piątek, 8 grudnia 2017

Lapicz, mały szewczyk cz. II


Rozdział VI - Nowi towarzysze podróży:
Motyl bardzo delikatnie usiadł na nosie Lapicza i w oto ten sposób zbudził on szewczyka ze snu. Chłopiec powoli otworzył oczy widząc, że jest już poranek. Zadowolony uśmiechnął się i zamierzał powrócić do krainy snów, kiedy nagle zauważył coś, co go zaniepokoiło. To był brak szczura, który wraz z nimi dzielił nocleg. Został po nim tylko niedopałek cygara.
- O nie! To niemożliwe! - zawołał przerażony Lapicz, biegając wokół mostu i rozglądając się dookoła siebie.
Nie musiał długo to robić, aby zrozumieć, co się stało.
- Moje buty! Nie ma moich butów! I to szczurzysko też zniknęło!
Następnie podbiegł do psa, zaczął go szarpać i zawołał:
- Bundasz! Bundasz! Obudź się wreszcie! Ktoś ukradł moje buty i nawet wiem, kto! Muszę koniecznie je odzyskać.
Bundasz powoli otworzył oczy, ziewnął, stanął na łapach, po czym zaczął powoli węszyć.
- Szukaj, Bundasz! Szukaj! - zawołał Lapicz - Musimy je znaleźć! Te buty nie należą do mnie. Muszę je przecież oddać majstrowi.
Myszka i pies powoli wędrowali przed siebie przez cały ranek aż do południa, ale niestety nie udało im się odnaleźć szczura, który ich okradł. Nie tracili jednak nadziei, że w końcu wpadną na jego trop, a wówczas już oni sobie z nim porozmawiają. Bundasz zapozna go bliżej ze swoimi kłami, jeśli nie zechce on im oddać butów Lapicza.
- Pomocy! Na pomoc! - rozległ się nagle jakiś skrzeczący głos, który wyrwał naszych podróżników z zamyślenia.
Lapicz rozejrzał się dookoła, zastanawiając się, skąd też mogło dobiegać to wołanie. Szybko dostrzegł, iż tym miejscem jest znajdujący się niedaleko potok.
- Ratunku!
Szewczyk szybko pognał w kierunku, skąd dobiegł go krzyk i wtem zauważył wielki kawał drzewa służący za most pomiędzy jednym brzegiem potoku a drugim. Wyrastało z niego kilka niewielkich gałązek i jednej z nich trzymała się myszka płci żeńskiej o blond włosach i niebieskich oczach, z błękitną kokardą na głowie. Była ona aż po szyję zanurzona w wodzie i próbowała bezskutecznie wspiąć się na drzewo. Lapicz wskoczył szybko na ów prowizoryczny most, wyrzucił torbę na brzeg, po czym wyciągnął rękę w kierunku tonącej, wołając:
- Jeszcze chwilę! Szybko! Złap mnie za rękę!
- Nie mogę! - odpowiedziała mu dziewczynka.
- Musisz! Spróbuj, proszę!
Dziewuszka z trudem zdołała dosięgnąć łapki Lapicza, który zaczął wciągać ją na most. Niestety, myszka była zbyt ciężka i szewczyk nie zdołał wykonać swego zamiaru, a zamiast tego sam spadł do wody. Już po chwili oboje, trzymając się mocno za łapki opadli na dno potoku, ale... nie utonęli, gdyż ku swojemu wielkiemu zdumieniu okazało się, że bez trudu mogli w nim oddychać.
Lapicz był zdumiony tym wszystkim, ale przypomniał sobie, iż jego pierwsza opiekunka, pani Scowler opowiadała mu raz legendę o pewnym potomku, którego to woda jest ponoć magiczna i nie można w niej utonąć. Zawsze myślał, że to tylko bajki, ale jak widać, to jest właśnie ten potok.
- Legenda nie kłamała - pomyślał sobie - Ale gdzie jest ta mała?
Szybko spostrzegł, że uratowana przez niego dziewczynka znajduje się tuż obok niego i bardzo słodko się doń uśmiecha. Jeden widok jej uśmiechu sprawił, że serduszko Lapicza zabiło mocniej niż kiedykolwiek przedtem. Nie umiał sobie tego wyjaśnić, ale wiedział, że już bardzo lubi tę uroczo uśmiechającą się istotkę. Miał teraz okazję też się jej lepiej przyjrzeć i zauważył, że nosi ona błękitną sukienkę z bufiastymi rękawami, a jej nosek jest czerwony i bardzo uroczy. Gdzieś on już widział taki nos i takie oczy... Tylko gdzie?
Nie miał jednak czasu, aby się nad tym zastanawiać, ponieważ obok niego przepłynęła ryba, wyraźnie zaintrygowana obecnością dzieci. Lapicz uchylił przed nią maciejówki i uśmiechnął się do niej przyjaźnie. Rybka odpowiedziała mu na to promiennym uśmiechem, po czym nagle zza wodorostów wypłynęło całe stado rybek, które zaczęło wesoło pływać wokół obu myszek. Do tego grupka ostryg dołączyła do nich, wykonując różne wygibasy. Lapicz oraz jego nowa znajoma wpatrywali się w to zaintrygowani i bardzo zachwyceni.
Nagle jednak rybki przerażone rzuciły się do ucieczki, a ostrygi zaryły się głęboko w mule. Lapicz zaczął wypatrywać wokół siebie czegoś, co mogło je wystraszyć i bardzo szybko pojął, co się stało. Przyczyną ucieczki wodnych stworzeń był wielki, stary sum płynący właśnie w ich stronę. Wyraźnie zamierzał on zjeść obie myszki na obiad. Przerażony Lapicz zrozumiał, że w walce z nim nie ma szans, więc musi uciekać. Złapał swoją towarzyszkę za łapkę i zaczął szybko płynąć z nią ku górze. Miał nadzieję, że wyskoczą oboje z wody i dosięgną mostu, po czym wespną się na niego. Niestety, chociaż wyskoczyli z wody, to jednak nie udało im się łapkami dosięgnąć drzewa, po czym siła grawitacji pociągnęła ich na dół, lecz zanim to się stało Lapicz dostrzegł stojącego na moście Bundasza, który próbował coś wywęszyć (prawdopodobnie swego przyjaciela).
- Bundasz! - krzyknął Lapicz i zaraz zniknął z dziewczynką (wciąż trzymającą się jego łapki) pod wodą.


Pies na szczęście zdołał go dostrzec, a także dostrzegł suma, który na chwilę wyskoczył z wody, po czym rzucił się w pościg za swym posiłkiem. Bundasz już wszystko zrozumiał. Zawarczał groźnie i skoczył na ratunek przyjacielowi. Nie zastanawiał się nad tym, jakim cudem może on oddychać pod wodą - teraz nie miało to dla niego najmniejszego znaczenia. Teraz musiał uratować Lapicza zanim będzie za późno.
Tymczasem dzielny szewczyk, trzymając wciąż mocno w swojej dłoni dłoń dziewczynki, płynął szybko przed siebie, żeby jakoś uciec goniącej ich rybie. Niestety, ta była coraz bliżej. Kłapnęła paszczą, ale chybiła. Kłapnęła jeszcze raz i tym razem obie myszki znalazły się w jej pysku. Bundasz, który dostrzegł suma i płynął tuż za nim, jęknął przerażony, ale nie stracił zimnej krwi. Wiedział, co musi zrobić. Dopłynął jak najbliżej suma i bez litości ugryzł go z całej siły w ogon. Sum z bólu otworzył paszczę i wypluł swoje ofiary, które szybko zaczęły płynąć przed siebie, próbując mu uciec. Musieli się spieszyć, ponieważ ich prześladowca jakoś wyswobodził ogon z zębów Bundasza, dał nim psu po pysku i zaczął jeszcze zacieklej gonić obie myszki.
Na całe szczęście Lapicz nie miał głowy tylko po to, aby nosić na niej czapkę. Dostrzegł on nagle leżący na dnie potoku wielki pniak z wyrastającą z niego małą gałęzią. Wiedział już, co musi zrobić. Wpłynął tam szybko z dziewczynką licząc na to, iż sum podąży za nimi. Miał rację - ryba pognała za nimi i... utknęła w pniaku, nie mogąc się już z niego wydostać, zaś obie myszki wyskoczyły z drzewa przez wystającą z niego gałązkę i popłynęły na górę. Nim się obejrzały, wyskoczyły one z wody i wylądowały na brzegu. Teraz były już bezpieczne. Zaraz za nimi z wody wynurzył się Bundasz cały i zdrowy. Lapicz odetchnął z ulgą, uśmiechnął się do psa, mówiąc:
- Dzięki, kudłaczku. Wierny z ciebie kompan.
Potem podał łapkę dziewczynce, aby mogła ona wstać. Ta oczywiście przyjęła jego dłoń, uśmiechnęła się lekko i powiedziała:
- Och, to była naprawdę ostatnia sekunda. Już myślałam, że ta ryba nas pożre. Wspaniale ją oszukałeś. Bardzo ci dziękuję.
Lapicz poczuł w tamtej chwili, że rozpływa się niczym masło pod wpływem tego jakże cudownego uśmiechu zdobiącego słodką buzię dziewczynki. Zanim jednak zdążył cokolwiek powiedzieć, usłyszał jakiś skrzeczący głos:
- Nie ma za co!
Był to ten sam głos, który zwabił go tutaj. Rozejrzał się dookoła i zauważył wówczas siedzącą na drzewie zieloną papugę z kolorowym ogonem. Jej głowę zdobiła niebieska, kapitańska czapka.
- Nie ma za co - rzekła ponownie papuga, kłaniając się Lapiczowi.
Dziewczynka zachichotała wesoło, widząc ten widok.
- To jest moja papuga, Perro. On zawsze jest taki krzykliwy.
Następnie myszka spojrzała w kierunku swojego wybawcy i rzekła, delikatnie przy tym dygając:
- A ja jestem Liza.
- Lapicz! - zawołał wesoło chłopiec - Wspaniały artysta i praktykant szewski od stóp do głów. Do usług, panienko.
To mówiąc uchylił on lekko swojej maciejówki, z której to wyskoczyły trzy małe żabki, co wywołało śmiech papugi.
- Dowcipniś - mruknął urażonym tonem Lapicz.
- Daj mu się pośmiać. On tego potrzebuje - powiedziała Liza - Wiesz, chyba sam Bóg cię tutaj przysłał. Gdybyś nie przechodził w pobliżu, to... Wolałam, ale nikt mnie nie słyszał.
- Ratunku! Na pomoc! Na pomoc! - zawołał Perro, zaczynając latać wokół myszek.
- Ja usłyszałem cię od razu - powiedział Lapicz.


Liza zachichotała, a papuga usiadła jej na głowie.
- To nie mnie usłyszałeś. To był głos mego przyjaciela, Perro.
- O rety! Powinienem się domyśleć - jęknął nieco zawstydzony Lapicz - To by dopiero było, gdyby taka miła dziewczynka miała tak skrzeczący głos.
To mówiąc wpatrywał się on w błękitne oczy uśmiechającej się doń Lizy czując, że jeszcze chwila i chyba całkowicie utonie w tych oczach. Nie wiedział, czemu tak się dzieje, jednak wiedział, że może się wpatrywać w te oczy całymi godzinami.
- Tenor! Tenor! - zaskrzeczał Perro z głowy Lizy.
Bundasz tymczasem zaczął wesoło machać łapami na prawo i lewo, żeby zwrócić na siebie uwagę. Nie lubił on bowiem pozostawać z dala od wydarzeń.
- To jest Bundasz, prawdziwy pies morski - przedstawił go Lapicz.
Kudłacz wesoło, jak na zawołanie zanurkował, po czym wyskoczył na brzeg.
- Witaj, Bundasz - zaskrzeczał Perro.
Pies tymczasem zaczął się otrzepywać z wody, ochlapując myszki i papugę, która to urażona odleciała z powrotem na drzewo.
- No, to teraz już jesteśmy wszyscy mokrzy - zachichotała Liza - Muszę ci podziękować za uratowanie z paszczy tej wielkiej ryby.
Bundasz wesoło polizał Lizę po twarzy.
- Chodźmy lepiej wszyscy na słońce - zaproponował Lapicz - Jeśli zaraz nie wyschniemy, to nam płetwy urosną.
Pomysł ten wszystkim przypadł do gustu, dlatego dwie myszki, papuga i pies ruszyły na słońce. Należy przy tym zauważyć, że Bundasz idąc tam trzymał w pysku czerwony tobołek w białe kropki, który należał do Lizy, a który on znalazł na brzegu.
- To bardzo miłe z twojej strony, ale dalej już sama go poniosę - rzekła Liza, odbierając swój tobołek i głaszcząc psa po nosie - Pięknie dziękuję, Bundasz.
- Zasada: robię, co mogę! - zaskrzeczał Perro, siadając przy tym wesoło na głowie Bundasza (który bynajmniej nie był z tego faktu zadowolony).
- Musisz wiedzieć, że Perro występował kiedyś w cyrku i ja też - wyjaśniła Lapiczowi Liza.
- Niemożliwe - rzekł Lapicz.
- Ależ tak, ale pewnego dnia zachorowałam i wtedy dyrektor cyrku wyruszył dalej bez nas.
- Dlaczego mówisz „bez was“, skoro tylko ty zachorowałaś?
- Ponieważ Perro czuwał przy mnie przez cały czas i nie chciał mnie opuścić, dlatego dyrektor i jego zostawił. Potem zaś wyzdrowiałam i od tego czasu szukamy naszego cyrku. Przewędrowaliśmy już kawał drogi, ale wciąż nie trafiliśmy na jego trop.
- Może dalej pójdziemy razem? - zaproponował Lapicz.
- O tak! To cudowny pomysł! - zawołała radośnie Liza.
- Ja chętnie rozwinę transparent! - zaskrzeczał Perro.
- Tak, ja też, ale taniec bez muzyki nie sprawia mi żadnej przyjemności - rzekła smutno Liza.
- Co chcesz przez to powiedzieć? - spytał Lapicz.
- Dzisiaj rano ktoś ukradł mi pozytywkę.
- Ukradł?!
- Tak, niestety. Grała ona bardzo ładną melodię, przy której bardzo chętnie tańczyłam.
- Mnie też jakiś podły typ ukradł buty, ale nie przejmuj się. Odzyskamy wszystko. I twoją pozytywkę i moje buty.
- Zarozumialec! Chwalipięta! - zaskrzeczał złośliwie Perro, ale umilkł, kiedy to oburzony jego zachowaniem Bundasz złapał go mocno swoimi uszami, po czym związał go nimi i zakneblował.
- Co za bezczelny dziób! - zawołał Lapicz urażonym tonem - Jak ty znosisz tego komicznego ptaka?!
Liza posmutniała bardzo, słysząc te słowa, ponieważ było jej nieco wstyd za zachowanie papugi, lecz zdążyła już przywyknąć do jego zachowania i miała nadzieję, że Lapicz także to zrobi, dlatego powiedziała:
- Tylko on mi pozostał.
Lapicz pokiwał głową ze zrozumieniem, zaś jego złość na papugę przeszła.
- Chodź, nie smuć się! - zawołał przyjaźnie - Będziemy razem, dopóki nie odnajdziemy twojego cyrku. Ja też nie lubię wędrować samotnie.
Liza uśmiechnęła się do niego czule, a Lapicz ponownie poczuł, jak jego serce zaczyna mocniej bić, a prócz tego rozgrzewa je od środka jakiś taki dziwny płomień, którego znaczenia jeszcze nie rozumiał, ale który sprawiał mu wielką przyjemność.


Rozdział VII - Czworo to już kompania:
Lapicz, Liza, Bundasz i Perro powoli szli przed siebie, nie spiesząc się w ogóle. Czuli, że jest im bardzo przyjemnie razem, we czwórkę i prawdę mówiąc, mogliby spędzić tak ze sobą już resztę życia. Po prostu wędrując przed siebie bez jakiegoś większego celu, byleby tylko przebywać w swoim towarzystwie. Choć uczciwie należy tutaj przyznać, że nie każdy był w tej kompanii zadowolony z nowego towarzystwa. Zwłaszcza Bundasz, który choć z miejsca polubił Lizę, to jednak jej papuga wyraźnie działała mu na nerwy swoim skrzekliwym głosem oraz wykrzykiwaniem różnych słów, jak również siadaniem mu na głowie i śmianiem się z przechwałek Lapicza, który chcąc zaimponować Lizie mówił ciągle, co zrobi temu złodziejowi jej pozytywki, gdy już go dostanie w swoje ręce. Liza oczywiście nie zwracała uwagi na to, iż szewczyk po prostu się przechwala, aby zrobić na niej dobre wrażenie. Patrzyła na niego z zachwytem w oczach czując, jak jej serduszko mocniej bije w piersi i to od pierwszej chwili, gdy go tylko zobaczyła. Wiedziała dobrze, co do niego czuje i czuła, iż on czuje do niej to samo. Nie miała pojęcia, skąd to wie. Po prostu wiedziała.
Nasi wędrowcy szli sobie tak powoli przez pewien czas, aż powoli zaczął nadchodzić wieczór, a oni sami poczuli, że są zmęczeni i trochę głodni. Lapicz miał trochę zapasów od Marka i jego mamy, więc podzielił się nimi z kompanami, ale mimo wszystko było tego wszystkiego bardzo mało, a ich głód tylko chwilowo został zaspokojony.
- Trzeba nam znaleźć jakiś dobry nocleg - powiedział Lapicz - Inaczej znowu będziemy spać pod gołym niebem.
- Lepiej tego nie róbmy - rzekła Liza, lekko drżąc ze strachu na samą myśl o tym - Jeszcze znowu nas ktoś okradnie i co wtedy?
- Kradziej! Kradzież! - wrzeszczał Perro, latając nad głowami dzieci.
- Racja... Ale spokojnie... Widzisz tę wioskę naprzeciwko nas? - to mówiąc Lapicz wskazał wyżej wymienione miejsce palcem - To już bardzo blisko. Tam nas przenocują. A na jedzenie sobie zapracujemy. Nie będzie nam tam źle.
- Z tobą na pewno nie, Lapicz - uśmiechnęła się Liza, łapiąc chłopca pod ramię i lekko się do niego tuląc.
Lapicz zarumienił się, a Perro skrzeczał ze śmiechu, ku wielkiej irytacji szewczyka, który miał ochotę rzucić w niego kamieniem, ale powstrzymał się ze względu na Lizę.
Powoli dotarli do wioski, ale nie zastali w niej wielu mieszkańców, głównie kobiety pracujące przed domami. Jedną z nich była pani szop w średnim wieku, ubrana w czarną spódnicę, białą koszulę, różowy fartuch i czarną chustę, która rąbała drewno na opał. Jej praca musiała być dla niej naprawdę męcząca, ponieważ co chwila ocierała pot z czoła i delikatnie przy tym jęczała.
- Ach, co za harówka! - mówiła sama do siebie, próbując jakoś rozbić na kawałki wielki kloc drzewa - Sama chyba nigdy tego nie skończę.
- Wygląda na to, że potrzebuje pani pomocy - rzekł Lapicz, podchodząc do niej.
Pani szop uśmiechnęła się do niego przyjaźnie, ponownie ocierając sobie ręką pot z czoła.
- Masz rację, chłopcze. Mój syn Melvin, już od kilku dni nie wraca do domu, a ja sama nie mogę sobie z tym wszystkim poradzić.
Oczywiście Lapicz i Liza oraz ich przyjaciele nie wiedzieli, że Melvin to pomagier Szczurzego Pazura, podłego złodzieja, który ich okradł. Gdyby tylko o tym wiedzieli, to pewnie mieliby tej zacnej kobiecinie coś niecoś do powiedzenia o jej synku. Jednakże nic na ten temat nie wiedzieli, chociaż być może, gdyby to wiedzieli, to i tak by nie puścili pary z ust, aby nie ranić uczuć kobieciny.
Tak czy inaczej nie mieli o tym zielonego pojęcia, a ciężka praca, której to się poddawała pani szop bardzo ich wzruszyła.
- Wspaniale! - zawołała Liza - To znaczy, że przyszliśmy w samą porę! Jazda, chłopcy! Do roboty!
Lapiczowi niezbyt się spodobało to, że Liza jako jedyna dziewczynka w ich kompanii tak się rządzi, ale z drugiej strony i tak chciał pomóc pani szop, więc postanowił obrócić rozkazy przyjaciółki w żart i rzekł:
- Ona ma chyba nas na myśli. No chodź, Bundasz! Załatwimy to.



Już po chwili Lapicz zawzięcie rąbał na połówki kawałki drewna podawane mu przez Bundasza. Psu roboty nie ułatwiał Perro siedzący mu na głowie i wciąż komenderujący.
- I raz! I dwa! I raz! I dwa! - skrzeczał - Szybciej, Bundasz! Szybciej!
Pies miał już serdecznie dosyć tej papugi i gdyby nie Liza, to z wielką chęcią by pokazał temu ptaszysku, co to znaczy drażnić go. Jednak obecność uroczej dziewczynki sprawiła, że stary kudłacz cierpiał w milczeniu, podobnie jak i Lapicz, którego skrzek papugi również nieźle drażnił.
- Och, jesteście wspaniali! - zawołała pani szop pełnym zachwytu głosem - Tylko uważajcie na siekierę! Nie skaleczcie się!
Lapicz tymczasem dalej rąbał jak leci kawałki drzewa podawane mu przez Bundasza, który był teraz jeszcze bardziej poirytowany, ponieważ Perro złapał kilka lecących w powietrzu kawałków drzewa i zrzucił je złośliwie psu na głowę, zaśmiewając się przy tym do rozpuku. Och, jak bardzo Bundasz miał teraz ochotę go naznaczyć swoimi zębami. Bardzo tego chciał i gdyby nie Liza, to taki los by spotkał papugę.
Sama zaś Liza siedziała obok i śmiała się wesoło z całej tej sytuacji.
- Bundasz, nie rób takiej głupiej miny!
Jej śmiech w końcu rozdrażnił Lapicza, który popatrzył na Lizę, potem zaś wskazał na Bundasza i rzekł:
- To nie w porządku! On jeden tylko mi pomaga!
- No, już dobrze, ja też wam pomogę! - zaoferowała się Liza - Pójdę do domu i rozpalę w piecu!
To mówiąc wzięła od Bundasza kilka kawałków drzewa i pobiegła z nimi do domu pani szop.
- Och, nie wiem, co ja bym bez was zrobiła! - jęknęła załamanym głosem kobiecina.
Lapicz dalej rąbał drzewo, ocierając co jakiś czas pot z czoła.
- No, w piecu już płonie wesoły ogień! - zawołała Liza, wybierając z domu - A co robi Perro, to leniwe stworzenie?
- Pomagam w pracy - zaśmiał się wesoło Perro, latając wciąż wokół Bundasza i drażniąc go jeszcze mocniej.
Pies jednak szczeknął groźnie, próbując go dosięgnąć. Nie udało mu się to, lecz wskutek owego szczeku poleciał do koryta z wody i tym razem to Bundasz miał powód do śmiechu.
- Bardzo śmieszne - zaskrzeczał Perro, wypluwając strumień wody z dzioba.
- No, robota już skończona - powiedziała radośnie pani szop, po czym nagle posmutniała - Aż mi strasznie głupio, że nie mam wam czym zapłacić. Nawet jedzenia mam niewiele. Mój syn Melvin jeszcze nie powrócił, a ja muszę żyć z tego, co zarobię pomagając sąsiadom. Ale spokojnie. Podzielę się z wami tym, co mam.
Lapicz i Liza jednak uznali, iż nie byłoby to zbyt szlachetne zabierać biednej kobiecinie to, co miała tylko dlatego, że sami byli głodni. Dlatego też powiedzieli, że nic nie szkodzi i może farmerzy się z nimi podzielą.
- A właśnie, gdzie oni są? - spytał Lapicz.
- Zaraz powinni wrócić - odpowiedziała mu pani szop - Jak usłyszycie wesołą pieśń, to będziecie wiedzieli, że wrócili. Oho! Chyba już wracają. Słyszycie?
Dzieci nadstawiły uszu i rzeczywiście usłyszeli oni wesołą rozmowę, której dźwięk zbliżał się właśnie do domu pani szop. Jednocześnie również dostrzegli zmierzających polną drogą w kierunku wioski farmerów, którzy to wyraźnie byli bardzo zadowoleni, że skończyli już swoją pracę.
- Och, jak lekko robi mi się na sercu, gdy świerszcze cykają! - zawołał jeden z nich, wysoki i barczysty niedźwiedź - Zaśpiewajmy coś!



Chwilę później farmerzy zaczęli śpiewać:

My, farmerzy - przyjaciele!
Pracujemy cały dzień!
Napełniamy beczki, kufle!
Cieszy nas słoneczny dzień!

My, farmerzy - przyjaciele!
Pracujemy, żeby cieszyć się!
By pogodnie śpiewać wiecznie
Wszyscy razem ruszmy w tan!

Tu, w czasie pracy wszyscy zmęczeni są!
A potem przy jedzeniu radują się!
Przyjaźń łączy nas, a więc bawmy się!
My, farmerzy! Hej!

My, farmerzy - przyjaciele!
Życie nasze piękne jest!


Gdy farmerzy wkroczyli do wioski, kobiety witały ich radośnie wraz z dziećmi, a prócz tego niektóre śmiały się szczęśliwe, inne z kolei klaskały, zaś jeszcze inne dołączyły do śpiewu. Nieco później kobiety uszykowały wielki stół, przy którym to farmerzy pracujący na polu dzień po dniu mieli zjeść sutą kolację uszykowaną przez ich żony, siostry oraz krewne. Kobiety zjadły swój posiłek wcześniej, więc teraz mężczyźni jedli go sami, a ich towarzyszki życia dolewały im mleka, piwa i wina.
- Teraz, po dobrze wykonanej pracy, zadbajmy o nasze żołądki - rzekł farmer niedźwiedź z uśmiechem na twarzy - Jedzcie z apetytem, przyjaciele. Na zdrowie!
- Na zdrowie! - zawołali radośnie farmerzy, wznosząc toast każdy na cześć wszystkich pozostałych.
Lapicz z Lizą, Bundaszem i Perro powoli podeszli do ogrodu, w którym to odbywała się uczta, po czym Lapicz z Lizą stanęli na ławce, żeby móc lepiej zobaczyć, co się tam dzieje. Widok uczty jednak przypomniał im dobitnie, że sami są bardzo głodni.
- Ech... Jak to widzę, to aż w brzuchu mi burczy, jakby kot chrapał - rzekł Lapicz do Lizy.
Dziewczynka uśmiechnęła się delikatnie i powiedziała:
- Wiesz... Mam pomysł, jak zdobyć coś do jedzenia.
- Piraci! Bierzmy, co się da! - zawołał Perro.
Liza spojrzała na niego karcąco.
- O nie, Perro! - zawołała - Nic z tych rzeczy! Żadnych takich! My nigdy nie kradniemy! Na jedzenie zarobimy uczciwie!
- Ale w jaki sposób? - spytał Lapicz.
Liza zeskoczyła z ławki i powiedziała wesoło:
- Zobaczysz. Zaczekaj tu chwilę.
Lapicz także zeskoczył z ławki i uważnie przyglądał się dziewczynce, jak ta szepcze coś na ucho Bundaszowi, po czym wraz z nim i Perro rusza w kierunku najbliższej stodoły.
- Jaka ona tajemnicza. Ciekawe, co wymyśliła - powiedział zaintrygowany tym wszystkim Lapicz.



Rozdział VIII - Genialny występ Lizy:
Kobiety podawały farmerom jedzenie oraz nalewały im napoje, a ich mężowie uśmiechali się do nich przyjaźnie, dziękując im za to, co robią. Nagle to wszystko przerwał wesoły dźwięk trąbki. Wszyscy szybko odwrócili się i spojrzeli w stronę najbliższej stodoły, z której doleciała ich ta gra. Wówczas zauważyli, jak drzwi tego pomieszczenia otwierają się i ze środka wychodzi Bundasz z przywiązanymi do jego ciała wózka pełnego kwiatów, który pies ciągnął bardzo zadowolony. Na jego głowie siedział Perro, grający na trąbce.
Lapicz również uważnie to wszystko obserwował.
- A gdzie jest Liza? - zapytał sam siebie bardzo zaintrygowany tym widokiem.
Ciekawiło go, co jego przyjaciółka zaplanowała i obserwował uważnie to, co robili pies i papuga.
Tymczasem Bundasz oraz Perro powoli zbliżyli się do farmerów, po czym drugi z nich zakończył grę na trąbce i zawołał głośno:
- Panie i panowie! Kochane dzieci! Oto najwspanialsza akrobatka na świecie, panna Liza!
To mówiąc wskazał on skrzydłami na wózek pełen kwiatów, z którego nagle wyskoczyła Liza ubrana w żółtą, trykotową sukienkę, służącą jej do występów. Lapicz uśmiechnął się radośnie, widząc ją w tej kreacji i czuł, że dziewczynka jeszcze bardziej mu się w niej podoba.
Farmerzy także byli pod wrażeniem, ponieważ wszyscy zaczęli się wpatrywać w Lizę, która zeskoczyła z wózka i wykonała przed nimi kilka radosnych figur tanecznych. Gdy jej wzrok spotkał się nagle ze wzrokiem Lapicza, to uśmiechnęła się do niego radośnie, a on poczuł, że właśnie spłonął rumieńcem, choć nie umiał wyjaśnić sobie, dlaczego.
Publiczności spodobał się występ i zaczęła bardzo radośnie go oklaskiwać, czekając na jego dalszy ciąg. Perro tymczasem szepnął coś Bundaszowi na ucho, a ten przyniósł ze stodoły linę, której jeden koniec przywiązał do jednego drzewa, a potem podbiegł do drugiego drzewa, na którym siedział Perro, zachęcający go do działania, mówiąc:
- Dalej! Dalej!
Bundasz podbiegł do drzewa i rzucił papudze koniec liny, zaś ta bez trudu zawiązała go na gałęzi.
- Brawo, Bundasz! - zawołała radośnie Liza, klaszcząc w dłonie.
Potem podbiegła do psa, który wesoło podsadził ją i lekko podrzucił w górę. Dziewczynka sprawnie i zwinnie wylądowała na linie, która tylko delikatnie zakołysała się pod jej ciężarem. Liza zachichotała radośnie, gdyż bardzo lubiła robić to, co teraz robi, po czym zaczęła wesoło skakać po linie, chodzić po niej oraz wykonywać różne cyrkowe akrobacje, które to wręcz zachwycały farmerów i ich rodziny.
- Och! Jaka ona odważna! - powiedział Lapicz głosem pełnym podziwu dla przyjaciółki - Tańczy bez siatki chroniącej od upadku na ziemię.
Na linie wylądował nagle Perro, który zaczął radośnie tańczyć z Lizą, również będąc przy tym bardzo zadowolony. Widać było, że jemu również brakowało możliwości popisywania się przed wielką publicznością. Choć co prawda, teraz nie mieli typowej dla siebie publiki, to jednak z zachwytem patrzyła ona na wcześniej im nieznane występy.
Tymczasem Liza podskoczyła lekko w górę i wylądowała bardzo zwinnie na skrzydłach Perro, który złapał ją tak, jak zwykle to czynił podczas ich poprzednich występów w cyrku. Nagle jednak Liza zachwiała się, jakby straciła równowagę, a Perro z trudem zaczął ją utrzymywać w swoich skrzydłach. Wyglądało na to, że dziewczynka zaraz spadnie na ziemię. Lapicz bardzo się przestraszył, kiedy to zobaczył.
- Nie bój się, Lizo! Już biegnę! - zawołał, po czym biegiem znalazł się na miejscu tuż pod liną.
Bundasz, którego także bardzo zaniepokoiła utrata równowagi przez Lizę, zaczął wraz z Lapiczem biegać pod liną, aby w razie czego złapać dziewczynkę, jeśli ta spadnie. Mysz i pies biegali w te i we wte, próbując zapobiec tragedii, aż w końcu wpadli na siebie nawzajem, przewracając się na ziemię, co wywołało śmiech u farmerów, którzy uznali to wszystko za część przedstawienia.
Liza tymczasem odzyskała jakoś równowagę i śmiejąc się radośnie dalej wykonywała swoje sztuczki, oczywiście w towarzystwie wiernego Perro. Potem oboje zwinnie zeskoczyli na ziemię, wykonując przy tym zgrabne szpagaty.
Farmerzy klaskali zachwyceni, gdy przedstawienie dobiegło końca. Byli pod jego wielkim wrażeniem. Również Lapicz nie ukrywał swojego podziwu dla Lizy, zaś Bundasz podbiegł do dziewczynki i celowo kopnął jedną łapą Perro, przez co ten wylądował w misce z polewką farmera niedźwiedzia, zaśmiewającego się z tego wszystkiego. Bundasz szczeknął zadowolony i zaczął sam składać pokłony publiczności, ciesząc się przy tym, że dokuczająca mu papuga jest teraz cała w zupie.
Perro jednak nie przejął się tym wszystkim. Szybko stanął na równe nogi, po czym uchylił czapkę przed niedźwiedziem i zaskrzeczał:
- Koniec przedstawienia!
Farmerzy zaczęli bardzo głośno klaskać na znak swego podziwu dla młodych artystów, których występ bardzo ich zachwycił.
- Brawo! Brawo! - wołał farmer niedźwiedź - Byliście wspaniali. A teraz na pewno przyda się wam coś na wzmocnienie! Siadajcie zatem! Zasłużyliście sobie na ciepły posiłek!
Jego żona stwierdziła to samo, podobnie jak wszyscy inni farmerzy. Dlatego też bez wahania podzielili się oni swoim posiłkiem z dziećmi i ich towarzyszami. Ponieważ jednak przy stole nie było dość miejsca, to Lapicz z Lizą, Bundaszem i Perro usiedli wygodnie przy wielkiej beczce, na której kilka kobiet postawiło im jedzenie. Gdy już zjedli swoją porcję, to zaraz podały im kolejne danie i kolejne i jeszcze jedno. Ostatnim daniem była przepyszna kasza ze skwarkami, którą dzieci z psem oraz papugą zajadali łyżkami raz za razem, aż im się uszy trzęsły.


- Wiesz, Liza, jestem mile zaskoczony - powiedział wesoło Lapicz - Sądziłem, że za twój występ dostaniemy tylko skromny posiłek, a tu proszę. Jemy teraz tak sutą strawę. Jesteś po prostu genialna.
- Nie, ja jestem tylko dobra - uśmiechnęła się do niego Liza - Po prostu miałam dobrą publiczność.
- Dobra publika... Dobre jedzonko! - stwierdził Perro.
- Trudno, żebyśmy nie docenili tak wspaniałych artystów - rzekł na to jeden z farmerów, młody bóbr - Zwłaszcza, że mało mamy tutaj takich atrakcji.
- Hej, Lapicz! Powiedz mi, proszę, jeśli jesteś praktykantem szewskim, to dlaczego chodzisz bez butów? - zapytał farmer niedźwiedź.
Lapicz posmutniał, gdy usłyszał to pytanie. Wspomnienie dokonanej na nim nie tak dawno kradzieży nie było dla niego miłe, jednak postanowił odpowiedzieć na zadane mu pytanie.
- Powiem wam... Miałem niedawno najpiękniejsze buty na świecie, lecz mi je skradziono, ale spokojnie! Odnajdę je, a później zwrócę mojemu majstrowi!
Farmerzy byli wyraźnie bardzo przejęci tym, co powiedział im Lapicz. Na ich twarzach malowało się przerażenie pomieszane ze współczuciem.
- A mnie wczoraj wieczorem ktoś ukradł błękitną marynarkę - rzekł farmer, który był starszym kotem z wielkimi, siwymi wąsami.
- A ja nie mogę odżałować mojej beczułki pełnej miodu - powiedział farmer niedźwiedź.
- Złota moneta mojej babci też zginęła - dodał farmer dodo.
- Ja zaś miałem nowiutką siekierę i łopatę! I one też zniknęły bez śladu! - zauważył farmer królik.
- Zaraz, zaraz! - zawołał Lapicz, podbiegając do nich - Przecież to nie może być przypadek!
- Ahoj, piraci! - zaskrzeczał Perro, latając wokół Bundasza.
- Macie może jakieś podejrzenia? - spytał Lapicz.
- No wiesz... Można by tak powiedzieć, ale nie mamy jeszcze pewności - odpowiedział farmer dodo.
- No, wystarczy. To może poczekać do jutra! - urwał tę dyskusję farmer niedźwiedź - Wszyscy mamy ciężki dzień za sobą. Chodźmy lepiej spać. Jest już późno, a noc jest krótka.
Była to prawda, ponieważ słońce już dawno zdążyło zajść za horyzont, zaś księżyc dumnie ukazał się na niebie. Farmerzy przyznali rację swojemu koledze, więc zaczęli wstawać od stołów i życzyć sobie nawzajem dobrej nocy. Już po chwili prawie farmerzy wrócili do swoich domów, gdzie udali się na spoczynek. Został tylko farmer niedźwiedź i jego żona.
- Dobranoc - rzekł do ostatniego z przyjaciół, po czym zwrócił się do Lapicz, Lizy, Bundasza i Perro - A wy najlepiej prześpicie się na świeżym sianku. Tu, w mojej stodole.
- To doprawdy miło z waszej strony - powiedział wzruszony Lapicz - Dziękujemy. Dobranoc.
- Miłych snów - dodała Liza.


Dzieci poszły do stodoły i wybrały sobie miejsca do spania. Bundasz zasnął tuż pod drzwiami budynku, aby czuwać nad swymi przyjaciółmi i aby nikt nie zakłócił ich snu, a Perro wygodnie usadowił się na drabinie opartej o ścianę stodoły. Lapicz zaś oparł się wygodnie o ścianę budynku i wpatrywał się w Lizę w jej błękitnej sukience, która to wygodnie ze swoim tobołkiem (w którym miała zapakowany swój trykotowy strój do występów cyrkowych) wygodnie ulokowała się na sianie i spała sobie słodko. Lekko się przy tym uśmiechnął i poczuł, jak serce mu bardzo mocniej bije. Wiedział, że dla tej dziewczynki jest gotów na wszystko, byleby tylko uczynić ją szczęśliwą.
- Mój Lapicz - szepnęła Liza przez sen.
- Mój... Powiedziała „mój“ - uśmiechnął się zadowolony chłopiec - Może... Może czuje do mnie to samo, co ja do niej?
Z taką oto myślą powoli spojrzał w niebo i wpatrywał się w gwiazdy. Potem zamknął oczy i nagle przypomniał sobie pewną piosenkę, którą to niegdyś śpiewała mu przed snem pani Scowler. Jak ona szła? Ach tak! Już sobie przypomniał.

Weź mnie dzisiaj z sobą, proszę, wprost do gwiazd!
Tam, gdzie żadnych trosk już nie zna świat.
Mocno trzymaj mnie za rękę w słodkim śnie.
Szczęście zawsze będzie tam.

Lecąc pod gwiazdami poczujesz w sercu moc.
A pod nami ziemia trudna tak.
Poszukamy miejsca, w którym szczęście jest.
Zawsze będę trzymać twoją dłoń! Twoją dłoń!



Rozdział IX - Pożar:
- Aaa! Ogień! Pali się! Pożar! Ludzie, obudźcie się! Pożar! - rozległ się głośny wrzask lisa farmera.
Nie był to wcale żart, ponieważ rzeczywiście jeden z budynków w wiosce zaczął płonąć. Całe szczęście, iż jeden z chłopów poszedł napić się wody ze studni i wówczas zauważył, co się dzieje. Gdyby nie to, to chyba cała wioska poszłaby z dymem.
- O nie! Pali się! - wrzeszczeli ludzie, wybiegając w nocnych koszulach oraz szlafmycach ze swego domu.
Wśród nich była pani szop, która była wręcz załamana tym, co się dzieje. I nic dziwnego, bo przecież to właśnie płonęła stodoła jej i jej syna Melvina.
- Boże! To straszne! - krzyczała - Całe zbiory! Wszystko stracone!
Stodoła ciągle płonęła, a tymczasem jeden z farmerów, będący bardzo starym żółwiem, pobiegł do kościoła i zaczął dzwonić w dzwon, aby wszyscy mieszkańcy wioski mogli dowiedzieć się o tym, co się stało i żeby przybyli oni gasić pożar. Odniosło to skutek, ponieważ wszyscy farmerzy oraz ich rodziny szybko wybiegły z domów i widząc pożar, łapali wiadra, konewki i inne przedmioty, mogące nosić wodę, po czym zaczęli czerpać wodę ze studni i wylewali ją na ogień.
- Stodoła Melvina się pali! Pożar! Szybko, ludzie! Musimy go zaraz ugasić! - krzyczał farmer niedźwiedź, dowodzący akcją ratunkową.
Kilku z chłopów podstawiło szybko drabiny, na których stawali inni farmerzy z wiadrami oraz konewkami pełnymi wody, próbujący ugasić pożar. Niestety, ich działalność przynosiła więcej hałasu niż efektu.
Wskutek tego harmideru Lapicz powoli otworzył oczy i zobaczył ten jakże przerażający widok.
- O nie! Ogień! Pożar! Pożar! Pali się! Alarm! Alarm! - zaczął bardzo głośno krzyczeć, budząc w ten sposób swoją towarzyszkę podróży.
- Co się pali? - spytała Liza, podnosząc się powoli z siana.
- Naprzeciwko stodoła! - odpowiedział jej Lapicz.
Dziewczynka spojrzała we wskazanym przez chłopca kierunku i aż krzyknęła z przerażenia.
- O nie! Musimy coś zrobić! - zawołała, ale nie wiedziała, co mogłaby zrobić.
Lapicz na szczęście nie stracił zimnej krwi. Szybko zbiegł po drabinie na ziemię, na której spał Bundasz.
- Ech... Tego śpiocha nie obudziłoby nawet trzęsienie ziemi - mruknął dość złośliwym tonem Lapicz, a głośno dodał: - Chodź tutaj, Bundasz! Szybko! Musimy pomóc!
Na szczęście jego krzyki pies zdołał usłyszeć i bez namysłu pobiegł za swoim przyjacielem. Nad nimi leciał Perro, którego wołania Lapicza także wyrwały ze snu.
Chłopi tymczasem gasili pożar na swój sposób. Jedni na drabinach lali wodę na ogień, jeszcze inni ustawili się w rzędzie przy studni, po czym podawali sobie wiadro, które napełnili wcześniej wodą. Ostatnia osoba w owym rzędzie wylewała wodę na płomienie, po czym wiadro szło ponownie tą samą drogą do studni, było szybko napełniane i znowu jego zawartość szła na płomienie.
- Potrzebujemy jeszcze jedną drabinę! - krzyczał farmer niedźwiedź, który miał najwięcej rozsądku w całej tej kompanii.
Farmer żaba szybko podskoczył do stodoły z drabiną, na której siedział już farmer jaszczurka z wiadrem pełnym wody.
- Jeszcze jedna drabina i jeszcze więcej wody - wołał farmer żaba, prędko podbiegając do stodoły - O tak! Dobrze idzie!
Jaszczurka jednak nie trafił wodą w ogień, gdyż zamiast tego zleciał z drabiny i wylądował z głową w swoim wiadrze.
- Nic ci nie jest? - zapytał przerażony farmer żaba.
Jaszczur spojrzał na niego gniewnym spojrzeniem i warknął:
- Ty i te twoje genialne pomysły.
- Ktoś musi się wdrapać na dach! - zawołał Lapicz, podbiegając do płonącej stodoły - To jedyna szansa, jaką mamy!
- Na pomoc! Na pomoc! - skrzeczał Perro, latający wokół chłopów.
Bundasz powoli stanął na tylnych łapach, a przednimi podsadził Lapicza na dach, jednak ten był za wysoko ustawiony i chłopiec miał problem z dostaniem się na niego. Bundasz stawał więc na palcach, aby mu to umożliwić, ale był za niski.
- Już idę! - zaskrzeczał Perro, lądując na dachu.
Podbiegł do Lapicz, złapał go skrzydłami za łapkę i zaczął ciągnąć w swoją stronę. Było to trudne, ponieważ chłopiec był od niego dużo większy, ale wreszcie wciągnął go na górę, przy czym siła, jaką przy tym użył była tak wielka, że zanim się obejrzeli, to obaj wylądowali na samym szczycie dachu (stodoła bowiem miała dach spadzisty) i z trudem uniknęli oni upadku w płomienie.
- Jazda! Teraz woda! Naprzód! - zawołał Lapicz.
Jeden z farmerów rzucił mu wiadro wody. Chłopiec złapał je zwinnie i wylał jego zawartość na ogień. To samo zrobił z kilkoma innymi wiadrami, jednak płomienia nie zdołał w ten sposób zgasić. Lapicz na całe szczęście wiedział, co musi w takiej sytuacji zrobić.
- Panie niedźwiedziu! Szybko, drąg! - zawołał.
Niedźwiedź złapał za poproszony przedmiot, po czym wziął ogromny zamach i krzyknął:
- Masz, Lapicz! Chwytaj!
Szewczyk zwinnie złapał drąg, po czym zaczął nim uderzać o płonące deski z dachu. Pamiętam on bowiem doskonale o tym, jak któregoś dnia wybuchł pożar w miasteczku. Wówczas jeden z mieszkańców zrzucił drągiem płonącą część dachu z całej reszty, dzięki czemu pożar nie zdołał rozprzestrzenić się na cały budynek. Teraz Lapicz zamierzał zrobić to samo.
- Och, gdybym tylko mogła mu jakoś pomóc! - jęknęła głucho Liza, która z przerażeniem obserwowała to wszystko.
W końcu starania Lapicza odniosły sukces, ponieważ płonące deski odleciały od dachu, po czym upadły na ziemię. Chłopi odbiegli od nich, aby się nie sparzyć, ale farmer niedźwiedź nie stracił głowy.
- Woda! Polejcie to wodą!
Kilku chłopów szybko złapało za wiadra, napełnili je wodą i bez większego trudu ugasili pożar.
- Och, do stu piorunów! Taki mały smyk, a jaki odważny! - zawołał jeden z farmerów głosem pełnym zachwytu.
Lapicz rozejrzał się dookoła i dostrzegł nagle Lizę wpatrującą się w niego z zachwytem. Poczuł, że serce zaczyna mu mocniej bić. Rzecz jasna wcale nie robił tego po to, aby się przed nią popisać, ale mimo wszystko bardzo go ucieszyło, że dziewczynka widziała go w akcji.
Nagle poczuł, jak belka, na której stoi pęka, po czym on sam leci w dół, w ostatniej chwili łapiąc się innej belki.
- Lapicz! - krzyknęła przerażona Liza.
Niestety, kolejna belka, której trzymał się szewczyk, pękła nagle z powodu przypalenia się podczas pożaru i chłopiec opadł na dół.
- O nie! - krzyknęli chłopi.
- Dlaczego tak się stało? Nie powinniśmy pozwolić mu wejść na górę! - zawołał farmer borsuk.
- Musimy szybko coś zrobić - jęknęła Liza do Perro oraz Bundasza - Przecież nie możemy stać bezczynnie!
Jednak biedna dziewczynka nie miała jak dostać się do stodoły, gdyż drogę zagradzali jej lamentujący chłopi, który ominąć nie miała jak.
- Już nie możemy mu pomóc!
- Tak mi przykro!
- Dzielny, mały szewczyk!
Nie wiedzieli jednak, że Lapicz nie zginął, a jedynie spadł do otwartej skrzyni pełnej pyłu ze spalonej części dachu.


- Ale tu nakurzone - powiedział, wychodząc ze skrzyni i otrzepując się mocno z kurzu.
Nagle dostrzegł czarne kalosze stojące na małej szafce.
- O! Nie do wiary! Przecież to moje buty! - zawołał radośnie.
Podbiegł do swojego obuwia, złapał je wesoło w dłonie, po czym wysunął się przez dziurę w dachu i krzyknął:
- Hej, ludzie! Chodźcie tutaj! Odnalazłem swoje buty!
Jego widok uradował wszystkich zebranych przy stodole chłopów, a także przyjaciół szewczyka.
- Spójrzcie! To przecież jest Lapicz! - zawołał farmer niedźwiedź - On żyje!
- Oczywiście! A co myśleliście? - zaśmiał się chłopiec - Chodźcie do mnie! Tu jest więcej niespodzianek!
Farmerzy zaczęli wiwatować na cześć swojego bohatera, a następnie tłumnie wbiegli do stodoły, aby mu pogratulować.
- Lapicz, jesteś najdzielniejszym chłopcem, jakiego kiedykolwiek spotkałem - powiedział zachwycony farmer niedźwiedź, unosząc Lapicza w górę.
- Hej, spójrzcie! To moja łopata! - zawołał farmer zając, podnosząc nagle z podłogi swoją własność - Już dawno myślałem, że za tymi kradzieżami kryje się Melvin!
Rzeczywiście, wokół nich leżały wszystkie jakiś czas temu skradzione im przedmioty. Stodoła Melvina była bowiem wykorzystywana przez niego i jego herszta jako kryjówka dla zebranych przez nich łupów.
- Wiedziałem, że to sprawka Melvina! - wołał dalej farmer zając.
- Ach, Melvin jest tylko małym pionkiem - stwierdził farmer dodo - Boicie się to głośno powiedzieć, ale prawda jest taka, że głównym sprawcą kradzieży jest ten łotr, Szczurzy Pazur!
- O! To ciekawe! Moje buty ukradł też jakiś jeden szczur! - zauważył Lapicz.
- Aha! A więc Szczurzy Pazur! - zawołał farmer niedźwiedź, ściskając w dłoni swój ul - Melvin jest z nim w zmowie i ukrywa wszystkie łupy w stodole.
- Mam wielką chęć zadbać o to, żeby Melvin nam za wszystko zapłacił - wtrącił farmer lis.
- Chodźcie! Złapiemy go! - zarządził niedźwiedź, po czym szybko wybiegł ze stodoły, a chłopi pobiegli za nim.
W tej samej chwili do budynku wbiegł Bundasz, który czule polizał chłopca po twarzy.
- Och, Lapicz! Co ty wyprawiasz? - zapytała Liza, wchodząc do środka wraz lecącym nad nią Perro - Przecież mogłeś tam zginąć! Dlaczego tak ryzykowałeś?!
- Przecież nie mogłem pozwolić, żeby spłonęła cała wioska - odpowiedział jej szewczyk.
- Och, Lapicz! - Liza była wyraźnie zachwycona chłopcem i jego bohaterskim czynem - Byłeś taki dzielny. Nikt inny by się na to nie odważył.
- Uznanie! - zaskrzeczał radośnie Perro, latając wesoło w powietrzu - Ojej! Wielkie uznanie!
Lapicz tymczasem zadowolony z otrzymanych komplementów powoli wyjął ze skrzyni niewielką szkatułeczkę, którą to już wcześniej dostrzegł. Widział już takie rzeczy na pewnym jarmarku i wiedział, że to pozytywka, a wszak Liza wspominała, że właśnie pozytywka jej zginęła. Może to właśnie jest ten przedmiot, który ona straciła?
- Lizo... Czy to twoje? - spytał.
Dziewczynka radośnie wzięła od niego szkatułkę i otworzyła ją, po czym dobiegła ją prześliczna melodia, wydobywająca się z niej.
- Och! To moja pozytywka! Odzyskałam pozytywkę! - zawołała wesoło Liza.
Następnie przysunęła się do Lapicza i powoli potarła swoim nosem o jego nos. Chłopiec poczuł, że jego twarz spłonęła rumieńcem, zaś w oczach miał już tylko słodką buzię dziewczynki, która patrzyła na niego z wielkim zachwytem i uczuciem bynajmniej nie siostrzanym.


- Otwieraj, Melvin! Wiemy, że jesteś w środku! - rozległy się głośne krzyki farmerów, dobijający się do drzwi pani szop.
Ich wrzaski wyrwały z transu Lapicza.
- A tam co znowu? - zapytał i podbiegł do okna stodoły, aby zobaczyć, co się dzieje.
- Lapicz! - jęknęła przerażona Liza, bojąc się, że chłopiec zobaczył tam znowu coś niepokojącego.
Miała racją, gdyż widok był naprawdę niepokojący. Chłopi dobijali się do drzwi domu pani szop, która otworzyła im i załamanym oraz zapłakanym głosem wyjaśniła im, że jej syna nie ma.
- To się jeszcze okaże! - zawołał farmer zając, odpychając kobietę na bok - Zaraz to sami sprawdzimy!
Bardzo dokładne oględziny domu dokonane przez kilku chłopów nie dały jednak oczekiwanego rezultatu, gdyż Melvina naprawdę tam nie było.
- Aha! Ptaszek wyfrunął z klatki, ale dopadniemy gagatka! - zawołał zawzięty farmer zając, wychodząc z chaty pani szop.
- Kiedyś przecież musi wrócić do domu, a wtedy złapiemy tego obwiesia! - stwierdził farmer niedźwiedź.
- Swoją stodołę będzie sam odbudowywał! To pewne! - rzekł farmer dodo.
- A ja bym chętnie podgryzł mu szyjkę! - dodał mściwie farmer lis - I temu jego hersztowi także!
- Tak, na pewno nie ty jeden - zaśmiał się lekko niedźwiedź, jednak widząc załamaną panią szop, która ze łzami w oczach powróciła do swojej chaty i zamknęła za sobą drzwi, poczuł, że nie powinni tego przy niej mówić, więc dodał spokojniejszym tonem: - No, wystarczy już tego. To może poczekać do jutra.
Pod wpływem jego słów farmerzy powoli rozeszli się do swoich domów i zostawili panią szop w spokoju.
- Ojej, ależ zawzięli się na niego - rzekł załamanym głosem Lapicz - Wiecie, zaczynam niemal żałować tego Melvina.
Bundasz szczeknął wesoło, po czym podał chłopcu jego buty, w które to mały szewczyk z uśmiechem na ustach wskoczył, a następnie odtańczył kozaka, aby sprawdzić, czy wciąż na niego pasują. Pasowały jak ulał.
- Wiecie co? - zapytał Lapicz swoich przyjaciół, kiedy już skończył tańczyć - Powinniśmy złożyć wizytę mamie Melvina.
Jego kompani nie mieli nic przeciwko temu.


Rozdział X - Misja Lapicza:
Zgodnie ze swoim postanowieniem Lapicz udał się do domu pani szop, a jego przyjaciele udali się tam z nim, bo chociaż nie było im wcale żal Melvina, to bardzo żałowali jego matki, która w ich oczach była jedną z najszlachetniejszych istot na świecie. Poza tym Lapiczowi przypominała ona bardzo żonę Mistrza Zrzędy, więc już choćby z tego powodu chciał jej pomóc.
Kobieta wpuściła ich do środka ze smutnym uśmiechem na twarzy.
- Och! Jak to dobrze, że to wy - westchnęła - Już się bałam, że to znowu ci farmerzy. Widziałam twój bohaterski czyn, Lapiczku... Dziękuję ci. Bardzo ci za to dziękuję. Byłeś naprawdę bardzo dzielny.
- Tak, ale niechcący też zdemaskowałem pani syna jako złodzieja - westchnął smutno chłopiec.
- Pani nie wiedziała, co on trzyma w stodole? - spytała Liza.
- Niestety, nie... Melvin ostatnio zaczął mieć przede mną tajemnice.
- My właśnie w sprawie tych tajemnic - rzekł Lapicz - Możemy wejść?
Pani szop wpuściła całą czwórkę do domu i zamknęła za nimi drzwi.
- Chcemy z panią porozmawiać o Melvinie - rzekł po chwili Lapicz.
- Och, mój biedny syn - westchnęła załamana pani szop, siadając na stołku - Teraz już rozumiem, dlaczego znikał nawet na kilka dni i wracał nocami. Chodził na rozbój ze Szczurzym Pazurem! Och, Boże drogi! Wielki Boże! Dlaczego ten bandzior musiał wziąć na wspólnika właśnie jego?!
Po tych słowach zaczęła jeszcze bardziej ronić łzy.
- Niech pani już nie płacze. Przecież dla Melvina jest jeszcze szansa.
- O czym ty mówisz, Lapiczku?
- To prawda. Jak to mówią, nie taki diabeł straszny, jak go malują. Proszę mi uwierzyć.
Kobieta powoli otarła sobie oczy chusteczką i jęknęła:
- Mój Melvin nie może teraz wrócić do domu. Przecież chłopi zrobią mu krzywdę, jak tylko go zobaczą.
- Biedaczek - westchnęła Liza, której też zaczęło być żal Melvina.
- Ten chłopiec ma właściwie dobre serce - mówiła dalej pani szop - To ten podły Szczurzy Pazur go namówił! Jemu nie przyszłoby do głowy coś takiego.
Załamana chlipała dalej, mówiąc:
- To wszystko z biedy! On z biedy zaczął kraść, jestem tego pewna! On wcale nie kradnie dla przyjemności, ale z biedy. Niedawno, zanim znowu zniknął, mówił mi, że będziemy w końcu bogaci. Teraz już wiem, co miał na myśli. Boże, biedny Melvin! Dlaczego dałeś się omotać temu łajdakowi?! Melvin, mój synku!
- Musimy mu powiedzieć, żeby rozstał się z tym łotrem - stwierdził Lapicz - Najlepiej będzie, jeśli zaraz ruszymy na poszukiwania.
- Jakie znowu „my“? - zaskrzeczał Perro wyraźnie zły, że Lapicz mówi w imieniu ich wszystkich.
Bundasz jednak warknął na niego groźnie i ptak zamilkł w pół słowa.
- Jeżeli ty idziesz, to my idziemy z tobą, Lapicz - powiedziała Liza, patrząc z zachwytem na szewczyka.
Chłopiec uśmiechnął się do niej delikatnie, po czym rzekł:
- Bardzo ci dziękuję, Lizo. Musimy jednak ruszać natychmiast. Im szybciej znajdziemy, tym lepiej. Melvin musi zrozumieć, że nie może tak żyć.
- Gdy tylko go znajdziecie, to dajcie mu ten przynoszący szczęście talar - powiedziała pani szop, po czym sięgnęła do kieszeni i wyjęła z niej srebrną monetę, którą podała Lapiczowi - To jest magiczna moneta, która ponoć przynosi szczęście temu, kto otrzyma ją od kogoś z dobroci serca tego, kto mu ją daje. Nie wiem, czy to jest prawda, ale dał mi ją mój śp. mąż. Może Melvin, jak to zobaczy, to przypomni sobie o mnie i zrozumie, jak bardzo mnie rani. Ale tego mu nie mówcie. Dajcie mu tylko ten Szczęśliwy Talar i powiedzcie, że bardzo mi go brakuje.
- Powtórzymy i oddamy talar - odparł Lapicz, chowając monetę do swej torby podróżnej - Przyrzekam na swoje imię.
To mówiąc skierował swoje kroki ku wyjściu, a Liza, Bundasz i Perro ruszyli za nim.
- Bądźcie ostrożne, dzieci - powiedziała za nimi pani szop - I uważajcie na Szczurzego Pazura. On jest niebezpieczny.
- Będziemy uważać! Do widzenia! - zawołał do niej Lapicz.
- Ach, co za noc! - jęknęła Liza, głośno przy tym ziewając - Nie jesteś jeszcze zmęczony?
- Owszem, ale obiecaliśmy i musimy dotrzymać słowa - odpowiedział jej Lapicz.
- On obiecał, a my musimy - zaskrzeczał złośliwie Perro, mocno przy tym ziewając.
Nikt jednak nie zwrócił na niego uwagi i cała kompania ruszyła przed siebie na poszukiwania Melvina.


Jakiś czas później nastał świt, a świat zaczął odżywać. W tym samym czasie dzielni ratownicy honoru Melvina poczuli, że siły ich opuszczają, więc postanowili nieco odpocząć.
- Tu chyba będzie dobrze - rzekł Lapicz, wskazując samotnie rosnące drzewo.
Bundasz położył się pod nim, a Perro usiadł mu na głowie, skrzecząc tylko:
- Śpijcie dobrze.
Chwilę potem już spał. Lapicz zaś ziewnął głośno i rzekł:
- Prześpijmy się chwilkę i ruszajmy dalej. Musimy wykonać naszą misję.
- Tak... Ale to za chwilę - dodała Liza, także ziewając.
Lapicz powoli położył głowę na sierści Bundasza, a Liza wyłożyła się obok niego.
- Do zobaczenia - szepnęła słodko.
Chwilę później już spała. Lapicz uśmiechnął się i zamknął zmęczony oczy. Zanim jednak zasnął poczuł, jak coś bardzo mocno do niego przylega. Otworzyła zmęczone ślepka i zauważył, iż jest to Liza, która mocno się w niego wtuliła. Uśmiechnął się delikatnie, objął dziewczynkę ręką i po chwili usnął ponownie.
W tym samym czasie, w pewnej starej tawernie niedaleko wioski grupa chłopów spędzała swój czas jedząc śniadanie, pijąc piwo, grając w karty i robiąc ciemne interesy. Orkiestra złożono z kilku muzyków przygrywała im ze sceny różne, miejscowe przeboje, dzięki czemu atmosfera w budynku była znacznie przyjemniejsza, przynajmniej dla niektórych.
Przy jednym ze stolików siedzieli Szczurzy Pazur i Melvin. Właśnie zamówili sobie ciepły posiłek i coś do popitki. Herszt zamówił piwo, jego pomagier zaś poprzestał na lemoniadzie, ponieważ dzień był dość gorący i bardzo chciało mu się pić, a za alkoholem nie przepadał.
Właścicielem gospody był stary dzik ubrany w białą koszulę, fioletowe spodnie i brązowy fartuch. Przyniósł on właśnie im obu zamówienie, a gdy już był przy stole, to rzekł:
- Czy słyszeliście, panowie? W pobliskiej wiosce był pożar. Olbrzymi ogień.
- Och! Czyżby? - zapytał bardzo zaintrygowany Szczurzy Pazur, strząsając na podłogę popiół ze swego cygara, które właśnie palił.
- O tak. Stodoła niejakiego Melvina spłonęła. Podobno znaleziono w niej mnóstwo skradzionych rzeczy.
Melvin jęknął, ledwie to usłyszał.
- O nie! Ale to znaczy...
Szczurzy Pazur spojrzał na niego groźnie i szop umilkł, zaś gospodarz mówił dalej:
- Ale ludziom żal matki tego gagatka. Ona jest przyzwoitą kobietą, a taki wstyd ją spotyka.
To mówiąc odszedł, zaś Szczurzy wściekły złapał za kufel i zaczął z niego pić, aby się uspokoić. Nie ułatwiał mu tego Melvin, który łkał wręcz rozpaczliwie i jęczał:
- O nie! Co ja narobiłem?! Moja biedna mama!
- Rycz głośniej, głupku, żeby każdy idiota się domyślił, że to twoja stodoła - warknął na niego Szczurzy Pazur, po czym pociągnął z kufla tęgiego łyka - To ja mam powód do wycia! Ciężką pracą zdobyte łupy przepadły! A to wszystko twoja wina!
- Tak, szefie - jęknął Melvin, po czym powoli zaczął się uspokajać.
Nie było to jednak łatwe i w końcu, aby uciszyć jakoś swoje nerwy, złapał za szklankę z lemoniadą i zaczął z niej pić.
- Weź się w garść z łaski swojej i odstaw tę szklankę! - ryknął na niego Szczurzy Pazur, uderzając pięścią w stół.
Muzycy, słysząc ten raban, przerażeni zbiegli ze sceny bojąc się, że znowu jakiś niezadowolony klient zrobi awanturę i zacznie w nich ciskać kuflem czy też szklankami, jak to już nieraz tutaj bywało. Sam Melvin zaś schował się pod stołem i dopiero po chwili zdobył się na to, aby wysunąć spod niego nos.
- Weź nie rób z siebie pajaca! Siadaj i słuchaj uważnie - rzekł Szczurzy Pazur już spokojniejszym tonem.
Melvin wykonał polecenie, a tymczasem jego herszt dopił piwa i zaczął jeść swój posiłek, jednocześnie mówiąc:
- Proponowałeś mi jakiś nieprawdopodobnie cenny skarb. Gadaj, ile tego jest?!
To mówiąc złapał on Melvina za kurtkę i podniósł go lekko w górę na znak, że wcale nie żartuje i domaga się natychmiastowego udzielenia mu informacji, jednocześnie chuchając mu dymem z cygara prosto w twarz.
- Pełny kuferek, szefie.
Szczurzy Pazur puścił Melvina i zastanowił się przez chwilę.
- Skoro tak, to musimy sobie obaj zorganizować jakiś pojazd. Jutro jest dzień targowy i wszyscy chłopi przyjadą na niego wozami, więc będzie co ukraść, ale o to już sam się zatroszczę. Ten numer jest za duży dla ciebie.
Melvin zachichotał głupkowato i zaczął szybko jeść swój posiłek, popijając go lemoniadą. Szczurzy Pazur zaś zjadł swój, dopił do końca piwo, po czym rzucił rozkazującym tonem:
- Chodźmy wreszcie!
Jego pomagier nalał sobie jeszcze lemoniady i zaczął ją szybko pić.
- No chodźże! - warknął na niego bandyta.
Następnie złapał on za rękę swego pomagiera i zaczął go ciągnąć w kierunku wyjścia. Melvin, który nie zdążył wypić do końca napoju upuścił szklankę na podłogę i potulnie dał się wywlec z gospody.
Po ich wyjściu w gospodzie wszystko odżyło, zaś muzycy ponownie zaczęli wesoło grać na swych instrumentach.

 

C.D.N.

12 komentarzy:

  1. Rozdział VI:
    Lapicz jest bardzo dzielny, podobnie jak Bundasz. Obaj narażali życie, aby ocalić Lizę. No, ale ja widzę, że nasz biedny Lapicz wpadł po uszy, zakochując się w Lizie od pierwszego wejrzenia. Zwłaszcza spodobały mu się jej oczy xD Tylko zastanawia mnie, dlaczego Perro nie przyszedł Lizie z pomocą, gdy znalazła się w niebezpieczeństwie, skoro przy niej pozostał. On i Bundasz zapewne będą się ze sobą droczyć, skoro on ma taki cięty język, jak to z papugami zazwyczaj bywa. W końcu Jago i Gaduła też tacy byli xD Liza wydaje się sympatyczną osobą, przypominającą Meshuę z anime „Księga Dżungli”. Z kolei Lapicz przypomina Mowgliego, bo też jest dzielny i szlachetny. Bundasz okazał się naprawdę dzielny, bo uratował ich przed sumem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz, Perro był za mały, aby wyciągnąć Lizę z wody. Nie zdołałby tego zrobić, dlatego jedynie wołał o pomoc, ale jak widać, przyniosło to skutek :)

      Usuń
  2. Sympatyczne opowiadanie, sporo się tu dzieje i to sporo ciekawych rzeczy. Do tego nowi przyjaciele i chyba pierwsza miłość na horyzoncie się pojawiła. Swoją drogą uroczo tu jest ukazane pierwsze dziecięce zauroczenie. Ale skoro to bajka, to wróżę jej przerodzenie się w prawdziwe uczucie, które zaowocuje związkiem i dziećmi :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Rozdział VII:
    No widzę, że nasi towarzysze trafili do wioski zamieszkałej przez spokojnych i radosnych mieszkańców, którzy wiodą w niej szczęśliwy, choć pracowity żywot. A Perro jest naprawdę złośliwy, bezczelny i denerwujący. Bundasz najwyraźniej stał się ofiarą jego drwin xD Ale wobec Lizy okazał się wierny, skoro zdecydował się przy niej pozostać, kiedy wszyscy ją opuścili, choć z pewnością w cyrku byłoby mu lepiej. A Melvin to się chyba za bardzo matką nie interesuje, skoro zostawia ją ze wszystkim samą, znikając na całe dnie. No i ciekaw jestem, co Liza ciekawego wymyśliła. Czyżby postanowiła zabawić wieśniaków jakimiś sztuczkami bądź też przedstawieniem? :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Obawiam się, że biedne dzieci trafiły z deszczu pod rynnę, tylko jeszcze o tym nie wiedzą.
    Ciekawe jak to dalej rozwiążesz, jeśli syn tej miłej pani jest związany ze szczurzą bandą.

    OdpowiedzUsuń
  5. Rozdział VIII:
    Liza rzeczywiście dała dobry występ, w czym dopomogli jej Bundasz i Perro, i chyba zaczyna odwzajemniać uczucie zakochanego w niej Lapicza. A tym złodziejem, który okrada wieśniaków, to z całą pewnością jest Melvin, skoro jest on mieszkańcem tej wioski.

    OdpowiedzUsuń
  6. Jaki sympatyczny fragmencik.
    Dziewczynka pokazała całemu światu swój wyjątkowy talent i to piękne, nieśmiało się rodzące pierwsze uczucie.
    A co to za piosenka o gwiazdach, nie znam jej?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ta piosenka o gwiazdach pochodzi właśnie z bajki "LAPICZ, MAŁY SZEWCZYK". Nie wymyśliłem jej ani nie dodałem do opowiadania na podstawie bajki. Tę piosenkę zaśpiewali wtedy, gdy Lapicz zasnął i śnił o sobie i Lizie :)

      Usuń
  7. Rozdział IX:
    Już przeczytałem ten rozdział o tym, jak dzielny i odważny Lapicz pomógł ugasić pożar stodoły Melvina i przy okazji odnalazł w niej skradzione rzeczy mieszkańców wioski, a także wzbudził podziw i zachwyt w Lizie xD A Liza wyraźnie podziwia Lapicza i czuje do niego coś więcej niż przyjaźń, ku jego wielkiej radości xD

    OdpowiedzUsuń
  8. Dobrze, że dzieciom nic się nie stało.
    Trochę się boje, żeby ta mama nie ucierpiała, w sumie nie miała wpływu na postępki dorosłego już syna i takie samosądy jak z westernu bardzo źle mi się kojarzą, bo ktoś niewinny może ucierpieć.

    OdpowiedzUsuń
  9. Rozdział X:
    Wydaje mi się, że Melvin wcale nie jest zły, tylko wpadł w niewłaściwe towarzystwo, ale myślę, że Lapicz i jego przyjaciele zdołają przemówić mu do rozumu, choć póki co, to on zachowuje się tak, jakby w ogóle go nie miał xD Perro z kolei jest szczery aż do bólu, a Bundasz najwyraźniej uwielbia spać i ma twardy sen xD A matka Melvina jest poczciwa i uczciwa, toteż nic dziwnego, że tak bardzo przeżyła to, że jej syn dopuścił się licznych kradzieży. Fajna jest ta scena, jak oni śpią razem i Liza tak się wtula w Lapicza. Widać, że naprawdę mu ufa. Naprawdę fajnie Ci wyszła ta scena, jak oni sobie razem śpią. To pokazuje, że wyraźnie mają się ku sobie xD

    OdpowiedzUsuń
  10. Mama jak to mama, zawsze będzie syna bronić.
    A ten mnie bardzo irytuje, nie ma własnego zdania, tylko musi się słuchać takiego gagatka?

    OdpowiedzUsuń

Rodzina Rabatków - Zakochany Bratek cz. IV

Część IV - Swaci : Od tego czasu relacje Bratka i Lilki uległy znacznej zmianie na lepsze. Można by powiedzieć, że stali się oni dzięki...