Ani trochę - zaśmiałem się, bardzo ubawiony jego pytaniem.
- Jakże to? - zdziwił się Lew - Wszyscy się mnie boją. Jako król i jako wielki łowca wzbudzam wszędzie strach.
- Ja jednak się ciebie nie boję.
- Ale może choć trochę, prawda? - Lew przeszedł w niemalże błagalny ton - Powiedz, że chociaż trochę się mnie boisz. Proszę.
Nie miałem serca odmówić mu tej przyjemności, dlatego odparłem:
- No dobrze, boję się ciebie. I to bardzo.
Lwa wyraźnie moja odpowiedź zadowoliła, ponieważ uśmiechnął się wesoło.
- To świetnie.
Postanowiłem zmienić temat, aby czegoś więcej się o nim dowiedzieć, dlatego też powiedziałem:
- Mówiłeś, że jesteś królem. Kim w takim razie rządzisz?
- Och, wszystkim. Zwierzętami, ptakami, rybami i w ogóle wszystkimi żywymi istotami na tej planecie.
- Oprócz małp, bo one mają przecież swojego króla.
- Małpi król? Och, on jest tylko namiestnikiem swojego plemienia. Tak samo jak lisy mają swojego namiestnika, ryby swojego itp. Jednak tak naprawdę, to prawdziwym władcą ich wszystkich jestem ja.
- A nie boisz się, że inny lew może ci odebrać władzę?
- Ja miałbym się bać?! - Lew wyglądał na oburzonego samą taką myślą - Biorę udział w każdej bójce i w każdej potyczce, co chyba wystarczająco dowodzi, że jestem odważny.
- Raczej nierozważny. Nie udowodnisz swoim poddanym, że jesteś odważny, jeżeli będziesz mieszał się do każdej bójki.
- Lepszego sposobu nie ma. Ale wybacz... Muszę już iść, gdyż szykuje się właśnie kolejny sprawdzian odwagi.
- Dziwny jesteś - powiedziałem cicho, kiedy mój rozmówca zniknął za gąszczem drzew, aby wziąć udział w walce hien.
Rozdział V - Obojętna mądrość
Las był pełen drzew iglastych i liściastych. Raczej niebezpiecznie było chodzić po nim, kiedy była noc, gdyż według legendy drzewa te w nocy przybierały kształty naszych najbardziej przerażających strachów. Dlatego też, korzystając z zasady, że w nocy się śpi, zrobiłem sobie posłanie z liści i zasnąłem i dopiero rano ruszyłem w dalszą drogę.
Pierwszą osobą, jaką spotkałem następnego dnia w lesie, była Sowa. Siedziała ona na gałęzi pogrążona w lekturze.
- Dzień dobry - powiedziałem.
- Dzień dobry - odpowiedziała Sowa, nawet na mnie nie spoglądając.
- Co robisz? - spytałem, licząc na to, że Sowa oderwie oczy od księgi.
- Czytam - Sowa nawet na mnie nie spojrzała.
- A co czytasz?
- Encyklopedię zwierząt. Muszę ją przeczytać do jutra.
- Nie możesz na chwilę przerwać?
- Niestety. Mam mnóstwo ksiąg jeszcze do przeczytania, nie mogę więc marnować czasu.
- A ile masz książek? - zapytałem.
Sowa powoli przerzuciła skrzydłem stronę i odpowiedziała obojętnym tonem:
- Milion. I wszystkie znam już bardzo dobrze.
- Więc po co je jeszcze raz czytasz?
- Żeby nie zapomnieć ich treści.
- Aha, rozumiem. I pewnie też po to, żebyś potem mogła korzystać ze zdobytej w ten sposób wiedzy w jakich konkursach czy gdzie indziej?
- Nie, a po co?
- Jak to? - zdziwiłem się jej słowami - Przecież po to chyba zdobywa się wiedzę, żeby z niej korzystać.
- Mój drogi chłopcze... Wiedzę zdobywa się po to, żeby ją mieć.
- Nie rozumiem.
- Jak nie rozumiesz, to nie przeszkadzaj.
Nadal nie potrafiłem tego pojąć. Wiedza służąca tylko po to, by ją mieć i z niej nie korzystać? Przecież Baltazar mówił mi co innego. On twierdził, że wiedza jest potrzebna po to, by z niej korzystać. Które z nich więc ma rację?
Już miałem odejść, gdy wtem na gałęzi obok Sowy wylądował Puchacz i zawołał:
- Sowo, stało się nieszczęście! Nasze obawy się potwierdziły! Jastrząb przejął władzę nad całym lasem i teraz panuje tam ostra dyktatura!
- Dzień dobry - powiedziałem do Puchacza.
- Dzień dobry - odpowiedział mi Puchacz, kiwając lekko głową i mówił dalej do Sowy: - Ten, kto tylko sprzeciwia się Jastrzębiowi, natychmiast ginie. Gwardia Sokołów, sprowadzona przez Jastrzębia, robi sobie, co chce. W ciągu kilku godzin po wybraniu go królem lasu, ten drań udowodnił, jakie są jego prawdziwe zamiary. W lesie zapanował chaos. Ale dlaczego został wybrany królem pomimo naszych ostrzeżeń? Przecież zarówno ty, jak i ja ostrzegaliśmy przed nim mieszańców lasu. Wiem, że ja nie jestem tak elokwentny i wygadany jak ty, ale liczyłem na to, że twoje argumenty ich przekonają. Dlaczego tak się nie stało?
- Chyba wiem, dlaczego - odpowiedziała Sowa, nie odrywając wzroku od swoich ksiąg - Pewnie dlatego, że im nie opowiedziałam tego, co udało nam się ustalić.
- Jak to? Dlaczego im nie powiedziałaś?
- Byłam zajęta czytaniem ksiąg. A poza tym, to nie moja sprawa.
Puchacz był równie zdumiony jej słowami, co ja.
- Nie twoja sprawa?! Przecież też mieszkasz w tym lesie!
- I co z tego?
- To z tego, że skoro tu mieszkasz, to jest to twoja sprawa! A do tego pamiętaj, że jeżeli posiada się jakąś wiedzę, to należy się z nią dzielić z innymi, którzy są tej wiedzy warci. To twój obowiązek, jako uczonego.
Sowa prychnęła pogardliwie.
- Jesteś bardzo ograniczony, mój przyjacielu. Wiedzę zdobywa się po to, żeby ją mieć; dla samej przyjemności jej posiadania, a nie po to, żeby koniecznie z niej korzystać.
- I ty mi to mówisz, Sowo? Ty? Moja najbliższa przyjaciółka?
Puchacz był po prostu załamany jej zachowaniem.
Ja zaś nie chciałem już dłużej słuchać tej kłótni, która i tak do niczego nie prowadziła, więc oddaliłem się.
Las był pełen drzew iglastych i liściastych. Raczej niebezpiecznie było chodzić po nim, kiedy była noc, gdyż według legendy drzewa te w nocy przybierały kształty naszych najbardziej przerażających strachów. Dlatego też, korzystając z zasady, że w nocy się śpi, zrobiłem sobie posłanie z liści i zasnąłem i dopiero rano ruszyłem w dalszą drogę.
Pierwszą osobą, jaką spotkałem następnego dnia w lesie, była Sowa. Siedziała ona na gałęzi pogrążona w lekturze.
- Dzień dobry - powiedziałem.
- Dzień dobry - odpowiedziała Sowa, nawet na mnie nie spoglądając.
- Co robisz? - spytałem, licząc na to, że Sowa oderwie oczy od księgi.
- Czytam - Sowa nawet na mnie nie spojrzała.
- A co czytasz?
- Encyklopedię zwierząt. Muszę ją przeczytać do jutra.
- Nie możesz na chwilę przerwać?
- Niestety. Mam mnóstwo ksiąg jeszcze do przeczytania, nie mogę więc marnować czasu.
- A ile masz książek? - zapytałem.
Sowa powoli przerzuciła skrzydłem stronę i odpowiedziała obojętnym tonem:
- Milion. I wszystkie znam już bardzo dobrze.
- Więc po co je jeszcze raz czytasz?
- Żeby nie zapomnieć ich treści.
- Aha, rozumiem. I pewnie też po to, żebyś potem mogła korzystać ze zdobytej w ten sposób wiedzy w jakich konkursach czy gdzie indziej?
- Nie, a po co?
- Jak to? - zdziwiłem się jej słowami - Przecież po to chyba zdobywa się wiedzę, żeby z niej korzystać.
- Mój drogi chłopcze... Wiedzę zdobywa się po to, żeby ją mieć.
- Nie rozumiem.
- Jak nie rozumiesz, to nie przeszkadzaj.
Nadal nie potrafiłem tego pojąć. Wiedza służąca tylko po to, by ją mieć i z niej nie korzystać? Przecież Baltazar mówił mi co innego. On twierdził, że wiedza jest potrzebna po to, by z niej korzystać. Które z nich więc ma rację?
Już miałem odejść, gdy wtem na gałęzi obok Sowy wylądował Puchacz i zawołał:
- Sowo, stało się nieszczęście! Nasze obawy się potwierdziły! Jastrząb przejął władzę nad całym lasem i teraz panuje tam ostra dyktatura!
- Dzień dobry - powiedziałem do Puchacza.
- Dzień dobry - odpowiedział mi Puchacz, kiwając lekko głową i mówił dalej do Sowy: - Ten, kto tylko sprzeciwia się Jastrzębiowi, natychmiast ginie. Gwardia Sokołów, sprowadzona przez Jastrzębia, robi sobie, co chce. W ciągu kilku godzin po wybraniu go królem lasu, ten drań udowodnił, jakie są jego prawdziwe zamiary. W lesie zapanował chaos. Ale dlaczego został wybrany królem pomimo naszych ostrzeżeń? Przecież zarówno ty, jak i ja ostrzegaliśmy przed nim mieszańców lasu. Wiem, że ja nie jestem tak elokwentny i wygadany jak ty, ale liczyłem na to, że twoje argumenty ich przekonają. Dlaczego tak się nie stało?
- Chyba wiem, dlaczego - odpowiedziała Sowa, nie odrywając wzroku od swoich ksiąg - Pewnie dlatego, że im nie opowiedziałam tego, co udało nam się ustalić.
- Jak to? Dlaczego im nie powiedziałaś?
- Byłam zajęta czytaniem ksiąg. A poza tym, to nie moja sprawa.
Puchacz był równie zdumiony jej słowami, co ja.
- Nie twoja sprawa?! Przecież też mieszkasz w tym lesie!
- I co z tego?
- To z tego, że skoro tu mieszkasz, to jest to twoja sprawa! A do tego pamiętaj, że jeżeli posiada się jakąś wiedzę, to należy się z nią dzielić z innymi, którzy są tej wiedzy warci. To twój obowiązek, jako uczonego.
Sowa prychnęła pogardliwie.
- Jesteś bardzo ograniczony, mój przyjacielu. Wiedzę zdobywa się po to, żeby ją mieć; dla samej przyjemności jej posiadania, a nie po to, żeby koniecznie z niej korzystać.
- I ty mi to mówisz, Sowo? Ty? Moja najbliższa przyjaciółka?
Puchacz był po prostu załamany jej zachowaniem.
Ja zaś nie chciałem już dłużej słuchać tej kłótni, która i tak do niczego nie prowadziła, więc oddaliłem się.
Rozdział VI - Nowy przyjaciel
Po przygodzie w lesie miałem już serdecznie dość tej całej podróży. Postanowiłem więc wrócić do domu. Przedtem jednak, zgodnie z obietnicą, przyszedłem pożegnać się z Baltazarem. Czekał już na mnie z pożegnalnym obiadem.
- Dziękuję za tak wspaniałą gościnę, jakiej mi udzieliłeś, ale muszę już wracać - rzekłem mu po obiedzie.
- Szkoda. Mógłbyś zostać tu na zawsze. Spędzalibyśmy wesoło czas na czytaniu książek i na tym, czego tylko byśmy chcieli.
- Chętnie bym tu został, ale sam rozumiesz. Moja Róża na pewno się niecierpliwi - odpowiedziałem memu gospodarzowi - No i jeszcze baranek tam został. Nie mogę ich zostawić samych.
- Oczywiście. Jesteś odpowiedzialny za swoich przyjaciół. Ale gdybyś jednak zgodził się zostać, to mógłbym zbudować w kosmosie małą planetę, gdzie zamieszkalibyśmy my i wszyscy twoim przyjaciele, których poznałeś podczas podróży.
Jego propozycja bardzo mi się spodobała, nie wiedziałem jednak, jak on chce tego dokonać.
- Jak to zrobisz? - zapytałem.
- Za pomocą czarów - odrzekł na to mój przyjaciel - Jak zauważyłeś, umiem nieco czarować.
- I czy na tej planecie byłaby Róża?
- Oczywiście.
- I Pilot?
- Jak najbardziej.
- I Lis, i Baranek, i Żuk, i ty?
- No pewnie.
- W takim razie zgadzam się.
Baltazar uśmiechnął się do mnie radośnie, po czym wyjął on mapę galaktyki i gdzieś w wolnym miejscu narysował ołówkiem planetę o nazwie „Friends“, a także narysował na niej piękną grotę, jezioro, mały wulkan i domy dla naszych przyjaciół.
- Wszystko jest już gotowe - powiedział, gdy skończył - Musimy tylko złapać jakąś kometę, która nas tam zabierze.
Wyszliśmy z groty, wspięliśmy się na najwyższy szczyt i czekaliśmy. Wkrótce po niebie zaczęły latać komety. Baltazar złapał za ogon jedną z nich, ja drugą i ruszyliśmy.
Po kilku minutach byliśmy obaj na miejscu. Czekali już tam wszyscy wyżej wymienieni przez ze mnie przyjaciele z suto zastawionym stołem. Na nasz widok zerwali się ze swoich miejsc i radośnie nas przywitali. Mnie samemu zaś łzy radości stanęły w oczach na ten widok.
- Baltazarze! - zawołałem rzucając się smokowi na szyję - Jesteś po prostu genialny!
- Oczywiście - zaśmiał się mój uczony przyjaciel - Wiedziałem o tym od dawna. Ale cieszę się, że potwierdzasz moje przypuszczenia.






Brak komentarzy:
Prześlij komentarz