piątek, 8 grudnia 2017

Lapicz, mały szewczyk cz. III


Rozdział XI - Obietnica Melvina:
Po przebudzeniu się Lapicz i jego przyjaciele ruszyli w dalszą drogę. Co prawda nie byli pewni, w którą stronę powinni iść, ale nasz szewczyk nie był w ciemię bity i wiedział, jak temu zaradzić. Wystarczyło tylko iść w  kierunku, w którym poszedł Melvin zanim zniknął. Kierunek ów wskazała im pani szop, zanim wyruszyli na poszukiwania jej syna, więc wystarczyło tylko się tam kierować. Rzecz jasna istniało ryzyko, że już te tereny opuścił, ale to był jedyny trop, jaki mieli, dlatego też szli nim, mając nadzieję szybko odnaleźć Melvina.
Zabawny musiałby się wydać komuś ten orszak naszych bohaterów, gdyby ktoś ich teraz zobaczył. Najpierw szedł Lapicz z zadowoloną miną. Potem Bundasz niosąc na grzbiecie Lizę siedzącą na nim po damsku, a także Perro, który wygodnie usadowił mu się na głowie. Gdyby ktoś ich teraz zobaczył, to z pewnością nie uznałby ich za ekipę ratunkową, która próbuje uratować Melvina przed strasznym losem, jaki go czekał. A jakiż to los go czekał, Lapicz i Liza doskonale wiedzieli. Wszak ich prawo bez najmniejszych skrupułów skazywało na szubienicę tych, którzy zajmowali się rozbojem. Jedynie wyjątkowo sędziowie, ulitowawszy się nad losem bandyty, dawali mu szansę i zamiast kary śmierci skazywali go na wiele lat więzienia, lecz warunki panujące w takich miejscach nie były do pozazdroszczenia. Dlatego też los Melvina byłby daleki od przyjemnego, gdyby tak go przyłapano na zbójeckim procederze lub gdyby wrócił do wsi i wpadł w ręce wieśniaków, którzy rozzłoszczeni na niego, raczej nie czekaliby na sędziów, lecz sami wymierzyli mu sprawiedliwość. Chociaż Melvin był w oczach chłopów tylko i wyłącznie nędznym złodziejaszkiem, to jednak Lapicz oraz jego przyjaciele widzieli jedynie cierpienie jego matki i choćby dla niej samej byli gotowi znaleźć Melvina i spróbować go przekonać do zmiany sposobu życia.
Dlatego to właśnie nasi bohaterowie ruszyli przed siebie, rozglądając się co jakiś czas dookoła, aby wypatrzyć Melvina, jeśli ten się pojawi.
- Patrzcie, strumień! - zawołał wesoło Lapicz - Może zatrzymamy się tam? Moim nogom przydałaby się mała ochłoda.
Ponieważ nikt nie miał nic przeciwko temu, usiadł on przy strumieniu, zdjął buty i powoli zanurzył swoje stopy w wodzie. Bundasz zadowolony szczeknął, po czym pognał w kierunku strumienia, zrzucając z siebie dziko Lizę i Perro, a sam wskoczył do wody, pluskając się w niej radośnie.
- Och, jaki on uroczy - zachichotała Liza.
Perro miał inne zdanie w tej sprawie, ale nie wyraził go głośno, lecz tylko otrzepał swoje skrzydła z kurzu i zamruczał coś niewyraźnie.
Lapicz tymczasem dalej moczył nogi w wodzie i machał nimi wesoło.
- Och, tak! Jak przyjemnie! Teraz czuję się już znacznie lepiej!
Liza podeszła do niego i zauważyła wówczas na jego stopie dość duży ślad po skaleczeniu.
- Lapicz, przecież ty jesteś ranny! - zawołała zaniepokojona.
Perro powoli usiadł na głowie dziewczynki i pokręcił smutno głową. Widać i jego rana na stopie szewczyka wyraźnie zaniepokoiła.
Lapicz spojrzał na swoją stopę beztrosko i uśmiechnął się lekko.
- Och, spokojnie. To nic. To tylko małe zadrapanie - odpowiedział wesoło - Musiałem się zadrapać, jak spadałem z dachu. Już o tym zapomniałem.
Jego beztroski ton jednak nie przekonał Lizy, aby nie zajmować się tą sprawą.
- Mimo to będzie lepiej, jak ci opatrzę tę ranę.
To mówiąc wyjęła ona z kieszeni chusteczkę i powoli owinęła ją wokół rany Lapicza, a następnie zawiązała mocno, aby nie odpadła.
- Och, moja kochana Lizo. Czego ty nie potrafisz? - uśmiechnął się do niej z wdzięcznością Lapicz, po czym wyłożył się lekko na trawie - Ale musimy zrobić większą przerwę, bo teraz nie włożę nogi do buta.
- Powiedz od razu, że mój opatrunek ci się nie podoba.
- Ależ nie, skąd! On jest wspaniały! Muszę przyznać, że wcale nie czuję skaleczenia. Jak myślisz? Czy będę miał bliznę?
- A nawet jeśli, to co? Przecież to nic strasznego. Ja też mam bliznę. O tu, na kciuku!
To mówiąc wyciągnęła do niego lewę łapkę, na której to rzeczywiście kciuk posiadał niewielką bliznę w kształcie krzyżyka.


- Jak to się stało? - zapytał zatroskany Lapicz, siadając i biorąc do ręki dłoń dziewczynki.
- Zupełnie nie mogę sobie przypomnieć - odpowiedziała mu Liza - Bo wiesz... Byłam wtedy bardzo mała.
- Ja też! Ja też! - zaskrzeczał Perro.
- Dziwne jest to, że w cyrku też nikt nie wie, skąd ją mam. To musiało się pewnie zdarzyć dużo wcześniej.
- Nie zawsze byłaś w cyrku? Gdzie byłaś przedtem? - spytał Lapicz, który znów wygodnie wyłożył się na trawie.
- Tego nie wiem. Dyrektor cyrku powiedział mi, że nie mam rodziców. Nic więcej.
Bundasz, który pływał niedaleko nich, zapłakał bardzo zasmucony po tym, co właśnie usłyszał i lekko zawył. Perro także ronił łzy, chociaż bardzo dobrze znał tę historię, ale niezmiennie ona go wzruszała.
- Prawdopodobnie nigdy się nie dowiem, kim są moi rodzice i skąd pochodzę. Opowiedz mi, Lapicz, jak to jest żyć w normalnej rodzinie.
Lapicz zasmucony podniósł się, uklęknął przed nią i rzekł:
- Tego niestety, nie mogę ci powiedzieć, bo ja też nie mam rodziców. Majster Zrzęda i jego żona przyjęli mnie do siebie. Ale niestety, nigdy nie mogłem majstra zadowolić, żebym nie wiem, jak się starał. No, ale pani majstrowa zawsze była dla mnie jak matka.
- Och, to musi być naprawdę cudowne mieć kogoś, kto się o ciebie troszczy. Zawsze o tym marzyłam.
Lapicz jeszcze bardziej się zasmucił, po czym wziął jej dłonie w swoje dłonie i patrząc dziewczynce w oczy powiedział:
- Przestań się smucić, Lizo. Odtąd będziemy zawsze razem.
- Obiecujesz, Lapicz?
- Obiecuję, Lizo. Obiecuję.
Dziewczynka uśmiechnęła się do niego radośnie, a on sam poczuł, że serce mu bije jak szalone. Tak bardzo chciał, aby ona była już zawsze przy nim, a on przy niej, gdyż nie wyobrażał sobie życia bez niej. Bez swojej małej Lizy... Bez tej uroczej istotki, którą pokochał od pierwszej chwili, w której ją zobaczył.
- Och, Lapicz! - westchnęła wzruszona Liza i objęła mocno chłopca szyję, wywołując na jego twarzy rumieniec.
Szewczyk delikatnie zachichotał czując, że jej uczucia do niego nie są tylko i wyłącznie przyjaźnie, lecz większe. Bo czy tak przytula cię ktoś, kto jedynie cię lubi?
- Lizo... Chcę, żebyś wiedziała, że...
- Tak, Lapicz? - spytała dziewczynka, czule patrząc mu w oczy.
- Że... Że... Że strasznie cię... lubię.
- Tylko lubisz? - spytała ze smutkiem w głosie dziewczynka.
- Nie... Nie tylko! - zaprotestował szybko Lapicz - Ja... Ja ciebie bardzo... Bardzo...
- Tak?
- Nie wiem, jak to wyrazić, ale jest tego bardzo... silne... uczucie.
Liza zachichotała delikatnie i otarła się ponownie nosem o jego nos, po czym złożyła na nim bardzo czuły pocałunek. Następnie zaś zachichotała wesoło, widząc rumieniec na twarzy Lapicza.
- Jesteś kochany - powiedziała.
- Ty także - zaśmiał się chłopiec, po czym złapał za buty i zaczął je zakładać na nogi - No, ale teraz zbierajmy się. Musimy znaleźć Melvina. Bundasz, pora na nas!
Bundasz uśmiechnął się wesoło do niego, po czym zachichotał złośliwie i wypuścił z pyska strumień wody, który uderzył prosto w Perro. Ten zaskrzeczał gniewnie i miał już coś powiedzieć, kiedy nagle usłyszeli coś, co ich oderwało od wszelkich innych myśli. Tym czymś był dźwięk dobiegający z wielkiej skarpy tuż nad nimi.
Lapicz i Liza spojrzeli w górę i zauważyli, że na skarpie pojawia się pędzący tamtejszą drogą wóz ciągnięty przez karego konia, którego woźnica bezlitośnie smaga batem. Tym woźnicą był ubrany na czarno szczur z cygarem w ustach. Lapicz bez trudu go rozpoznał.
- Tam! Patrz, to on! To on ukradł moje buty! - zawołał - To musi być Szczurzy Pazur!
Obok niego na wozie był jakiś szop w zielonej kurtce i podobnych spodniach.
- A to musi być Melvin - dodała Liza.
Nagle od wozu, pod wpływem pędu, w jakim on gnał przed siebie odpadło koło, przez co cały pojazd wywrócił się, a Melvin zleciał z niego i potoczył się wraz z kołem w kierunku skarpy.
- Och, mamo! Mamo! - wrzeszczał przerażony szop.
- Oj, temu to się spieszy! - zawołał Lapicz, po czym pognał pod skarpę, żeby pomóc biedakowi.
Chwilę później Melvin stoczył się ze skarpy i zleciał w dół, a za nim zrobiło to koło, które spadło na niego.
- Melvin! Melvin! Ty nędzna fajtłapo! Wracaj mi tu natychmiast! - zaczął wrzeszczeć wściekły Szczurzy Pazur.
- Ale przypadek! Ty jesteś Melvin? - spytał Lapicz - Ja jestem Lapicz. Znam twoją mamę. Bardzo się o ciebie martwi.
Melvin spojrzał na niego załamany i jęknął:
- Ojej... Moja biedna, biedna mama.
- Cii! - syknął na niego Lapicz bojąc się, że Szczurzy Pazur jeszcze usłyszy ich rozmowę - Muszę ci coś powiedzieć.
- Gdzie jesteś, głupku?! Mam cię tu przyprowadzić?! - wrzeszczał dalej ze złością Szczurzy Pazur.
- Nie! Nie, szefie! Wszystko w porządku! Już idę! - odpowiedział mu Melvin.
- Mam nadzieję, durniu! Myślisz, że sam będę ten wóz naprawiał?! - ryknął na niego bandzior.
- Twoja mama uważa, że nie powinieneś wracać do wioski - rzekł do szopa szeptem Lapicz - To by było zbyt niebezpieczne. Mieszkańcy są na ciebie strasznie rozzłoszczeni.
- Wiem, słyszałem już. Odkryli oni w mojej stodole łupy z kradzieży - jęknął smutno Melvin - A wszystko przez ten pożar.
- Skąd o tym wiesz?
- Mówili o tym w oberży. Dobrze, że nie wiedzieli, kim jestem, bo z miejsca by mnie mogli aresztować. Mnie i szefa.
- Właśnie, a propos twojego szefa... Twoja mama była zrozpaczona, kiedy się dowiedziała, dla kogo pracujesz.
- Och, moja biedna matka! Jaki wstyd jej przyniosłem! Jaki wstyd! - łkał dalej Melvin - Ale zrozum mnie, proszę. Ja nie dla zabawy taki jestem. To wszystko z biedy! Po śmierci mojego ojca wpadliśmy w biedę, źle nam się powodzi i... No, może nie tak źle, ale nie tak dobrze, jak kiedyś. I bardzo chciałem polepszyć nasz byt... A Szczurzy Pazur obiecał mi spory udział w łupie z każdego napadu, więc się zgodziłem. Ale nie chcę, żeby coś złego się stało mojej mamie. A właśnie, co z nią?
- Dobrze. Na szczęście farmerzy nic jej nie zrobili.
- Och, moja biedna mama!
- Ciesz się, Melvin, że masz taką mamę. Dała mi coś dla ciebie, ale zanim to dostaniesz musisz przyrzec, że rozstaniesz się ze Szczurzym Pazurem.
- Obiecuję.


Lapicz z uśmiechem wyjął ze swojej torby podróżnej monetę od pani szop i podał ją Melvinowi, mówiąc:
- To jest talar, który przynosi szczęście i pomoże ci prowadzić uczciwe życie.
Szop wziął od niego monetę, bardzo czule ją ucałował, po czym schował ją do kieszeni.
- Melvin, jak długo mam jeszcze czekać?! - rozległ się nagle wściekły wrzask Szczurzego Pazura.
Lapicz złapał Melvina za rękę i zaczął go powoli wydobywać z koła, które było na niego wbite.
- Bundasz! Chodź mi pomóż! - zawołał.
Wierny pies pognał do niego, a tymczasem Lapicz wydobył szopa z pułapki i uśmiechnął się wesoło.
- O, jesteś! - rzekł zadowolony na widok Bundasza - Posłuchaj...
I szepnął mu coś na ucho. Pies zadowolony pokiwał szybko łbem na znak, że rozumie, o co chodzi.
- Rozumiesz? To ruszaj!
Bundasz podbiegł szybko do niewielkiej sosny rosnącej w pobliżu i wygiął ją jak katapultę.
- A teraz proszę zająć miejsce - rzekł Lapicz, wskazując na drzewo.
Melvin usiadł na nim, trzymając w dłoniach koło, a po chwili Bundasz puścił drzewo i ono niczym katapulta wystrzeliło szopa w kierunku skarpy.
- Dotrzymaj przyrzeczenia! - zawołał za nim Lapicz.
- Już idę, szefie! - krzyknął Melvin i wpadł prosto na Szczurzego Pazura, powalając go na ziemię.
- Złaź ze mnie! - warknął na niego bandyta i zrzucił go z siebie - Jesteś i zawsze będziesz durniem! Rusz się i napraw to koło!
Melvin z pośpiechem podniósł wóz, a jego herszt niechętnie nałożył na nie koło. Na tym jego rola w pomaganiu szopowi się skończyła, ponieważ resztę Melvin musiał już zrobić sam, czyli przybić młotkiem kołpak, żeby koło nie odleciało ponownie od wozu. Kiedy już wszystko było gotowe, to Szczurzy Pazur usiadł na koźle, strzelił batem i pognał wozem przed siebie.
- Hej, szefie! Poczekaj na mnie! - krzyknął Melvin, w ostatniej chwili łapiąc się wozu i próbując z trudem wejść do niego.
Chwilę później obaj opryszkowie zniknęli w tumanie kurzu.
- A jedź sobie, jedź, na spotkanie z kolejnym łotrostwem - powiedział ze złością w głosie Lapicz - Mam tylko wielką nadzieję, że Melvin będzie nieugięty i dotrzyma danego mi słowa.


Rozdział XII - Przepowiednia wróżki Sophie:
Ponieważ misja Lapicz i Lizy została wykonana, to dzieci mogły teraz odpocząć. Co prawda bardzo chciały zapobiec dalszym przestępstwom Szczurzego Pazura, ale nie mieli co liczyć na to, że go dogonią, dlatego też postanowili sobie odpuścić i zająć się swoimi sprawami. Mieli oni również nadzieję, że Melvin posłucha Lapicz i zerwie wszelkie kontakty ze swoim hersztem, a być może też zechce mu przeszkodzić w jego dalszych poczynaniach. Gdyby tak się stało, to wtedy dzieci byłyby dużo spokojniejsze, bo przecież ten nędznik Szczurzy Pazur sam raczej niewiele by zdziałał i być może wreszcie zapanowałby w tej okolicy spokój.
Z takimi oto też myślami Lapicz i Liza powrócili nad potok, po czym widząc Bundasza, skaczącego do wody i pluskającego się w niej, popatrzyli na siebie wesoło.
- Może też się wykąpiemy? - zaproponowała Liza.
- Doskonały pomysł! - zaśmiał się Lapicz.
Już po chwili dzieciaki zrzuciły z siebie ubrania i wskoczyły do wody, a następnie dołączyły do Bundasza, rozpoczynając w ten sposób wesołą zabawę. Jedynie Perro darował sobie takie przyjemności, gdyż tak, jak u większość ptaków, pływanie nie było jego mocną stroną, a prócz tego nie chciał, aby posklejały mu się pióra.
Po wesołej kąpieli dzieci padły na trawę i zaczęły się na niej suszyć, a gdy już wyschły do końca, to wciągnęły szybko na siebie swoje ubrania i powoli ruszyli w kierunku najbliższego miasteczka. Mieli nadzieję również zarobić tam na siebie tak samo, jak w wiosce. Ostatecznie sztuczki cyrkowe były bardzo mile widziane wszędzie, a chociaż ich repertuar nie był zbyt wielki, to jednak zawsze był dość atrakcyjny, więc można było zarobić na nim nieco grajcarów, a może nawet dostać jedzenie i nocleg.
Nasi bohaterowie z takimi oto myślami szli spokojnie w kierunku miasta. Tak, jak ostatnim razem Lapicz szedł przodem, a za nim Bundasz niosący na swym grzbiecie Lizę i Perro.
- Jak dużo ludzi jest w drodze - powiedział Lapicz widząc, jak w stronę miasteczka zmierza wielu chłopów na wozach i wózkach - Chyba dzisiaj jest dzień targowy.
- Wiesz co? Byłam kiedyś w tym mieście z cyrkiem - powiedziała Liza z uśmiechem na twarzy.
- Naprawdę? Może więc mamy szczęście i twój cyrk znowu jest tutaj? - zasugerował Lapicz.
Liza jednak skrzyżowała ręce na piersi i powiedziała:
- To już mnie zupełnie nie obchodzi. A właściwie to wcale nie mam zamiaru wracać do cyrku.
To mówiąc zeskoczyła ona z Bundasza, spojrzała na Lapicza i dodała czułym tonem:
- Wolałabym zostać z tobą.
Lapicz uśmiechnął się do niej czując, jak serce mocno bije mu w piersi z radości i szczęścia.
- Tak? Rzeczywiście tego chcesz? - zapytał.
- Oczywiście. Jesteś taki dobry, kochany, szlachetny i śliczny... Znaczy się silny... - Liza zachichotała i zarumieniła się lekko - A ten podły dyrektor cyrku to prawdziwy oprawca! Zostawił mnie, kiedy byłam chora i gdyby nie Perro, to być może wcale bym nie wyzdrowiała! Mam go już dosyć! On może dla mnie nie istnieć. Już koniec z tym! Nie będę więcej dla niego pracować. Zostaję z tobą... Jeśli oczywiście tego chcesz.
- Czy chcę?! - Lapicz aż podskoczył z radości - Oczywiście, że tego chcę! Juhu! Jestem najszczęśliwszym szewczykiem na świecie!
Liza uśmiechnęła się do niego wesoło. Lapicz cieszył się z tego, że ona z nim zostaje, więc pewnie czuł do niej to samo, co ona do niego. Inaczej aż tak by się nie cieszył, prawda?
Bundasz też nie ukrywał swojej radości, bo polizał kilka razy Lizę po twarzy.
- Ohyda! - zaskrzeczał Perro, widząc to.
Lapicz zachichotał i powoli ruszył wraz ze swoją kompanią w kierunku miasteczka.
Nie uszli jednak zbyt daleko, gdyż nagle zauważyli przed sobą wielkie drzewo i siedzącą po nim mysz staruszkę o szarych oczach oraz czerwonym nosie. Była ona cała siwa, a jej ubiór stanowiły niebieskie szaty z kapturem oraz wielkimi, kolorowymi łatami. W dłoni trzymała ona kostur, szyję zaś miała przewiązaną fioletowym szalikiem i wyraźnie była bardzo przygnębiona.


- Pięknego dnia życzę pani! - rzekł przyjaznym tonem Lapicz, podchodząc do niej - Nazywam się Lapicz.
- Miło mi cię poznać, mój chłopcze – odpowiedziała mu kobieta - Ja jestem Sophie.
- A dlaczego pani płacze, pani Sophie? - spytała Liza.
- Bo nie mam jak naprawić swoich butów - odparła Sophie, wskazując dłonią na swoje kapcie.
Rzeczywiście, wyglądały one jak siedem nieszczęść, jeśli nie gorzej.
- Wie pani, mogę pani pomóc. Jestem szewczykiem i świetnie znam się na butach. Narzędzia też mam ze sobą - odezwał się Lapicz.
- Ojej... To miło z twojej strony, ale dla tych łapci każda pomoc jest spóźniona - westchnęła staruszka - Chyba, że ktoś umiera czarować, ale ty chyba tego nie umiesz, chłopcze. Prawda?
- Czarować nie umiem, ale za to umiem coś lepszego. Umiem szyć! I jeszcze zdziwi się pani, jak wszystko doprowadzę do idealnego stanu.
To mówiąc Lapicz usiadł na ziemi, wyjął z torby igłę i nici, po czym zaczął cerować buty staruszki. Zajęło mu to zaledwie kwadrans, a kiedy on upłynął, to zadowolony pokazał Sophie swoje dzieło.
- Widzi pani? Ścieg za ściegiem i gotowe!
- Czary! To czary! - zaskrzeczał z podziwem w głosie Perro, siedzący właśnie ponownie na głowie Bundasza.
Staruszka zachwycona założyła swoje buty i westchnęła zachwycona, widząc, jak idealnie one teraz wyglądają.
- Och, dziękuję ci, Lapicz! Dziękuję ci! - zawołała radośnie.
- Nie ma za co. To mój obowiązek jako szewca.
- On wszystko potrafi! - zawołała radośnie Liza.
Lapicz zarumienił się lekko, słysząc tę pochwałę.
- No, wszystko to może nie, ale na szewskiej robocie znam się bardzo dobrze.
- Tak, to widać - odparła zachwycona Sophie - Szkoda, że nie mam ci czym zapłacić.
- Ale ja wcale nie potrzebuję pieniędzy. Chciałem po prostu pani pomóc i tyle.
- Masz dobre serce, Lapiczku. Dlatego bardzo proszę, uważajcie na drodze. Unikajcie ciemności, bo w niej zwykle kryje się największa hołota. Już wielu wędrowców napadnięto tu i obrabowano.
- Będziemy uważali, a złoczyńcom nie damy się zatrzymać - odrzekł Lapicz zuchwałym tonem.
Sophie wówczas powstała ze swego miejsca i przemówiła do chłopca jakimś nienaturalnym głosem:
- Wysłuchaj mnie, Lapicz. Mimo tego, że jesteś młody posiadasz siłę, z której nie zdajesz sobie sprawę.
To mówiąc poklepała ona chłopca po głowie i dodała:
- Twoja grzeczność i niezłomne męstwo mogą zdziałać cuda, a prócz tego powstrzymać złe moce, z którymi już niedługo się zetkniesz. Pamiętaj zatem, że zło ucieka przed wielkim męstwem. Miej więc w sobie odwagę i dobro, a wówczas zło nie będzie w stanie cię pokonać.
Następnie uśmiechnęła się lekko i rzekła już tym samym, ochrypłym głosem, którym mówiła poprzednio:
- A teraz zbierajcie się, kochane dzieci. Macie przed sobą długą drogę.


Zaintrygowani tym wszystkim nasi wędrowcy pożegnali miłą, choć też bardzo tajemniczą staruszkę i ruszyli przed siebie.
- O co jej chodziło? - spytała Liza.
- Nie wiem, ale wiesz co? Przypomina mi ona pewną starą Cygankę, którą spotkałem, gdy miałem sześć lat.
- Naprawdę?
- Tak. Była bardzo podobna do Sophie. Szedłem sobie właśnie, aby zakupić nową czapkę, gdy nagle spotkałem tę Cygankę. Była tak biedna, że dałem jej swoje grajcary. Ona w zamian powiedziała mi, że może mi powróżyć. Podałem jej rękę i wtedy ona zaczęła mi mówić takie dziwne rzeczy.
- Jakie?
- Powiedziała mi, że odbędę wielką podróż i znajdę tam to, czego wielu szuka bezskutecznie. I spotkam tam też swoje przeznaczenie. Przeznaczenie ze znakiem krzyża na palcu. Twierdziła też, że zostanę bohaterem, a moje imię stanie się sławne na cały świat.
- I co?
- Nie uwierzyłem jej. Mistrz Zrzęda powiedział nawet, że Cyganie to są tylko i wyłącznie oszuści, którzy za pieniądze każdemu opowiadają to, co chce usłyszeć.
- A teraz, co o tym myślisz?
- Ja tam myślę, że Cyganka mogła mówić prawdę. Zwłaszcza, jeśli chodzi o to szczęście ze znakiem krzyża. Tylko nie rozumiem, co miała na myśli, gdy mówiła, że znajdę coś, czego wielu szuka bezskutecznie.
- Och! On uważa mnie za swoje przeznaczenie! - westchnęła w duchu bardzo zachwycona Liza i spojrzała od razu na swój kciuk, na którym to widniała blizna w kształcie krzyżyka.
- Jak myślisz, Lizo? O co jej chodziło? - zapytał Lapicz.
Liza zaśmiała się lekko i powiedziała:
- Myślę, że tu chodzi o przyjaciół. O prawdziwą przyjaźń. Albo o...
- Miłość! Miłość! - skrzeczał Perro, latając nad głowami dzieci - La amour! La amour!
Lapicz i Liza spojrzeli na siebie i lekko zachichotali. Oboje już wiedzieli, o jakim szczęściu mówiła Cyganka i choć nie powiedzieli sobie tego wprost, to ich wzrok mówił sam za siebie, a każde z nich odczytało go właściwie i wiedziało doskonale, że znalazło to, czego wielu szukało, lecz niewielu mogło znaleźć. Coś, co tak jasno i dobitnie wyraził gaduła Perro, śmiejący się teraz z Bundaszem do rozpuku z tego, że dzieci nareszcie zrozumiały to, co oni dwaj już dawno dostrzegli - to, iż dwójkę ich mysich przyjaciół łączy uczucie inne oraz większe niż tylko przyjacielskie i z obu stron jest ono odwzajemnione.
Sophie zaś, obserwująca uważnie dzieci spod swego drzewa, także parsknęła śmiechem i rzekła sama do siebie:
- No, dzieciaczki... Teraz wszystko w waszych rękach. Wszakże stara Sophie nie może wszystkiego robić za was, prawda?


Rozdział XIII - Przygoda z karuzelą:
Nasi wędrowcy weszli powoli do miasteczka, w którym jarmark trwał w najlepsze. Wokół znajdowały się najróżniejsze stragany sprzedające bardzo wiele interesujących produktów, od jedzenia, słodyczy i ubrań począwszy, a na książkach i zabawkach kończąc. Oprócz straganów znajdowały się tam także atrakcje, jakie zwykle można spotkać w takich miejscach i w takim czasie, jak np. diabelski młyn i różnego rodzaju karuzele. Na te ostatnie Liza patrzyła z prawdziwym zachwytem.
- Karuzele... Kocham karuzele - powiedziała zachwycona.
Potem ona i Lapicz podeszli do jednego artysty (będącego dosyć starym i sympatycznym kotem) który za pomocą kilku pacynek przedstawiał niesamowicie zabawną historię. Dzieci zebrane wokół niego śmiały się do rozpuku.
- Na jarmarku jest tak ładnie. Nie chcę stąd odchodzić - powiedziała Liza zachwyconym głosem.
- Nie możemy tu zbyt długo pozostać - przypomniał jej Lapicz.
- Ale ja nie chcę jeszcze stąd iść! - pisnęła Liza, lekko urażona tym, że jej przyjaciel przeszkadza jej w zabawie.
- A co zrobimy, jeśli twój cyrk rzeczywiście jest w mieście? - zapytał Lapicz - Nie chcesz chyba wpaść prosto w ramiona dyrektora, prawda? A więc lepiej już chodźmy.
Bundasz na samo wspomnienie dyrektora cyrku szybko rozejrzał się dookoła i zawarczał gniewnie na znak, że niech no ten łajdak spróbuje im zabrać Lizę, to natychmiast zapozna się bliżej z jego kłami.
- Denerwujecie mnie! - zaskrzeczał Perro - Dyrektora nie ma, a zabawa nam ucieka!
- On ma rację. Lapicz, proszę, nie psuj mi zabawy! - powiedziała Liza nieco oburzonym tonem.
Cieszyło ją to, że chłopiec tak bardzo się o nią troszczy, ale przecież nie mógł przesadzać. Jeszcze trochę i dla jej bezpieczeństwa zamknie ją w klatce. Lapicz jest bardzo kochany, ale musi zrozumieć, że ona sama umie być ostrożna, dlatego też dziewczynka spojrzała na niego i dodała:
- Sama potrafię na siebie uważać.
- Tak, to już widziałem. To znaczy, że z własnej woli wpadłaś wtedy do wody? - zakpił sobie Lapicz.
Dziewczynka była zła za te słowa, ale stwierdziła, iż gniewem nic tutaj nie zyska i ponieważ była w każdym calu kobietą (choć tych cali nie miała zbyt wiele) nie obca jej była kokieteria, dlatego powiedziała czułym tonem:
- Lapicz, proszę. Tak dawno nie byłam na jarmarku. Jestem pewna, że z tobą nic mi nie grozi. Ja tak kocham jarmark, a razem z tobą spędzanie tutaj czasu, to będzie dla mnie jeszcze większa przyjemność.
Lapicz uśmiechnął się do niej udobruchany. Poza tym spodobały mu się słowa dziewczynki, które bardzo go zachwyciły, dlatego też zgodził się na jej prośbę.
Już po chwili oboje doskonale się bawili, a wraz z nimi Bundasz oraz Perro. Podczas zabawy dostrzegli jednak, że wszystkie karuzele na jarmarku się kręcą, tylko jedna nie.
- Patrz, karuzela z końmi! - zawołała Liza głosem pełnym zachwytu - To lubię najbardziej w takich miejscach!
- Ja właściwie też - rzekł Lapicz - Ale to dość dziwne... Ta karuzela się nie kręci. Inne tak, a ta nie.
- Właśnie, to dziwne. Sprawdzimy to?
- Oczywiście.
Zaintrygowane dzieci podeszły nieco bliżej, aby zobaczyć, co jest przyczyną takiego stanu rzeczy. Zobaczyli oni wówczas mysz płci męskiej w średnim wieku i z wielkimi wąsami, ubraną w fioletowy strój, brązowe buty oraz czarny cylinder. Jego lewa ręka była w gipsie i zawieszona na temblaku.
- Ech, prześladuje mnie jakiś pech. Wszystkie karuzele się kręcą, tylko moim konikom nikt nie chce pomóc.
- Przepraszam, ale co się tutaj dzieje? - zapytał Lapicz - Ona powinna się kręcić, prawda?
- Tak, to prawda, dzieci - rzekł smutnym głosem właściciel karuzeli - Ale od kiedy złamałem rękę, to nie mogę już sam obsługiwać karuzeli, a o pomocników dzisiaj trudno. Bardzo trudno.


- My będziemy panu pomagać! - zawołała nagle Liza, która nie była w stanie przeboleć faktu, że tak piękna karuzela może stać odłogiem, podczas gdy inne pracują i zarabiają na siebie - Występowałam w cyrku i znam kilka sztuczek. Mogłabym np. tańczyć na koniu. To na pewno będzie się ludziom podobać.
To mówiąc zadowolona dziewczynka bardzo zwinnie wskoczyła na jednego z koników karuzeli, po czym wykonała na nim kilka swoich akrobacji.
- Niezły pomysł, ale karuzela nie działa - zauważył właściciel karuzeli.
Jednak tym razem Lapicz znalazł właściwe rozwiązanie problemu.
- Spokojnie, proszę pana. Bundasz i ja zadbamy o to, żeby znów się kręciła.
- A Perro będzie naszym sprzedawcą biletów - dodała wesoło Liza.
Papuga nie miała nic przeciwko temu, a na dowód, że tak jest, wykonała kilku fikołków w powietrzu, po czym ukłoniła się właścicielowi karuzeli, który był po prostu zachwycony tym wszystkim.
- Och, wspaniale! Podobacie mi się, dzieciaki! No, to na co jeszcze czekamy?! - zawołał.
Kilkanaście minut później Lapicz z wiernym Bundaszem obsługiwali razem mechanizm poruszający karuzelę, dzięki czemu mogła się ona kręcić, a Liza z Perro robili reklamę owemu urządzeniu, przyciągając w ten sposób do niego rzesze chętnych na przejażdżkę.
- Szanowna publiczności! - wołała Liza, wykonując przy tym różnego rodzaju piękne piruety jak w balecie - Tej okazji nie możecie przegapić! Przejażdżka na najwspanialszej karuzeli świata! Tylko jeden grajcar! A kto przejedzie trzy razy, zapłaci tylko za dwa.
Reklama Lizy zachęciła wiele dzieci (a także i niejednego dorosłego) do przejażdżki, także dużo pieniędzy wpadło do czapki Perro, który nadstawiał swoje nakrycie głowy, aby ludzie wiedzieli, gdzie mają wrzucać monety za skorzystanie z karuzeli.
Tymczasem Lapicz i Bundasz na zmianę wprawiali w ruch mechanizm do poruszania karuzeli i dolewali wody, aby mechanizm się nie przegrzał. Obaj musieli się w tych czynnościach zmieniać, żeby móc zachować siły do pracy. Na zewnątrz Liza zaś nie ustawała w wykonywaniu piruetów, które wizualnie przyciągały więcej klientów, a do tego nawoływała dzieci i ich rodziców wesołymi i radosnymi hasłami, które były najlepszymi reklamami z możliwych. Perro zaś zbierał pieniądze, po czym, kiedy jego kapitańska czapka się napełniała, oddawał monety właścicielowi karuzeli, który zbierał je do worka.
Radosna ta zabawa trwała aż do zachodu słońca, a nawet jeszcze trochę dłużej, ale w końcu ludzie powoli zaczęli się rozchodzić i plac opustoszał. Zegar na wieży kościelnej wybił godzinę dziesiątą wieczorem, gdy ostatni goście odchodzili, żegnani przyjaźnie przez właściciela karuzeli.
- Życzę dobrego odpoczynku! Zobaczymy się wkrótce! Dobranoc.
- Do widzenia! Do widzenia! - wołała Liza.
Tymczasem powoli z miejsca, w którym to znajdował się mechanizm karuzeli, wyszli Lapicz i Bundasz. Obaj wyraźnie byli już zmęczeni, choć zarazem bardzo zadowoleni z dobrze wykonanego zadania.
- Lapicz, wspaniale się spisałeś! Jesteś wielki! - zawołała zachwycona Liza.
Następnie podbiegła ona do chłopca, stanęła delikatnie na palcach, po czym pocałowała go czule w policzek. Lapicz, czując buziaka, zarumienił się lekko i natychmiast odzyskał stracone siły i przybrał dumną minę.
Właściciel karuzeli tymczasem podzielił pieniądze tak, aby uczciwie zapłacić swoim pomocnikom. Gdy już oddzielił od zarobionej sumy taką sumkę, która to zawsze należała się pracownikom pomagającym mu przy obsłudze jego interesu, podał dzieciom monety i rzekł:
- Dziękuję wam, moi kochani. A to dla was. Zarobiliście uczciwie. Bardzo dobra robota. Jeśli szukacie miejsca do spania, to rozejrzyjcie się po jarmarku. Z pewnością bez trudu je tu znajdziecie. Jeszcze raz wam dziękuję i dobranoc!
To mówiąc odszedł do wozu, którym tutaj przyjechał i zamknął za sobą drzwi. Wóz nie był wielki i z pewnością nie pomieściłby dwóch myszek, psa i papugi, dlatego też naszym bohaterom nawet nie przyszło do głowy, aby się narzucać właścicielowi karuzeli, tylko zebrali oni swoje pieniądze, które schowali w torbie podróżnej Lapicza i rozejrzeli dookoła.
- Ojej... Nigdzie nie widać miejsca do spania. I co teraz? - spytała Liza.
- Nic. Byłoby dobrze znaleźć jakieś wygodne miejsce do spania - powiedział Lapicz, który po pocałunku od swej sympatii odzyskał nie tylko siły, ale i dobry humor - Spokojnie. Jestem pewien, że takie znajdziemy. Wystarczy tylko poszukać.
- Chwalipięta! Zarozumialec! - zaskrzeczał Perro, po czym ziewnął - Niech pokaże, co potrafi.
Lapicz uśmiechnął się radośnie i zaczął wraz z przyjaciółmi poszukiwać odpowiedniego miejsca na nocleg. W końcu znaleźli sporą wiązkę słomy oraz duży, niebieski koc.
- O! To chyba będzie dobre! - powiedział Lapicz, po czym spojrzał na Lizę - Czyżbym ci za dużo obiecał? Ja wiem, że to nie jest najlepszy kąt do spania, ale raczej lepszego nie znajdziemy.
- Spokojnie, ja przecież nie narzekam - odparła Liza.
- I słusznie, bo nie masz żadnych powodów do narzekania - zaśmiał się szewczyk - Zobacz tylko sama, Lizo. Mamy prawdziwe łóżko. Jest bardzo miękkie i wygodne.
Perro, siedzący wciąż na głowie Bundasz, ziewnął głośno. Widać było, że jest gotów spać nawet w takim miejscu, byleby tylko wreszcie zasnąć.
Chwilę potem Liza wyłożyła się wygodnie na posłaniu, zaś Lapicz radośnie przykrył ją kocem.
- Śpij dobrze, Lizo - rzekł czułym głosem.
- Ty też, Lapicz - odparła Liza i ponownie go pocałowała.
Chłopiec zarumienił się lekko czując, że za takie słodkie buziaki dałby się nawet poćwiartować.
- Śpij dobrze, Bundasz - dodał po chwili.
- Ja też! - zaskrzeczał Perro, wskakując również pomoc - Ja też chcę dobrze spać!
Lapicz uśmiechnął się, po czym wyłożył się wygodnie obok Bundasza, który już smacznie drzemał i zadowolony zamknął oczy. Chwilę później ogarnął go sen.


Rozdział XIV - Podsłuchana rozmowa:
Późną nocą rozległo się głośne rżenie konia dobiegającego z jednego z namiotów. Ten dźwięk wyrwał Lizę ze snu. Dziewczyna podniosła się na swoim posłaniu i rozejrzała dookoła. Doskonale znała ten dźwięk i dobrze wiedziała, kto go wydawał.
- Blanka! - zawołała - Moja Blanka! To na pewno jest moja Blanka! Lapicz, obudź się!
Dziewczynka zeskoczyła z łóżka prosto na głowę Bundasza, w ten oto sposób wyrywając go ze snu, po czym podeszła do Lapicza, który to właśnie się obudził. Jego niezadowolona mina wyraźnie wskazywała na to, iż nie jest on wcale zadowolony z tego, co się teraz stało. Zdecydowanie wolałby sobie jeszcze pospać i uważał, że rewelacje Lizy mogą trochę poczekać.
- Lapicz, wstawaj! To wprost nie do wiary! Chce mi się wręcz tańczyć z radości!
- A nie możesz z tym zaczekać do rana? - mruknął Lapicz - Wolałbym jeszcze pospać.
- Och, ty wstrętny śpiochu! Wstawaj! No, rusz że się! Usłyszałam moją Blankę!
- Jako Lankę?
- Nie Lankę! Blankę! Moją klacz, z którą występowałam na arenie w moim cyrku!
- Przecież to może być inny koń.
- O nie! Moją Blanke rozpoznam zawsze. Możesz mi wierzyć.
- Blanka? - zaskrzeczał Perro, zrywając się ze swego posłania - Blanka! Chodźmy do Blanki!
Lapicz spojrzał na Bundasza, który także nie wyglądał na specjalnie zadowolonego z takiego obrotu spraw, ale zamiast cokolwiek powiedzieć po prostu wstał i pobiegł za Lizą, którą gnała już właśnie w stronę miejsca, z którego dobiegło ich rżenie konia. Bundasz biegł tuż za nim, a Perro leciał nad nimi, wesoło przy tym skrzecząc.
Cała czwórka naszych dzielnych bohaterów dobiegła do ogromnego namiotu, nad którym widniał złotymi literami wypisany napis „CYRK“.
- To jest mój cyrk! - zawołała Liza.
Już chciała wejść do środka, kiedy to nagle Lapicz złapał ją za rękę i powstrzymał przed tym.
- Czekaj! Jak cię dyrektor złapie, to będziesz musiała znowu dla niego pracować - powiedział chłopiec poważnym tonem, po czym dodał smutniej: - Myślałem, że chcesz zostać ze mną.
Liza uśmiechnęła się do niego czule i odpowiedziała:
- Nie obawiaj się. Nikt nas nie odkryje. Znam tu każdy kąt. Chodź ze mną. Muszę koniecznie zobaczyć moją Blankę.
To mówiąc obeszła namiot i Perro wówczas podniósł płótno namiotu w górę, aby dziewczynka mogła wejść do środka.
- Tędy! - powiedziała Liza.
- Zapraszam do środka - dodał Perro.
Lapicz nie specjalnie palił się, żeby wchodzić do namiotu, ale skoro Liza tam szła, on też musiał to zrobić. Poza tym Bundasz pchał go pyskiem do przodu, więc raczej nie miał specjalnego wyboru.
Perro zaczekał, aż obaj wejdą, po czym puścił płótno i sam wleciał do środka namiotu, nim ono opadło na ziemię.
Wewnątrz Lapicz zauważył dwie zagrody dla koni oraz kilka innych rzeczy związanych z końmi. Jedna zagroda była zajęta przez konia rudej maści i brązową grzywą, druga natomiast stanowiła mieszkanie pięknej, śnieżnobiałej klaczy o siwej grzywie, którą Liza właśnie czule głaskała.
- Ja już gdzieś widziałem tego konia - powiedział do siebie Lapicz - Oj tak, to pewne. Tylko gdzie?
- Blanka! Moja Blanka! - mówiła wzruszona dziewczynka, gładząc klacz po łbie - Tak bardzo za tobą tęskniłam! Cudownie znów cię widzieć.
Klaczka zarżała przyjaźnie, co wyraźnie dowodziło, iż podziela radość dziewczynki z powodu tego spotkania.
- Arena wolna! - zawołał Perro, siadając na piłce i jeżdżąc na niej po całym pomieszczeniu.
Jednak szybko stracił panowanie nad swoim pojazdem, który uderzył w ścianę, zaś on sam wylądował w drewnianym wiadrze, przewracając je do góry dnem.
- Owacje! Owacje! Owacje! - skrzeczał dalej spod wiadra.
Wtem dało się słyszeć czyjeś tajemnicze kroki.
- Lizo, ktoś nadchodzi - syknął Lapicz do swej przyjaciółki - Musimy się ukryć!
To mówiąc chłopiec złapał dziewczynkę za rękę i wskoczył z nią w wielką wiązkę siana przeznaczonego do karmienia koni. Bundasz wskoczył za nimi, po czym cała trójka zamelinowała się tam, robiąc też jednocześnie w sianie niewielkie otwory na oczy, aby widzieć, co się dzieje.


Wtem do tej części namiotu, w której to przebywali nasi bohaterowie, weszło dwóch mężczyzn. Jednym z nich był wysoki lis ubrany w fioletowy frak, zielony półkoszulek, białe spodnie, czarne buty, fioletowy cylinder i różową muszkę.
- To dyrektor cyrku - szepnęła Liza do Lapicza.
Drugą osobą był wysoki szczur ubrany na czarno.
- A tego drugiego to ja znam - powiedział Lapicz szeptem do Lizy - To jest Szczurzy Pazur.
- Już myślałem, że nie zdąży pan na czas, panie Pazur - powiedział dyrektor cyrku.
- Co oni planują? - spytała Liza.
- Posłuchajmy, to się dowiemy - odparł cicho Lapicz, mając nadzieję, że Perro ich nie zdradzi.
Na całe szczęście krzykliwa papuga wiedziała, kiedy ma siedzieć cicho i teraz siedziała pod wiadrem tak cichutko, jak jeszcze nigdy przedtem.
- Jutro wyjeżdżamy w dalszą trasę, a do pokazu koniecznie potrzebny mi jest drugi koń. Zobaczymy, co pan dostarczył.
To mówiąc spojrzał na konia rudawej maści i wtedy właśnie Lapicz przypomniał sobie, gdzie już go widział. To był ten sam koń, którym jechał Szczurzy Pazur wraz z Melvinem, kiedy spotkali ich nad jeziorem. Tylko dlaczego teraz znajdował się on tutaj?
Lapicz nie mógł wiedzieć, że Szczurzy Pazur zamierzał z pomocą tego konia jechać na swoją zaplanowaną akcję obrabowania Domu Pod Błękitną Gwiazdą, ale ponieważ natknął się nagle na patrolujący te okolice patrol żandarmerii, wysłanego tu celem schwytania najsłynniejszego bandyty tych stron, szybko zawrócił w kierunku najbliższego miasteczka. Trafi chciał, że właśnie tam znajdował się jarmark i tam też natknął się na swego starego znajomego, dyrektora cyrku, z którym już wiele razy robił interesy. Kiedy dowiedział się, że ten potrzebuje konia, to postanowił mu sprzedać swojego, a samemu zdobyć innego i na nim udać się na akcję.
- Wygląda on na dobrze utrzymanego - powiedział dyrektor, oglądając konia - Jak go solidnie wypucuję, to nikt go nie pozna.
- Hmm... A więc doszliśmy do porozumienia? - spytał Szczurzy Pazur.
Lis pokiwał głową potakująco.
- Dobrze, bardzo dobrze. Wyciągaj więc pan duktaty, bo mój czas jest cenny. Mam jeszcze sprawy do załatwienia.
- Jedno mnie interesuje. Skąd pan wziął tak wspaniały okaz? Nie chcę mieć żadnych kłopotów.
- Co to pana obchodzi? Skąd wziąłem, stąd wziąłem. A kłopotów nie musi się pan obawiać, gdyż jego właściciel jest właśnie zajęty oglądaniem gwiazd. Zanim trafi z powrotem do domu, pan dawno będzie daleko stąd.
To mówiąc zachichotał on podle, podobnie jak dyrektor cyrku, który wyciągnął zza pazuchy spory woreczek z dukatami.
- Proszę, oto pieniądze - powiedział - To wielka przyjemność robić z panem interesy.
Szczurzy Pazur zabrał pieniądze i zadowolony rzekł:
- Bywaj pan zdrów. Do następnego razu.
- Dlaczego pan tak się spieszy? - zachichotał dyrektor cyrku.
- Dowiedziałem się niedawno, że w jednym z domów na północ stąd znajduje się skrzynka z drogocennym skarbem. Mój pomocnik ma być tam przed świtem.
- A do kogo należy ten dom?
- To moja sprawa. Rozpoznam go po błękitnej gwieździe wymalowanej na ścianie. Więcej nie muszę wiedzieć.
- O nie! To przecież dom Marka! - jęknął przerażony Lapicz.
- To jednak ładny kawałek drogi, zwłaszcza na piechotę, więc muszę sobie załatwić konia i to bardzo szybkiego.
- He he he! O ile pana znam, załatwi pan to sobie od ręki - zaśmiał się dyrektor cyrku.
Następnie obaj wyszli z pomieszczenia, zamykając za sobą drzwi.
Dopiero wtedy dzieci i Bundasz mogli wyjść z siana.


- Muszę koniecznie uprzedzić Marka i jego mamę - powiedział Lapicz - Melvin dał mi słowo, że opuści Szczurzego Pazura, ale jak widzę złamał je. Wielka szkoda. Miałem nadzieję, że on...
Zasmucony spojrzał na Bundasza i Lizę, po czym dodał:
- Nieważne. Nim się później zajmiemy. Na razie musimy ocalić Marka i jego mamę przed napaścią. Rozprawię się ze Szczurzym Pazurem i to raz na zawsze! Bundasz, chodź ze mną!
Pies doskoczył do niego i zawarczał groźnie na znak, co też zrobi z bandytą, jak tylko go dopadnie.
- Lizo, lepiej zostań tutaj - powiedział po chwili Lapicz.
Dziewczynka zrobiła oburzoną minę, słysząc te słowa. Bo jak on niby mógł pomyśleć, że ona go zostawi samego w takiej sytuacji?
- O nie! Nie ma mowy! - odpowiedziała bojowo - Idę z wami!
- Razem przyszli, razem poszli! - dodał Perro, zdejmując właśnie z siebie wiadro.
Lapicz uśmiechnął się do nich wzruszony tym, że chcą iść z nim mimo tego, co im mogło grozić, po czym rzekł:
- Znam krótszą drogę, ale będziemy musieli iść przez las.
Liza powoli pogłaskała Blankę po głowie i powiedziała ze smutkiem w głosie:
- Wybacz mi, Blanko. Niestety, znowu muszę odejść. Ale cieszę się bardzo, że dobrze ci się powodzi. To najważniejsze.
Następnie ucałowała ją w nos i uśmiechnęła się do niej czule.


Rozdział XV - Koszmarna noc:
Lapicz wyszedł powoli z namiotu cyrkowego, a za nim zrobili to także Liza, Bundasz oraz Perro. Musieli się spieszyć, żeby dotrzeć do domu Marka zanim przybędzie tam Szczurzy Pazur.
- Obyśmy tylko zdążyli na czas - rzekł szewczyk sam do siebie - A tak swoją drogą ciekawe, komu ten łajdak ukradł konia? I komu teraz chce ukraść kolejnego?
Odpowiedź na pierwsze pytanie bardzo by zaskoczyło Lapicza, gdyby tylko ją usłyszał, gdyż osoba, która posiadał tego konia przed kradzieżą była mu doskonale znana, choć ostatnim razem, gdy się oboje widzieli, to nie rozmawiali ze sobą po przyjacielsku.
Być może, moi kochani, domyślacie się, o kim tutaj mówimy, ale jeśli nie, to z przyjemnością pospieszymy wam z wyjaśnieniami, które są tutaj niezbędne, abyście wszystko należycie zrozumieli. Dlatego też zapraszamy was ze sobą w mroczny las, który to niedługo będą musieli przebyć nasi przyjaciele, aby wykonać swoją misję. Nie bójcie się, gdyż nic złego wam się tutaj nie stanie, ale wasz strach tylko może spotęgować to, co już jest przerażające, dlatego też prosimy, abyście zachowali odwagę lub pozostali w bezpiecznym miejscu i przerzucili ten rozdział. Jeśli jednak macie w waszych sercach dość odwagi, to ruszajcie z nami.
W tym oto właśnie mrocznym lesie doszło wczesnym południem do napaści dokonanej przez Szczurzego Pazura. Jadący na jarmark pewien przedstawiciel mysiej rasy, posiadacz wielkich czarnych wąsów i ponurych, ciemnych oczu, został napadnięty przez najsłynniejszego bandytę tych okolic i jego pomagiera Melvina. Miało to miejsce niedługo przed tym, jak ten drugi spotkał Lapicza i Lizę, po czym pod wpływem ich słów postanowił się zmienić. Wówczas jednak pomógł szefowi obrabować owego przerażonego mysiego osobnika z jego wozu, konia i pieniędzy, jakie ten przy sobie miał. Szczurzy Pazur chciał mieć pewność, że jego ofiara nie zdoła za szybko wrócić do domu i donieść na niego władzom. Dlatego właśnie ogłuszył go i przywiązał do najbliższego drzewa.
- Szefie... A czy to mimo wszystko nie jest zbyt brutalne? - zapytał Melvin z wyraźnym powątpiewaniem w głosie - Czy nie wystarczy, że zabraliśmy wszystko, co on miał? Musimy go jeszcze wiązać?
- Ech, ty zawsze byłeś i będziesz durniem - warknął na niego Szczurzy Pazur gniewnym tonem, kończąc krępować swojego więźnia - Najwyraźniej chyba nie rozumiesz czegoś ważnego. Jeżeli ten idiota ocknie się i wróci do miasta, to z pewnością pierwsze, co zrobi, to powiadomi o wszystkim żandarmerię. A wiesz doskonale, że ci panowie nie przepadają za mną. Jak mnie złapią, to zawisnę, a jak cię złapią ze mną, to podzielisz mój los. Chcesz zadyndać na stryczku?
Melvin złapał się przerażony dłonią za szyję i pomasował sobie ją delikatnie. Zdecydowanie możliwość zarzucenia na nią stryczka, który powoli będzie się zaciskał i zaciskał na jego gardle, aż go udusi, nie odpowiadała szopowi. Mimo wszystko porzucenie w tym lesie niewinnego człowieka na pastwę losu też mu się nie uśmiechało, więc rzekł:
- Ale mimo wszystko na koniu zawsze szybciej zdołamy uciec, więc może nie trzeba podejmować tak drastycznych kroków.
- Pozwól, że myśleniem ja się zajmę - warknął na niego jego herszt, powoli tracąc do niego cierpliwość.
- Szefie, ale może mimo wszystko rozważysz inną opcję...
- Chcesz tu z nim zostać?! - Szczurzy Pazur spojrzał na Melvina tak groźnym wzrokiem, że jego pomagiera aż zmroziło.
- Nie, szefie. Oczywiście, że nie - wyjąkał po chwili.
- Więc bądź uprzejmy zamknąć gębę i wsiąść na wóz.
- Ale co z tym biedakiem? Jeśli go nikt nie znajdzie, to...
- Liczę do trzech, Melvin! Albo wsiadasz na wóz, albo podzielisz los tego głupka! Raz... Dwa...
Melvin wiedział, że jego herszt gotów jest spełnić swoją groźbę, dlatego przerażony przełknął głośno ślinę i wskoczył szybko na wóz, gdzie na koźle siedział już Szczurzy Pazur. Już po chwili obaj pognali przed siebie w kierunku Domu Pod Błękitną Gwiazdą.
Jadąc tam zgubili koło, a Melvin spotkał Lapicza i Lizę, o czym wszak już dobrze wiemy. Potem natomiast obaj bandyci natknęli się na patrolujący okolicę oddział żandarmerii, dlatego też (korzystając z faktu, że funkcjonariusze ich nie zauważyli) zawrócili, po czym Melvin został posłany przez szefa do domu Marka, a sam Szczurzy Pazur pojechał w kierunku najbliższego miasteczka, gdzie sprzedał swego podstępem zdobytego konia i rozpoczął poszukiwania innego wierzchowca.
Tymczasem, co się działo z tym napadniętym biedakiem? Został on, jak już wiemy, przywiązany do drzewa nieprzytomny, a ponieważ cios, który otrzymał w głowę był dość mocny, to długo się po nim nie obudził. Korzystając z tego faktu przyjrzyjmy mu się dobrze, moi kochani. Powiedzcie, czy te czarne oczy i czarne, gęste wąsy nie mówią wam niczego? No, a to jego fioletowe ubranie? Och, chyba zaczynacie go rozpoznawać, prawda?
Tak, doskonale odgadliście, moi kochani. Tym, kto został napadnięty przez Szczurzego Pazura był Mistrz Zrzęda, dawny pryncypał Lapicza. Złośliwy i bardzo nieprzyjemny w obyciu szewc pojechał wozem z zaprzężonym do niego koniem, którego wypożyczył od właściciela oberży znajdującej się gdzieś na obrzeżach jego rodzinnego miasta, na jarmark do innego miasta. Niestety, dawno tam nie był i zgubił drogę, przez co musiał zatrzymać się w najbliższej gospodzie. Na rano zaś pojechał w dalszą drogę, ale niestety jego wóz i koń zwróciły uwagę Szczurzego Pazura oraz Melvina, którzy to obrabowali go, gdy tylko wjechał do lasu, a teraz pozostawili na pewną śmierć.


Biedna pani majstrowa. Jej mąż miał spędzić cały dzień na jarmarku i wrócić następnego dnia, ale mijała już druga noc, a jego wciąż nie było. Czyżby zabalował z kilkoma kamratami i teraz przesypia dobrą zabawę? A może coś złego go spotkało? Przerażona oraz bardzo zasmucona kobieta robiła na drutach do późna w nocy czekając chwili, gdy jej mąż wejdzie do domu i zacznie znowu marudzić. Och, ile by dała, aby teraz znowu usłyszeć jego zrzędzenie. Zniosłaby je spokojnie i z radością wiedząc, że wszystko jest w stanie znieść, byleby tylko on powrócił cały i zdrowy do domu. Jednak zerkanie co chwila na drzwi domu nic nie dawało, podobnie jak też i nasłuchiwanie kroków męża, gdyż on wciąż znajdował się w lesie, czego wszak jego żona nie wiedziała, choć gdyby wiedziała, to z pewnością nie poprawiłoby to jej nastroju.
Załamana pani majstrowa spojrzała na oprawione w ramki zdjęcie męża, wzdychając do niego.
- Och, mój najdroższy... Gdzie ty jesteś tak długo? Dlaczego wszyscy, których kocham, znikają bez śladu? - mówiła załamana sama do siebie - Najpierw nasze małe szczęście... Potem nasz kochany Lapicz... A teraz jeszcze i ty? Czemu los tak mnie doświadcza?
To mówiąc przycisnęła ona zdjęcie do serca i zaczęła jeszcze mocniej płakać.
- Płacz tutaj nic nie pomoże, kochana pani - odezwał się nagle czyjś głos.
Majstrowa rozejrzała się dookoła siebie i dostrzegła stojącą przed sobą starszą mysz o pomarszczonej, opalonej twarzy, z siwymi włosami, ubraną w niebieski, połatany płaszcz z łatami i kapturem oraz brązowe bambosze.
- Kim pani jest? I jak pani tu weszła?
- Drzwi były otwarte - wyjaśniła nieznajoma.
- Ach, tak - westchnęła smutno pani majstrowa - Czekam na mojego męża. Biedak wciąż nie wraca.
- Spokojnie, pani majstrowo. Dzisiaj pani mąż co prawda nie wróci, lecz nie ma powodu do obaw, bo już niedługo odzyska pani jego i zarazem wszystko, co pani straciła.
- Ech... Boże, gdyby to była prawda - westchnęła smutno majstrowa.
- To sama prawda, mogę panią zapewnić - upierała się staruszka.
- Skąd pani to może wiedzieć?
- Ponieważ ja jestem Sophie, a Sophie wie wszystko.
Majstrowa spojrzała na nią uważnie, dopiero teraz rozpoznając swojego niespodziewanego gościa.
- Sophie? Stara, mądra Sophie? Och, ależ to niemożliwe! Nie było cię tutaj od dziesięciu lat! Ty wciąż żyjesz?! Byłam dzieckiem, gdy ty byłaś w takim wieku, w jakim jesteś teraz.
- To prawda, kochana pani majstrowo. Pamiętam ciebie, kiedy byłaś małą dziewczynką i pamiętam twoją matkę. Urocza była z niej kobieta. Szkoda, że nie żyje. Bardzo ją lubiłam. Ale cóż... Jedni się rodzą, drudzy umierają. Taka kolej rzeczy.
- Tak... Taka już kolej rzeczy - westchnęła ponownie pani majstrowa - I teraz kolej przyszła na mego męża.
- O nie! - zawołała Sophie - Jeszcze nie tym razem. Jeszcze nie teraz, drogi pani majstrowo. Jeszcze nie czas, abyś straciła pani męża.
- Przecież już go straciłam. Nie wrócił tak długo...
- Ale wróci do ciebie.
- Czy aby na pewno?
Sophie spojrzała na nią poważnym wzrokiem, po czym jej głos nagle przybrał jakiś nienaturalny ton.
- Wysłuchaj mnie uważnie. Doznałaś wielu strat, lecz twoje dobre serce oraz dobre serce tego, kogo wychowałaś, pomoże ci już wkrótce odzyskać wszystko, co utraciłaś. Nie będzie już więcej łez i krwawiącego serca, lecz radość, szczęście i uśmiech, ponieważ dobro, tak samo, jak i zło jest zaraźliwe i przynosi nam owoce. Twoje owoce będą smaczne niczym złote jabłka Hesperyd, a życiu twemu nadadzą barw tęczy, a ten, kogo wychowałaś i komu okazałaś dobre serce, ten wdzięczność ci wielką okaże, a do tego pomoże zwróci ci to, coś utraciła.
Pani majstrowa patrzyła na nią uważnie i spytała:
- Ten, którego wychowałam? O czym ty mówisz?
- O tym.
To mówiąc Sophie zdjęła z nogi bambosz i podała go majstrowej.
- Zakładam, że ta robota nie jest ci obca.
Kobieta przyjrzała się bardzo uważnie bamboszowi, który wyraźnie nosił ślady niedawnego cerowania.
- O mój Boże! Poznaję ten ścieg! To specjalny ścieg mego męża! Tylko dwie osoby tak szyją: mój mąż i Lapicz. Ten, którego wychowałam zwróci mi to, co utraciłam... Chcesz powiedzieć, że... Lapicz?!
- Więcej podpowiedzi nie będzie - uśmiechnęła się Sophie, zabierając swój bambosz i zakładając go na nogę - Dosyć pytań mi już zadałaś i dosyć odpowiedzi usłyszałaś.
- Proszę! Powiedz mi więcej! - zawołała pani majstrowa, ale staruszka powoli kierowała już swoje kroki do wyjścia - Błagam cię, miej litość nade mną! Powiedz mi więcej!
- Już niedługo wszystko zostanie wyjaśnione - odpowiedziała staruszka z uśmiechem na twarzy - Ja dłużej zostać tu nie mogę. Ktoś jeszcze dziś potrzebuje mojej pomocy. Nie mogę go przegapić.
Po tych słowach Sophie powoli wyszła z domu, pozostawiając biedną panią majstrową jej własnym myślom i obawom.
Tymczasem Mistrz Zrzęda powoli odzyskał przytomność i zobaczył, że jest w lesie, w którym panuje gęsty mrok. Próbował rozerwać więzy go krępujące, ale było to niemożliwe. Szczurzy Pazur zbyt mocno je zawiązał. W dodatku zimno i hulający między drzewami wiatr tylko pogarszał jego sytuację. Prócz tego strasznie bolała go głowa.
- Och... Pomocy! - wyjęczał Zrzęda - Niech mi ktoś pomoże!
Niestety, w pobliżu nie było żywego ducha, a nawet gdyby był, to raczej nie usłyszałby jego wołania o pomoc, które było niemalże szeptem.
Minęła godzina, potem druga i kolejne. Noc stawała się coraz bardziej ponura, zaś ziąb coraz większy, a do tego nikt nie przechodził w pobliżu. Mistrz Zrzęda tracił coraz bardziej nadzieję.
Wtem dało się słyszeć jakieś kroki powoli zbliżające się do drzewa, przy którym był uwięziony szewc.
- Jestem tam kto?! - jęknął Zrzęda.
Kroki stawały się coraz wyraźniejsze. Ktoś więc szedł w jego stronę.
- Proszę mi pomóc!
Tajemnicza osoba, okryta mrokiem nocy powoli zbliżyła się i wpatrywała w Zrzędę uważnie. Następnie wyjęła coś zza pasa. Ciemność oświetlił niewielki blask, jakby błysk. To w świetle księżyca błysnęło ostrze noża! Osobnik, który odnalazł Mistrza Zrzędę, wyjął właśnie nóż. Przerażony Zrzęda jęknął czując, że oto nadeszła jego ostatnia chwila. Załamany więc zamknął oczy w oczekiwaniu na najgorsze.


C.D.N.

10 komentarzy:

  1. Rozdział XI:
    Widzę że Melvin zaczyna żałować tego, że został pomagierem Szczurzego Pazura, który na domiar złego w ogóle go nie szanuje, tylko nim pomiata. Nie sądzę więc, żeby dalej pozwalał sobą tak pomiatać, tym bardziej, że wie już, co mu grozi, skoro wieśniacy dowiedzieli się, że to on stoi za tymi kradzieżami. A Lapicz najwyraźniej nie wiedział, jak wyznać Lizie to, co do niej czuje, choć ona bardzo pragnie, żeby ją pokochał. Bundasz też potrafi być złośliwy wobec Perra, ale obaj łatwo się wzruszają, o czym świadczy ich smutek, kiedy Liza opowiedziała im swoją historię. A i maści konia nie można określić jako beżowa. On był zapewne kasztanowaty.

    OdpowiedzUsuń
  2. Zaczynam się bać, żeby się nie okazało, że są rodzeństwem i wtedy nie będą mogli być razem.
    Ciekawe czy Melvin dotrzyma słowa i skończy z tą bandą?

    OdpowiedzUsuń
  3. Rozdział XII:
    Myślę, że sam ułożyłeś to, jak Liza mówi, że woli zostać z Lapiczem niż wrócić do cyrku, bo tak jej się on podoba, to że w końcu zrozumieli, co do siebie czują i tę przepowiednię, którą Lapicz usłyszał od Cyganki. No, to już jest na 100% Twój pomysł xD Wiem, że w Twoich opowiadaniach o Pokemonach też zawarłeś podobną przepowiednię, stąd też się domyślam, że ta przepowiednia to Twój pomysł :) Tak samo się skapowałem, że te cechy Lapicza, wymienione przez Lizę, również Ty sam napisałeś, bo wiem, że potrafisz pisać w taki sposób. :) No i cóż, w końcu oboje zrozumieli, co do siebie czują, z niewielką pomocą Perro xD No i Lapicz rzeczywiście jest świetnym szewcem, skoro potrafił zszyć zapewne jedyne obuwie Sophie, które było tak znoszone i zniszczone, iż wydawać by się mogło, że już nic się z tym nie da zrobić. Ale jak widać, Lapicz ma złote ręce i świetnie zna się na swoim fachu, skoro bez żadnego problemu je pozszywał, budząc jeszcze większy podziw w zakochanej w nim Lizie. A Cyganka dobrze zrobiła, ostrzegając ich przed niebezpieczeństwem ze strony bandytów.

    OdpowiedzUsuń
  4. Ładny ten fragment, miłość aż unosi się w powietrzu.
    Takie najpiękniejsze, najbardziej subtelne, coś między wierszami, nieśmiałe gesty i spojrzenia.

    OdpowiedzUsuń
  5. Rozdział XIII:
    Lapicz bardzo się troszczy o Lizę i trochę się też ze sobą przekomarzają – he he. Dobrze, że trafili na uczciwego osobnika, który należycie podzielił się z nimi pieniędzmi za pomoc przy obsłudze karuzeli. :) Oj, Liza potrafi być kokietką. W ten sposób umie podejść Lapicza – he he. Ale urocze to było, jak Liza dała Lapiczowi buzi, a Lapiczowi bardzo się to spodobała. Ha ha! :) Ale każdemu zakochanemu podoba się całus od ukochanej, więc trudno się dziwić, że poczuł się taki zachwycony i uradowany, kiedy dostał od niej buzi. xD

    OdpowiedzUsuń
  6. Znowu taki sympatyczny, miły ciepły fragment, kawałek świata, do którego chce się wracać do dawnych beztroskich czasów, gdy się jeździło na karuzeli i nic się o prawdziwych problemach nie wiedziało.
    A Liza już w wieku 10 lat zna dobrze te wszystkie kobiece sztuczki, stare jak świat, którym faceci zawsze ulegają. Jak śpiewał w jakieś przedwojennej komedii przebrany za kobietę, seksowny Bodo, seksapil to nasza broń kobieca.
    Wy jesteście twardzi, silni, my słaba płeć, ale umiemy wykorzystać dany od natury wdzięk i piękno.

    OdpowiedzUsuń
  7. Rozdział XIV:
    Widzę, że Lapicz jest najostrożniejszy z nich wszystkich, a dyrektor cyrku to taki sam gagatek jak Szczurzy Pazur, skoro z nim współpracuje. Nie rozumiem tylko, czemu on mu sprzedał swego kasztana, skoro wciąż potrzebuje konia? Czyżby wolał sprawić sobie nowego przez wzgląd na policję, która mogłaby go po nim rozpoznać i dlatego go sprzedał? I co właściwie stało się z jego właścicielem, skoro powiedział dyrektorowi, że obecnie ogląda gwiazdy? Czyżby dostał w głowę tak mocno, że mógł odnieść wrażenie, iż wokół niego wirują gwiazdy? xD I widzę, że Blanka jest bardzo przywiązana do Lizy, skoro tak się ucieszyła na jej widok. Miejmy nadzieję, że Liza zdoła ją odzyskać, ale nic dziwnego, że tak się boi swego byłego szefa, skoro on jest taki zły.

    OdpowiedzUsuń
  8. To dyrektor cyrku knuje z tym szczurzym bandytą?
    Zaczynam się bać, że dzieciom może grozić niebezpieczeństwo, bo przypadkiem poznali ich niecne plany.

    OdpowiedzUsuń
  9. Rozdział XV:
    Ale fajny zwrot do czytelników! Ja chyba powinienem pominąć ten rozdział, bo normalnie zaczynam się bać. :) Ale zaraz, to Mistrz Zrzęda jest właścicielem tego konia? To dopiero! Czyżby Melvin postanowił go uwolnić? Wszak tylko on zna miejsce jego pobytu, jeśli nie liczyć wszechwiedzącej Sophie. Ale Melvin rzeczywiście nie jest zły, skoro tak trudno było mu go zostawić przywiązanego do drzewa. Za to Szczurzy Pazur jest naprawdę bez serca. A żona Mistrza naprawdę go kocha, mimo jego wiecznego zrzędzenia i narzekania, choć wydaje mi się, że on stał się taki zgorzkniały po stracie córki. Wcześniej na pewno taki nie był. Jego żona jest naprawdę wielką pesymistką, skoro z góry zakłada najgorsze, a do tego nie jest zbyt domyślna, skoro Sophie powiedziała jej, że ten, którego wychowała, zwróci jej wszystko, co utraciła, a ona nie wiedziała o kogo chodzi, choć wychowała przecież tylko Lapicza.

    OdpowiedzUsuń
  10. Czyli teraz chłopiec znowu spotka Zrzędę i ich relacje się zmienią na dużo przyjemniejsze, dobrze zgaduje, senior? :)

    OdpowiedzUsuń

Rodzina Rabatków - Zakochany Bratek cz. IV

Część IV - Swaci : Od tego czasu relacje Bratka i Lilki uległy znacznej zmianie na lepsze. Można by powiedzieć, że stali się oni dzięki...