piątek, 8 grudnia 2017

Halloween

W życiu człowieka potrafią się niekiedy wydarzyć takie rzeczy, od których człowiekowi może skóra ścierpnąć na całym ciele. Takie sytuacje są raczej rzadkie, ale za to mają tak potężny wymiar, że niekiedy mogą one przyprawić nawet o zawał serca. Jedna z takich sytuacji przydarzyła się właśnie mnie. Chciałabym wam ją teraz opowiedzieć.
Wszystko zaczęło się w dniu Wigilii Wszystkich Świętych, znanych też jako Halloween. W naszym kraju to święto nie jest niestety zbyt popularne, jednak w moim mieście zostało ono dość szybko przyjęte. Dlatego też, jako że zawsze uważałam je za o wiele przyjemniejsze niż to ponure Święto Zmarłych, musiałam każdego roku wziąć w nim udział. Robiłam to już kilka razy i tego dnia również nie mogłam się oprzeć chęci przebrania się za jakieś straszydło, chodzenia od domu do domu i zdobywania łakoci.
Tego oto pięknego dnia ja i moja najlepsza kumpela, Zosia, mieliśmy zamiar odwiedzić domy w najbliższej okolicy i zebrać najlepsze słodycze w całym miasteczku, oczywiście w myśl zasady „Cukierek albo psikus”. Obie zdołałyśmy uszykować się na czas. Nie znosiłam spóźnialstwa i dlatego chciałam za wszelką cenę być gotowa na wyprawę punktualnie, co zwykle zresztą mi się udało. Zosia nieraz śmieję się, że „punktualność“ to jest moje drugie imię. Ja na to jednak odpowiadam, iż raczej trzecie, ponieważ na drugie mam Maria.
Wróćmy jednak do naszej historii.
Zosia odwiedziła mnie w chwili, kiedy miałyśmy razem wyjść na misję zdobywania cukierków. Zapukała ona do drzwi mojego domu przebrana za wampirzycę Minę Harker z filmu „Liga Niezwykłych Dżentelmenów”. Nie zdziwiło mnie jej przebranie. Zosia zawsze lubiła ekstrawaganckie stroje i niezwykłe postacie. Poza tym, podobnie jak ja, uwielbiała ten film, zaś postać genialnej wampirzycy była dla niej niesamowicie porywająca. Z tego właśnie powodu w tym roku na Halloween musiała się za nią przebrać. Strój mojej przyjaciółki był niesamowicie realistyczny. Dlatego też, kiedy moja mama jej otworzyła, zaśmiała się wesoło na jej widok, po czym dała jej kilka cukierków i zawołała mnie na dół. Ja przez ten czas poprawiałam sobie makijaż. Miałam bowiem zamiar przebrać się za wiedźmę Heizel z bajek o króliku Bugsie, musiałam więc włożyć w to bardzo dużo wysiłku, aby w miarę  możliwości choć trochę przypominać to straszydło. Ponieważ zaś jestem dziewczyną o dość niezwykłej urodzie (przynajmniej zdaniem chłopców), nie było to wcale takie proste.
- Roksanko, zejdź już na dół! Twoja koleżanka przyszła! - zawołała mnie mama.
Zeszłam więc szybko, nie zauważywszy nawet, że pomalowałam sobie tylko jedną brew zamiast obu. Na całe szczęście Zosia zauważyła to drobne niedopatrzenie i szybko zwróciła mi na nie uwagę, które choć niewielkie, to jednak mogło mieć wpływ na mój image - ostatecznie kto się przestraszy źle umalowanej wiedźmy?
Kiedy więc Zosia mi o tym powiedziała, spojrzałam szybko w lusterko i parsknęłam śmiechem na widok mych oczu, z których jedno wyglądało normalnie, a drugie przypominało oko trupa. Szybko pobiegłam na górę, dokończyłam makijaż i wróciłam na dół.
Mama oczywiście ucałowała mnie na pożegnanie i powiedziała:
- Trzymajcie się, panienki. To jest…. Groźna wampirzyco i straszna wiedźmo. Zbierzcie dużo słodyczy, ale nie zjedzcie wszystkich naraz, bo jeszcze was brzuchy zaczną boleć.
Solennie obiecałyśmy, że co jak co, ale tego na pewno nie zrobimy, po czym ucałowałam moją mamę i ruszyliśmy z Zosią przed siebie.
Gdy szliśmy ulicami miasta, ujrzeliśmy krążące po nich najróżniejsze straszydła: od wampirów, wilkołaków i strzyg począwszy, poprzez piratów i rycerzy bez głów, a skończywszy na upiornych zombie. W innej sytuacji przestraszyłybyśmy się obie takich groźnych postaci (to znaczy, ja bym się przestraszyła, bo Zosia nie należała do zbyt strachliwych osób), ale teraz tylko wesoło się obie śmiałyśmy. Co poniektóre straszydła poznałyśmy jako naszych szkolnych kolegów i koleżanki, dlatego wesoło im pomachałyśmy i życzyłyśmy udanych łowów. Co prawda cytat z „Księgi dżungli” może nie był tutaj zbyt adekwatny do konkretnej sytuacji, ale wydawało się nam, że to najlepsze pozdrowienie dla idących po smakołyki i cukierki.
Wśród Halloween znaleźli się również miłośnicy „Gwiezdnych Wojen”. Tu i ówdzie było bowiem widać parę osób, które przebrały się za Chewbacckę, Hana Solo, Luke’a Skywalkera, Marę Jade, Mistrza Yodę czy też ulubieńca wszystkich fanów gwiezdnej sagi - Lorda Dartha Vadera. My jednak byłyśmy skromnie przebrane za stwory z różnych mitologii i pewnie właśnie dlatego dostałyśmy więcej słodyczy niż fani filmów science-fiction. Tak przynajmniej ja uważałam. W końcu Halloween to święto duchów, a to, że niektórzy je chcieli przerobić na święto miłośników sf, to już jest ich problem. Mnie to się lekko kojarzyło z profanacją, ale ostatecznie każdy lubi co innego. Nie będziemy więc nikogo zmuszać, aby uwielbiał podobnie jak my jedynie stwory z legend i mitologii. Poza tym o gustach się nie dyskutuje. Podobno.
- Ciekawe mają te przebrania, co nie? - zapytała mnie Zosia, wskazując na grupę naszych koleżanek z klasy przebranych za karzełki i czarownice.
- Owszem, niczego sobie - odpowiedziałam jej - Ale i tak nie mają one nawet najmniejszych szans przeciwko Minie Harker i wiedźmie Heizel, działających w duecie.
- Działających w duecie dwóch najgroźniejszych kobiet na świecie - zaśmiała się wesoło Zosia.
- Zapomniałaś dodać, że i najpiękniejszych – rzekłam z uśmiechem na twarzy.
- O tak! To też.
Nagle za naszymi plecami dał się słyszeć dźwięk odsuwanego kurka od pistoletu, a po nim cichy i ponury głos:
- Pieniądze albo życie!
Obie instynktownie podniosłyśmy szybko ręce do góry bojąc się, że za naszymi plecami czai się jakiś groźny bandyta, który nie zawaha się przed przemocą, byleby tylko odebrać nam nasz łup. Tymczasem, ku naszemu wielkiemu zdumieniu, ów tajemniczy bandyta stanął nagle przed nami i wówczas okazało się, że jest to jakiś wesoły pirat. Pomyślałyśmy, że to pewnie ktoś z naszych znajomych się wygłupia, ale pukawka, z jakiej do nas mierzył wyglądała bardzo prawdziwe i budziła autentyczne przerażenie.
- Kim jesteś? - zapytała Zosia, która jako pierwsza odzyskała animusz.
Pirat zaśmiał się, zakręcił pistoletem niczym kowboj rewolwerem na starych westernach. Następnie powiedział tonem Jamesa Bonda:
- Nazywam się Sparrow. Jack Sparrow. A właściwie to kapitan Jack Sparrow. A wy, kimkolwiek jesteście upiory, zaraz staniecie się ofiarami mojego bandyckiego procederu.
- Spokojnie, panie Sparrow… - powiedziałam.
- Kapitanie Sparrow, jeśli łaska - przerwał mi pirat.
- Kapitanie Sparrow, po co nas niby zabijać? Przecież my mamy dużo cukierków, bardzo dużo. Możemy panu je dać, jeśli nas pan puści wolno.
- Czyś ty zwariowała? On nas chce zabić, a ty jeszcze chcesz mu dać słodycze? - zapytała Zosia, patrząc na mnie z miną mordercy.
- A wolisz, żeby on odebrał nam życie?
- I tak to zrobi, więc po co się poniżać? Przynajmniej umrzemy z godnością!
- Nie chcę umierać z godnością! Ja chcę żyć!
- Panienki, panienki! Będziecie tak konwersować między sobą nieco później! - zawołał groźnie pirat - Teraz zaś radzę wam po dobroci. Słodycze albo życie!
Po tych słowach ponownie wymierzył w nas pistolet.
- Poczekaj no, człowieku! Daj się nam chwilę zastanowić - zawołałam przerażonym głosem - Musimy się zdecydować, czy wolimy dać ci jedno... czy... to drugie...
Byłam naprawdę przerażona. Obawiałam się bowiem, że on naprawdę strzeli, zaś jego zachowanie wskazywało na to, że jest do tego zdolny.
- Niestety, moje piękne panie. Wasz czas minął. Nie daliście słodyczy, to ja biorę wasze życie.
To mówiąc pirat wycelował w nas pistolet. Ja już zamknęłam oczy z przerażenia, ale zamiast kuli poczułam na twarzy jedynie coś płynnego i zimnego. Otworzyłam oczy i zobaczyłam, że ów Jack Sparrow strzelił do mnie z pistoletu na wodę, który udawał tylko XVIII-wieczną pukawkę.
Widząc moją głupią minę pirat zaczął się śmiać jak wariat, po czym zdjął z głowy kapelusz i perukę, odkleił sztuczne wąsy i oczom naszym ukazała się twarz młodego osiemnastoletniego chłopaka, który śmiał z nas do rozpuku.
- Hubert! - zawołałam przerażona i zarazem wściekła - To ty?!
- A któżby inny, kwiatuszku?! - zaśmiał się wesoło Hubert - Tak, to właśnie ja! Twój przyjaciel, pan Hubert, we własnej osobie.
- Nie no, człowieku! Ja cię zabije normalnie! Zabiję cię, ty durny kawalarzu! - wrzeszczała wściekła jak osa Zosia, patrząc na Huberta miną Freddy’ego Krugera - Mogłyśmy umrzeć na zawał.
- Nie pękaj. Ty jako wampir i tak już nie żyjesz.
Hubertowi humor widocznie dopisywał.
Ja także zaśmiałam się pod wpływem tego żartu. Co prawda Hubert bardzo mocno nas nastraszył, ale cóż… Miał on w sobie coś takiego, co sprawiało, że nie dało się go nie lubić. Był miły i sympatyczny, a do tego zawsze grzeczny wobec nas, dziewczyn. Poza tym jeszcze zawsze mnie lubił i traktował jak osobę dorosłą, nie jak inni jego rówieśnicy - czyli jak małą, nic nie wiedzącą o życiu smarkulę. I za to właśnie go lubiłam, a wręcz uwielbiałam. Chyba też nie zadziwię nikogo, jeśli powiem, że on i ja od dawna byliśmy już przyjaciółmi. Ostatecznie Hubert zasłużył sobie na to, aby mieć przyjaciół, a że miał ich niewielu, więc ja miałam tym większy zaszczyt bycie jego przyjaciółką. Czułam się w tej sytuacji jako ktoś niezwykle wyjątkowy i tym bardziej ważny w jego życiu. Nie chodziło mi tu oczywiście o to, że nie życzyłam mu masy prawdziwych przyjaciół, wręcz przeciwnie. Sęk jednak w tym, że bycie taką wyjątkową osobą w jego życiu działało pobudzająco na moje osobiste ego.
Hubert skończył się wreszcie śmiać i kiedy to zrobił, powiedział nam coś bardzo interesującego. Okazało się, że dwóch naszych kolegów z klasy postanowiło napędzić nam niezłego stracha przebierając się za jeźdźca bez głowy i zaczajając się na nas w pobliżu starego cmentarza, obok którego miałyśmy właśnie iść. Na wieść o tym obie z Zosią zareagowałyśmy jak najbardziej uzasadnionym gniewem. Po usłyszeniu tych informacji miałam zamiar natychmiast zmienić kierunek drogi i nie iść obok cmentarza, ale oczywiście Zosia, jak to ona, powiedziała nam, że trzeba dać tym draniom nauczkę, Hubert zaś poparł jej pomysł, więc jako przegłosowana musiałam również, chcąc nie chcąc, wyrazić na ten plan zgodę.
Zatem cała nasza wesoła trójką ruszyła w stronę cmentarza. Przewodził nam Hubert, który znowu nałożył na głowę perukę, kapelusz i przykleił sobie sztuczne wąsy.
- Za mną, moje panie. Damy im taką nauczkę, że hej! - zawołał wesoło, wymachując przy tym kordelasem.
Zakradliśmy się po cichu na cmentarz. Nie widzieliśmy jak na razie nikogo. Schowani za drzewem obserwowaliśmy okolicę i czekaliśmy na przybycie rzekomego jeźdźca.
- Jak na mój gust, to nasi dowcipnisie się rozmyślili i poszli straszyć kogo innego - powiedziała Zosia.
- Ja proponuje iść dalej zbierać słodycze. I popieram moją propozycję - powiedziałam nieco już znudzona czekaniem.
- Roksanko, spokojnie. Nie panikuj, proszę - uspokoił mnie Hubert, patrząc na mnie z uśmiechem na twarzy.
- A kto tu niby panikuje? Że niby ja? Przecież ja wcale nie panikuję! - odpowiedziałam nieco naburmuszonym tonem.
Jednak jego kolejny uśmiech zadziałał na mnie tak, jak zawsze zresztą, bardzo łagodząco. Dlatego też uspokoiłam się i dalej czekałam z moimi kompanami na przybycie naszych kawalarzy.
Wreszcie tajemniczy osobnik zjawił się. Wyglądał tak realistycznie, jakby naprawdę nie miał głowy. Co oczywiście nie przeszkadzało mu spokojnie przywiązać konia do drzewa i paradować niedaleko cmentarza w oczekiwaniu na nas, ofiar swego dowcipu.
- Wygląda na to, że to oni - powiedziałam.
- Dowcipnisie zasmarkane. Już my im pokażemy - mruknęła Zosia.
- Ale trzeba jednak szczeniakom pogratulować, mają naprawdę bardzo realistyczny kostium - stwierdził Hubert.
- Owszem, włożyli oni w jego stworzenie na pewno wiele wysiłku - odpowiedziałam, nie mogąc ukryć podziwu dla ich pomysłowości.
- Co racja, to racja - dodała Zosia.
Jednak nie przyszliśmy tutaj podziwiać tych dwóch mądrali, ale po to, żeby dać im ostateczną nauczkę. Hubert postanowił więc wziąć sprawy w swoje ręce. Wyszedł zza drzewa i podszedł do jeźdźca.
- No co, cwaniaczki? - powiedział do istoty, która właśnie obejrzała się natychmiast na niego.
To znaczy tak sądzę, że się obejrzała. W końcu gość nie miał przecież głowy, a co za tym idzie, nie miał również twarzy, żeby móc patrzeć. Nie można więc było mieć pewności, czy patrzy na niego i czy słyszy to, co Hubert do niego mówi.
Tymczasem Hubert mówił dalej:
 - Chcieliście nastraszyć dwie miłe dziewczyny, tak?
- Zapomniałeś dodać, że bardzo piękne! - wtrąciła się do rozmowy Zosia.
Hubert uśmiechnął się wesoło.
- Ależ naturalnie. Chcieliście nastraszyć dwie miłe i bardzo piękne dziewczyny? Ale to się wam nie udało, bo ja czuwałem nad nimi i do tego nie dopuściłem.
Jeździec bez głowy stał spokojnie i nic nie mówił. Chociaż prawdę mówiąc, to nie bardzo miał on czym mówić, więc jego milczenie było jak najbardziej zrozumiałe.
- No co, mądrale jedne? Zatkało kakao? - wołał Hubert coraz bardziej groźnym tonem - Nie spodziewaliście się wcale, że ktoś was podsłucha i zapobiegnie waszym niecnym planom, co?! No dobra, nieważne. Jazda! Wyskakiwać mi zaraz z tego jakże doskonale zrobionego kostiumu, ale to już! Wyłazić, bo inaczej sobie z wami porozmawiam! Wyskakiwać i to już!
Jeździec wciąż go jednak ignorował, ponieważ poszedł tylko w stronę swego konia i wyjął szablę.
- O, macie ochotę powalczyć? W takim razie proszę bardzo.
Wyjął on szablę i zaczął się bić z rzekomym jeźdźcem bez głowy. Jeździec był, jak się okazało, niesamowitym szermierzem, ale Hubert też nie należał do ostatnich. Swego czasu pobierał lekcje szermierki, więc nauczył się tego i owego, dlatego z łatwością dał radę swemu przeciwnikowi.
Po kilku minutach jakże zaciętego pojedynku jeździec zrezygnował nagle z walki. Następnie zasalutował swoją bronią Hubertowi, schował ją do pochwy, po czym wskoczył na konia i odjechał.
- Ha, więc uciekacie, tchórze?! - krzyknął mój przyjaciel - Nie chcecie walczyć z kapitanem Jackiem Sparrowem, co?! Dobra, innym razem was dorwę!
- Kogo niby chcesz dorwać? - odezwał się nagle za naszymi plecami znajomy głos.
Okazało się, że to byli ci dwaj chłopcy, którzy chcieli nas nastraszyć. Przyszli oni w bardzo kiepskim kostiumie, który na pewno w ogóle by nas nie przestraszył, gdyby chcieli oni nas nabrać. Nie jestem wcale pewna, co ich kostium miał przypominać, ale na pewno nie przypominał on jeźdźca bez głowy. W ogóle to on niczego nie przypominał. Niczego sensownego, a już tym bardziej niczego, co mogłoby być groźne lub przerażające.
- Jak wy się tak szybko zdążyliście przebrać? - zapytałam nic z tego nie rozumiejąc - I czemu wasz kostium jest teraz taki fatalny?
- No właśnie - odezwała się Zosia równie zdumiona, co ja - Ten wasz poprzedni kostium był zdecydowanie lepszy.
Chłopaki jednak nic nie rozumieli z tego, co do nich mówiliśmy.
- Jaki poprzedni? - zapytali.
- Jak to, jaki? No ten, w którym dopiero co nas straszyliście - wyjaśniła Zosia.
Chłopaki patrzyli na nas jak na idiotki.
- O czym wy w ogóle mówicie? – zapytał jeden z nich.
- No właśnie! Przecież dopiero co tutaj przyszliśmy - dodał drugi.
- Jak to? - zapytał Hubert, podchodząc do nas.
On również nic z tego nie rozumiał.
- A tak to! - odpowiedział pierwszy chłopak - Spóźniliśmy się nieco na miejsce zasadzki i przybyliśmy dopiero teraz.
Huberta powoli zmroziło. Nie tylko jego zresztą. Mnie i Zosię również. Cała ta sytuacja stawała się bowiem coraz bardziej przerażająca.
- Więc to nie z wami walczyłem przed chwilą na szablę? - zapytał mój przyjaciel.
- Ano nie.
- To z kim niby Hubert walczył? Kim był ten jeździec bez głowy? - zapytałam mocno zdumiona.
- Właśnie! - zdumiała się Zosia - Jeśli wy jesteście tu, to tam... to niby kto był?
Wszyscy wymownie spojrzeliśmy w stronę miejsca, gdzie przed chwilą znikł jeździec bez głowy. Niestety, już go tam nie było. Uznaliśmy zatem, że lepiej będzie stąd sobie pójść, najlepiej w trybie natychmiastowym. Tak też uczyniliśmy.

***

Od tej sytuacji minęło już bardzo dużo czasu. Pomimo to wciąż doskonale pamiętam całe to wydarzenie, jakby miało ono miejsce zaledwie wczoraj. Do dzisiaj nie dowiedziałam się, kim był tajemniczy jeździec bez głowy, z którym walczył w mojej obronie mój obecny mąż (bo ja później, gdy dorosłam, wyszłam za Huberta). Prawdopodobnie też nigdy się tego nie dowiemy. Cokolwiek by to jednak nie było, od tego czasu nie śmieję się już wcale z historii o duchach i upiorach, chyba, że są one naprawdę śmieszne. Nigdy jednak sobie z nich nie kpię, jak to miałam kiedyś w zwyczaju. Nie mają one już dla mnie żadnych ironicznych akcentów.
Dla pewności jednak, że tego więcej nie zrobię, poprosiłam Huberta w chwili, kiedy to wracaliśmy tego samego dnia do domu po wyczerpującym zbieraniu słodyczy, o drobną przysługę.
 - Hubercie, mam do ciebie wielką, serdeczną prośbę.
 - Jaką, Roksano?
 - Gdyby kiedykolwiek jeszcze zdarzyło mi się kpić lub wyśmiewać się z jakieś strasznej historii o duchach czy innych upiorach, wtedy proszę cię, szepnij mi na ucho jedno słowo. Halloween. Będę ci za to niewymownie wdzięczna.

KONIEC

1 komentarz:

  1. Gdyby kiedykolwiek jeszcze zdarzyło mi się kpić lub wyśmiewać się z jakieś strasznej historii o duchach czy innych upiorach, wtedy proszę cię, szepnij mi na ucho jedno słowo. Halloween.

    Wykorzystałeś to w Ash i serena na tropie. Tyle że klarnet, a nie halloween. No i przekaz był inny

    OdpowiedzUsuń

Rodzina Rabatków - Zakochany Bratek cz. IV

Część IV - Swaci : Od tego czasu relacje Bratka i Lilki uległy znacznej zmianie na lepsze. Można by powiedzieć, że stali się oni dzięki...